Listopad 18, 2019

Baranie w Beskidzie Niskim.

Beskid Niski to kolejne nowe odkrycie wśród pasm. Ciche, pełne spokoju, jak sama nazwa mówi- niskie. Do tego mało uczęszczane, dość skromne i dzikie. Dlatego bardzo zależało mi, by wreszcie postawić stopy na niskobeskidzkiej ziemi. Okazja nadarzyła się podczas kolejnego szkolenia na kursie przewodnika beskidzkiego. Opcja czterodniowego pobytu i poznania go nieco bliżej była nie tyle zachęcająca, co nie mogłam się jej doczekać.

Jednym z pierwszych dni pobytu był oczywiście pobyt w górach. Dość okolicznych, bo bazą wypadową była Huta Polańska i cudowne schronisko Hajstra (dawniej siedziba WOPu, czyli Wojska Ochrony Pogranicza). Dlatego stamtąd więc wyruszamy drugiego dnia w góry. Chociaż najpierw z wynajętym parkowcem (strażnik Magurskiego Parku Narodowego) wędrujemy w stronę Doliny Ciechani (Ciechania to dawna nieistniejąca już wieś łemkowska, a sama dolina po objęciu przez MPN terenu stała się dostępna dla turystów dostępna tylko pod warunkiem wynajęcia pracownika parku w weekendy). Korzystamy z okazji i wybieramy się na taki spacer, o którym napiszę więcej w kolejnej relacji, bo jest to temat na osobny artykuł.

Dziś jednak chciałabym się skupić na tym, co działo się później, czyli na przejściu na graniczny szlak czerwono-niebieski w okolice Szczobu i dotarcie na Przełęcz Mazgalnica (587m n.p.m.).

Źródło: www.mapa-turystyczna.pl

Na przełęcz docieramy wcześniej wspomnianym szlakiem granicznym, który biegnie od miejsca Nad Tysowym, za to szlak niebieski z miejscowości Ożenna. My natomiast dostaliśmy się na niego z parkowcem od strony Ciechani.

Z Przełęczy Mazgalnica kontynuujemy wędrówkę czerwono-niebieskimi oznaczeniami. Zaraz za przełęczą rozpoczyna się dość strome, jak na te góry podejście. Długie, nużące. Spod stóp wylatują luźne kamienie, a podeszwa ślizga się na mokrych liściach. Za tym pagórem idzie się już całkiem przyjemnie. Co jakiś czas w dół, znów w górę i w dół. I tak naprzemiennie. Góra, dół, góra, dół. Ciekawe, jak barwi się tutejszy las. Paprocie jeszcze się zielenią, dość soczyście wyglądają na tle nagich gałązek drzew, a równie soczyście wyglądają opadnięte liście, których wokół jest całe mnóstwo. Jesień pełną parą. Według szlakowskazu przejście na szczyt Baranie (754m n.p.m.) ma nam zająć 1.45 godz., ale nabieramy zawrotnego tempa i docieramy tam w niespełna… godzinę.

Trochę się zmartwiliśmy, bo na szczycie ponoć miała stać wieża. Na widoki nie liczyliśmy, choć sięgają nawet Tatr, Bieszczad czy gór ukraińskich. Ani nic nie widzieliśmy, a wieża niestety jest zniszczona i zwalona. Przewodnik zawierał nieaktualne informacje. Jak zdążyłam przeczytać już po fakcie, wiosną 2019 roku została podcięta ze względu na zły stan techniczny. Cóż, szkoda, ale i tak widoki byłyby, że tak powiem, skąpe. Ale za to jest duża wiata, jak na Przełęczy Mazgalnica, z zamknięciem, więc można schować się przed deszczem czy nawet przenocować. Szlak ze szczytu, nadal dwukolorowy graniczny, biegnie na Przełęcz Szarbowską (550m n.p.m.), gdzie odbija do Olchowca lub biegnie już całkowicie na słowacką stronę.

Część ekipy decyduje się na zejście w stronę Olchowca, a część wraca na Mazgalnicę skąd schodzimy za żółtym oznaczeniem do Huty Polańskiej szeroką, błotnistą drogą (do Huty Polańskiej mamy około pół godziny). Warto na tym odcinku, choć na pierwszy rzut oka wydającym się mało ciekawym, szukać piękna pod nogami. W tym niewielkim świecie. Obserwowanie jak z maleństwa powstaje wielkie drzewo. Kropelki rosy na mchu. Jak pracowite mrówki budują dom. Jak wszystko rośnie i wzrasta. Jak żyje. Warto patrzeć, obserwować, zerknąć co mamy pod sobą. Jak wiele dzięki temu mamy. I jak bardzo może nas ten mały świat inspirować.

Robi się coraz ciemniej. Listopadowe dni są krótkie i deszczowe, jak to mają w zwyczaju. O tej porze roku lub wiosną, traficie tam na sporą ilość miejsc, gdzie potok przecina szlak, co trzeba w jakiś sposób przejść, bo wyminąć się niestety nie da. Polecam więc wodoodporne obuwie.

Po zejściu na polanę w tle maluje się kościół św. Jana z Dukli i św. Huberta parafii w Polanach. Jeszcze przedwojenny, a skończony dopiero w 1998r. Kamienny, masywny, samotny. Choć w otoczeniu dzikiej przyrody. Kilka minut od kościoła i docieramy już prawie o zmroku do schroniska „Hajstra”, która z daleka świeci się, pachnie i przyciąga, gdy wokół szaro, zimno i pochmurno.

Do Hajstry polecam Wam zajrzeć, gdy będziecie chcieli odciąć się całkowicie od cywilizacji, być poza zasięgiem mentalnie i w rzeczywistości, w niezwykle klimatycznym miejscu (wnętrze wykonane z niezwykłą dbałością, z miłością do drewna i tamtejszej kultury) i w miejscu, gdzie naprawdę odpoczniecie, przy okazji z możliwością wędrówek po górach i leśnych spacerach. Zostawiam Wam link do ich strony internetowej: schronisko „Hajstra”.

*Przedstawiony powyżej rys mapy jest tylko orientacyjny. Nie polecam sugerować się czasem tej mapy, kilometrażem, nazewnictwem czy wysokościami, ponieważ znajduje się tam sporo błędów. Mapa ma charakter wizualizacji trasy.