Listopad 02, 2019

Mglisty Furkot i Bystra Ławka w Tatrach Wysokich.

Bystra Ławka i Furkot chodziły mi po głowie już od zeszłego roku. Jakoś tak się złożyło, że nie udało mi się pojechać w okolice Szczyrbskiego Jeziora na Słowację, więc plan ten został zepchnięty na dalszy plan. I poczekał sobie nieco ponad rok na realizację, bo w Tatrach nie byłam obecna przez dłuższy czas. Ale co się odwlecze to nie uciecze, więc jako rekompensatę za te dni nieobecności w tych górach od razu zaczęłam z przytupem i weszłam w Tatry z nowym pomysłem.

Bystra Ławka (słow. Bystrá lávka 2300m n.p.m.) to przełęcz leżąca w Tatrach Wysokich po stronie słowackiej między Furkotem (słow. Furkotský štít 2404 lub 2405m n.p.m.), a Wielkim Soliskiem (słow. Veľké Solisko 2413m n.p.m.). Sam Furkot (2404 lub 2405m n.p.m.) zaś to wierzchołek w bocznej grani tatr Wysokich w tzw. głównej grani odnogi Krywania. To szczyt zwornikowy, co oznacza, że zbiegają się tam co najmniej trzy formy uwypuklenia terenu, jak grzbiet czy grań, takich szczytów jak Hruby Wierch, Ostra i Grań Soliska. Co do samej nazwy są pewne sprzeczności, ale ta najbardziej prawdopodobna geneza nazwy szczytu pochodzi od słowa „furkotać”, co świadczy o dźwięku wydawanym przez górskie potoki.

Ruszamy z miejscowości Szczyrbskie Jezioro (słow. Štrbské Pleso) po 6 rano, a mimo tak wczesnej godziny ruch jest ogromny. Nie dziwne, bo choć to końcówka października, w Tatrach pogoda iście bajkowa, a warunki do uprawiania turystyki wysokogórskiej znakomite. Wszyscy więc korzystają.

Parkingów w Szczyrbskim jest wystarczająco, od strzeżonych po niestrzeżone, a ceny wahają się w zależności od ilości godzin postoju, np. za cały dzień na parkingu niestrzeżonym (automat), zapłacimy 5,50 euro.

Błękit nieba, wschodzące słońce. Kilka osób rusza gdzieś za nami i maszeruje przed, każdy swoim tempem i obiera żółty szlak, który wskazuje 3,30h na Bystrą Ławkę przez Dolinę Młynicką. Z początku szlak biegnie drogą asfaltową, a następnie z widokiem na Skrajne Solisko i wyciąg narciarski oraz Młynickie Solisko ruszamy kamienistą drogą, która za kilkanaście minut zaprowadzi nas w głąb jeszcze śpiącego lasu.

źródło: www.mapa-turystyczna.pl

Wkraczamy do lasu, który powoli wpuszcza do siebie promienie słońca. Idzie się niesamowicie przyjemnie, las przypomina pradawne, zapomniane miejsce, gdzieniegdzie kamienny labirynt. Zdobywamy kolejne metry, a podejście nabiera większej pochyłości. Po około godzinie wędrówki lasem i kosówką docieramy do progu doliny skąd rozciera się widok na Niżne Tatry, które mamy za plecami, wyłania się część Grani Soliska i Szczyrbski Szczyt.

Bardzo lubię fotografować leśne drogi. Każda z nich wije się inaczej, inaczej wkleja się w otaczające ją drzewa, inaczej pada światło, buduje ją inny rodzaj lasu. Może to być ta sama droga, a za każdym razem czy za każdym zakrętem wyglądać całkowicie inaczej, jakby biegła w zupełnie innym miejscu.

Mamy całkiem sprawne tempo, ale to nie znaczy, że po drodze nie zatrzymujemy się na zachwyty. Nie sądziłam, że jesień w Tatrach będzie tak długa, ciepła i bezśnieżna. Dlatego mamy szczęście, że trafiliśmy na tak cudowny dzień, tak cudowne okoliczności. Cieszymy się chwilą, łapiemy promienie słońca i delektujemy się każdym stawianym krokiem. Długa nieobecność w Tatrach spowodowała falę wzruszeń i chwil euforii, które wspominam do dziś.

