07 stycznia, 2020

Zbliża się zima… Beskid Wyspowy. Ćwilin i Śnieżnica.

W Beskidzie Wyspowym miałam okazję wędrować w dość posępnej pogodzie i w deszczowych warunkach jesienią, na ten moment, ponad trzy lata temu. Wróciłam więc ponownie po tak długim czasie nieobecności i kolejny raz trafiłam tu późną jesienią, kiedy to na szlakach beskidzkich spadł pierwszy biały puch, a tego dnia niebo przykryły śniegowe chmury.

Źródło: www.mapa-turystyczna.pl

Wędrówkę rozpoczynamy zgraną kursową ekipą pewnego listopadowego dnia i wyruszamy z Mszany Dolnej (konkretnie z ulicy Zielonej, gdzie zostawiamy samochody) za żółtym oznaczeniem dość długim szlakiem na Ćwilin (1072 m n.p.m.)- drugi co do wysokości szczyt Beskidu Wyspowego stojący zaraz za Mogielicą (1170 m n.p.m.). Wędrówka z początku nie ma nic wspólnego z górskim podejściem bowiem pnie się w górę asfaltem przez około 15 minut, a następnie kieruje się w stronę rozległych pól, z których powoli w oddali malują się kolejne „wyspy” górskie. Szlak ściera się do jakiś czas z leśną drogą, nie ma zbyt wielu podejść, mijamy sprawnie polany i docieramy w godzinę na Czarny Dział (673 m .p.m.), który nie jest górą, a wzniesieniem, więc można z łatwością sobie wyobrazić, że wędrówka ma na razie spacerowy charakter. Z wzniesienia panorama rozciąga się w stronę szczytu Ćwilina, Mogielicę czy Gorce.

Z Czarnego Działu schodzimy, leśną drogą podchodzimy przez kolejne polany, z których ciekawie prezentuje się Śnieżnica (1006 m. n.p.m.), na którą będziemy wdrapywać się za kilka godzin. Powoli docieramy w okolice zboczy Ćwilina i rozpoczyna się ciekawe lecz żmudne podejście wąską, kamienistą ścieżką w stronę szczytu. Podejście jest strome, wymaga trochę siły i kondycji, ale mimo tego jest przyjemne, to rodzaj tego wysiłku, którego czasem organizmowi potrzeba. W szczytowych partiach widoczność jest ograniczona, las jest rzadszy, a miejscami w ogóle go nie ma. Wchodzimy w chmurę, wiatr przybiera na sile i potęguje zimno. Docieramy na szczyt, z którego niewiele widać, więc po krótkim odpoczynku rozpoczynamy szybkie, intensywne, ale dość niebezpieczne zejście na Przełęcz Gruszowiec (660 m n.p.m.). W Beskidach pojawił się śnieg, a więc szlaki są miejscami zalodzone. Zejście szlakiem niebieskim na przełęcz jest jak wspomniałam, szybkie, ale strome. Współczuję tym, którzy wdrapują się tam w upalny, letni dzień. Gdy szlak jest oblodzony zalecam raczki, które zdecydowanie ułatwiają zejście. Na ścieżce jest mnóstwo luźnych kamieni, które w połączeniu z lodem i śniegiem mogą spowodować poślizgnięcie, a zatrzymać byłoby się dość ciężko. Dlatego raczki to pomocna rzecz, na pewno krok będzie pewniejszy, ale bez nich da się zejść, jednak o wiele wolniej w takich warunkach.

Na przełęczy idziemy zagrzać się do słynnego pubu/baru o dość nietypowej nazwie „Bar pod Cyckiem”, kto był w Kasinie czy jechał w Pieniny, Bieszczady ten miejsce zna. Panoramka też jest niczego sobie, Babia Góra, Łopień, Luboń Wielki czy Lubogoszcz. Jak już nieco się zagrzaliśmy, ubieramy plecaki i ruszamy wpierw asfaltem, a po około 20 minutach już leśną drogą (niebieskie oznaczenia). Podejście jest niedługie, całkiem podobne do tego na Ćwilin, ale teren nie jest tak mocno nachylony. Zaczyna prószyć śnieg, więc Śnieżnica okazała się być faktycznie śnieżna. Po pół godzinie docieramy na szczyt Śnieżnicy, z której widoku niestety nie ma, ale od śnieżki do ścieżki, trochę na dziko, trafiamy na polanę skąd rysuje się widok w stronę Łysiny czy pasma Lubomira. Później pozostaje już tylko zejście leśną drogą w stronę wyciągu narciarskiego, po drodze mijamy trasy rowerowe, których na stokach Śnieżnicy jest sporo (działa tutaj Bike Park Kasina), a stamtąd dalej drogą w stronę rekolekcyjnego ośrodka, w którym część ekipy zostaje, a pozostała rusza, asfaltem dojazdowym, na Przełęcz Gruszowiec już o zmroku.

Beskid, jak każdy Beskid, ma swoje charakterystyczne cechy. Wyspowy, jak sama nazwa mówi, to dziesiątki samotnych wysp porozrzucanych wokół innych pasm. Niektóre łagodne, a niektóre wybitne i pełne stromych zboczy. Tym razem Beskid Wyspowy kolejny raz pokazał mi się od tej nadąsanej, pochmurnej strony, ale z odpowiednim klimatem. Znów pozostawił, może nie niesmak, ale nie uchylił tego rąbka tajemnicy. Szepnął tylko znów na ucho, by wrócić, ale o wiele szybciej niż poprzednim razem.