Dalej już szeroką, górską drogą, kamień po kamieniu pniemy się coraz wyżej w stronę Wodospadu Skok (słow. vodopád Skok), który widzimy już z daleka. Mijamy Staw pod Skokiem (słow. Pliesko pod Skokom), dość niewielki stawik zasilany wodą z pobliskiego wodospadu. Wodospad to kolejny cel tego dnia i przyznam szczerze, to jeden z najpiękniejszych wodospadów jakie widziałam dotychczas w Tatrach. Liczy sobie około 25m i wygląda jakby aparat zarejestrował go podczas dłuższego czasu naświetlania. Ta poranna poświata, mgiełka, bijący chłód… Z bliska wygląda po prostu majestatycznie.

Trochę czasu przy nim spędziliśmy, trzeba było dokładnie zbadać teren, zrobić zdjęcia. Ale już po chwili, gdy zorientowaliśmy się, że szlak biegnie tuż nad nim, ruszyliśmy żwawo stromą, pełną głazów ścieżką w górę. Krótki trawers i przed nami mokra płyta ubezpieczona łańcuchem, a w dole opadające strugi wody. Po przejściu płyty kolejny odcinek, tym razem trochę wspinaczkowy i kolejne metry w stronę Bystrej Ławki zdobyte.

Docieramy do Stawu nad Skokiem (słow. pleso nad Skokom), gdzie jego wysokość to już 1801 m n.p.m. W lustrze wody cudownie odbijają się okoliczne szczyty. Staw ponoć coraz bardziej się zmniejsza, ponieważ „wypływający z niego potok rozcina jego próg.” Szlak dalej biegnie w górę, idziemy jeszcze kawałek, ale im większe przeszkody w postaci głazów stają na drodze, tym więcej siły nam zabierają. To znak, że pora uzupełnić zapasy w brzuszku!

Zatrzymujemy się na kilka chwil żeby odpocząć, coś wrzucić na ząb. Trawa mieni się pomarańczami i żółciami, tak pięknie pachnie, jest tak ciepła… Ogrom skalny wokół. Ta wszechobecna cisza i spokój. Tylko my i natura. Celebruję ten stan, w którym się znajduję, chłonę by zapamiętać jak najwięcej. By później wspominać każdy szczegół, każdy element tej drogi.

Zapasy uzupełnione, nowa energia do spalenia i ruszamy! Przed nami Szczyrbski Szczyt i zbocza Szatana. Naprawdę wyglądał szatańsko w tych cieniach. Rozpoczynamy podejście tradycyjną, ścieżką z ułożonych kamieni. I tak może w niespełna 15 minut i docieramy do ważnego punktu w Dolinie Młynickiej. W roku 1979 dochodzi tam do tragedii helikoptera HZS (Horská záchranná služba), który ruszył na ratunek rannej kobiecie znajdującej się przy Capim Stawie. Wielu zginęło na miejscu, a niektórzy wskutek śmiertelnych ran w szpitalu. W sumie 7 osób. Prawdopodobnie do awarii doszło ze względu na nieprzystosowanie tegoż helikoptera do akcji w górach. Na miejscu katastrofy została umieszczona tablica upamiętniająca ofiary katastrofy, a kawałek dalej znajdują się szczątki maszyny. Robi to ogromne wrażenie.

Przy chwili kontemplacji przy tablicy upamiętniającej pilotów i ratowników HZS ruszamy dalej po sypkiej ścieżce i za kilka minut dochodzimy do kolejnego jeziorka, którym jest ogromny Capi Staw (słow. Capie pleso). Znajduje się na wysokości 2072 m n.p.m. w tzw. cyrku lodowcowym w Capim Kotle. Jest największym stawem w Dolinie Młynickiej. Widać stamtąd Furkot oraz ściany Szczyrbskiego Jeziora oraz turniczki Grani Soliska. Kierujemy się w lewo, po skalnych płytach i potężnych głazach obchodzimy nieco jezioro, by za moment piąć się ścieżką w stronę Ławki. Podejście nie przysparza żadnych trudności, jednak po około piętnastu minutach dochodzi się do pierwszych przeszkód- skalna, połoga płyta ubezpieczona łańcuchem, gdzie trzeba zwyczajnie iść na tarcie. Przyznam szczerze, że nie lubię takich miejsc i miałam tam problem, ale dobrze, że but partnera stał się moim oparciem. Niscy ludzie górą!

W pewnym momencie coś mnie natchnęło żeby się odwrócić. Jakbyście widzieli te potężne, przetaczające się masy chmur! Szybko wyciągnęłam aparat, zrobiłam kilka zdjęć, a całe zjawisko trwało kilkanaście sekund. Warto więc się czasem odwrócić, bo może nas zbyt wiele ominąć. Chwilę później, można powiedzieć, że chmura nas pochłonęła żywcem i do końca nic nie było już widać…

Dalej szlak wiedzie między skałami, trawersuje stromsze elementy, mija się kilka odcinków ubezpieczonych łańcuchem, ale nie sprawiają większych problemów. Ostatnie kilkadziesiąt metrów przed przełęczą odbijamy w prawo na nieoznakowaną ścieżkę prowadzącą na Furkot. Dotarcie na ten szczyt zajmuje nam około 25-30 minut. Momentami na szlaku znajduje się zalodzony śnieg, więc czujność jest dodatkowo wzmożona. Ścieżka jest intuicyjna, choć momentami można odbić w złą stronę. Z Bystrego Przechodu (słow. Bystré sedlo 2314m n.p.m.) na szczyt wyprowadza eksponowane skalne podejście, a raczej element, gdzie trzeba się wspiąć. Szczyt ma dwa wierzchołki, upewniamy się, że jesteśmy na właściwym i… właśnie. Nie widać kompletnie nic. Małe rozczarowanie, ale jest powód by wrócić po te rozległe panoramy, które rozciągają się z Furkotu.

Zejście jest bardzo zdradliwe i niebezpieczne. Mnóstwo luźnych kamieni, kępy trawy bardzo śliskie, a żleb zaśnieżony. Trochę nam spadł kamień z serca jak wróciliśmy na szlak, jednak ta ścieżka bezprawia była, co tu dużo mówić, cudowna. Po długiej nieobecności w Tatrach już poza szlak. Zaczęliśmy z przytupem.

Po powrocie na szlak idziemy kilka metrów do góry i stajemy w kolejce do przejścia słynnego żlebu pod Bystrą Ławką. Nagromadziło się sporo turystów, więc trzeba było odczekać swoje. Żleb jest wyślizgany, polecam przejść go szybko i sprawnie nie zastanawiając się nad ruchami, grunt, by było stabilnie i bezpiecznie.

Bystra Ławka do dosłownie przesmyk między dwoma skałami, przez który trzeba przejść i zabrać się od razu za schodzenie. Trafiliśmy na tłumy. Zejście do Doliny Furkotnej żółtym szlakiem, który dalej biegnie i wpada do kolejnej doliny, ubezpieczone jest łańcuchami- niewielki kominek (tutaj pojawia się problem dla niskich osób). Później już zejście bez żadnych technicznych utrudnień i łańcuchów, wspinaczek. Przez półtorej godziny będziemy schodzić po głazach w totalnym mleku. Gdzieś w dole zobaczymy tylko chwilowy zarys Niżnego Wielkiego Furkotnego Stawu (słow. Nižné Wahlenbergovo pleso). Schodzenie jest monotonne, w mleku, ale w powietrzu czuć jakiś niepowtarzalny klimat.

Po ponad godzinie docieramy do kosówki, tam kilka trawersów po stromym zboczu (sporo ujeżdżających kamieni) i wchodzimy w kosówkę. Tam sytuacja nieco się polepsza, ale nie na długo, bo mijane kamienie, a raczej skalne schody maltretują kolana. Gdy zaczyna się las jest dokładnie taka sama rąbanina w dół. Bardzo nieprzyjemny odcinek. Ale atutem jest przepiękny las, który kojarzy mi się z klimatem Skandynawii. Docieramy wreszcie do rozgałęzienia, gdzie łączymy się z czerwonym oznaczeniem Magistrali Tatrzańskiej, więc szlak robi się dużo przyjemniejszy i spokojnym tempem kierujemy się w stronę Szczyrbskiego Jeziora. Tam już spacerowo podziwiamy słynny staw na tle gór tonących w chmurach. Co prawda miejsce bardzo oblegane, znane, ale bardzo ładne. Następnie już asfaltem docieramy na parking.

Tatry przywitały nas słońcem, a pożegnały chmurami. Pokazały jak zmienne potrafią być, jak skrajnie różne, a jednocześnie za każdym razem piękne. Powrót w te skaliste szczyty był długo wyczekiwanym powrotem. Dlatego cała trasa była przeze mnie szczególnie celebrowana, były zachwyty, była adrenalina, było coś nowego, wiele przemyśleń i napawania się tym, co mnie tam spotkało. Do zobaczenia, Tatry, ale już zimą!