Marzec 19, 2019

Od Andów po Himalaje. „Zaginieni z Everestu” i „Zimna Anna”. Recenzja.

„Zaginieni z Everestu” Milan Vranka

XX wiek był wiekiem wielkich podbojów Himalajów, ale z czasem, gdy najwyższe szczyty padały przed zdobywającymi je wspinaczami latem, nowymi drogami, później zimą, szukano strategii, by w jakiś wyjątkowy sposób zapisać się na kartach historii światowego himalaizmu. Jednym z takich wariantów, który zyskał powodzenie i sławę, był wariant zdobywania wielkich ścian stylem alpejskim, czyli takim, w którymi nie zakłada się obozów pośrednich, a charakteryzuje go lekkość, niewielka ilość sprzętu, co ułatwia sprawne i szybkie poruszanie się w odróżnienie od oblężniczego stylu wyprawowego.

Czterech słowackich wspinaczy wymarzyło sobie dokonać czegoś, czego nikt wcześniej nie dokonał- przejście najtrudniejszej drogi na Everest w stylu alpejskim.

Książka Vranki przedstawia nam kolejne etapy przygotowania do wyprawy, bez żadnych dystansów autor zdaje relację z przeboegu akcji górskiej, przytacza dialogi, rozmowy radiowe, zapiski i tworzy książkową wersję wystawy fotograficznej. Historia oparta na faktach, niestety kończy się tragicznie. W 1988r. 17 października czterech Słowaków zaginęło na zboczach Everestu i zostają uznani za zmarłych. Ich historia kończy się tam, gdzie rozpoczyna się ich nowa droga, którą od tego momentu będą podążać. Chcąc pokonać ścianę, to oni zostali pokonani przez nią. Tak bywa. I z tym się liczyli. Bo każdy himalaista to gracz ze śmiercią.

Lektura trudna. Przede wszystkim obfita w opisy i elementy relacji krok po kroku zdawane przez Vlankę. Akcja rozciąga się, trzyma mocno w napięciu i rozpływa się po organizmie jak lawa, aż w momencie kulminacyjnym wulkan wybucha zasnuwając oczy łzami i wprowadzając aurę rozczarowania i goryczy. Mimo przygotowań do wyprawy, radości z niej płynącej, zakończenie tej historii zdaje się przewidywalne, bo od samego początku jest gęsto i ciężko. Wyczuwalne napięcie.

Wydarzenia, jak wspomniałam- autentyczne, a sam autor w sposób bardzo oddany zapisuje kolejne stronice chcąc w sposób jak najbardziej dogłębny i dokładny przedstawić nam sylwetki wspinaczy.

Szaleństwo? Głupota? Egoizm? Kto rwie w stronę tak potężnego przeciwnika jakim są góry i wdaje się z nimi w zacięte gierki? Ten, kto ma w sobie szaleńczo trudną do zrozumienia miłość, którą nosi głęboko w sercu, która kieruje jego umysłem i pnie w stronę najwyższych ścian.

„Zimna Anna” Marek Ratajczak

„Zimna Anna” kojarzyła mi się z… Annapurną. Kojarzyć się może, ale to zupełnie druga strona globu. Inny kontynent. Inny charakter. Anka to przede wszystkim niski wzrost w porównaniu z himalajskimi kolosami, upartość i kaprysy. To rozłożysta skalna suknia.

Zimna Anna to andyjska Aconcagua, najwyższy szczyt Ameryki Południowej zaliczany do Korony Ziemi. Do samotnego podboju serca Anki zabiera się Marek Ratajczak, sam autor. Z powodzeniem? Tego już nie zdradzę, bo zniszczyłabym całą frajdę z czytania.

Pierwsza część, w której wraz z autorem przygotowujemy się na wyprawę jest przesycona osobistymi wątkami i refleksjami. Czasem nawet zbyt osobistymi myślami, a sam autor robi się osobą przeszkadzającą w swojej własnej historii. Nachalny, męczący. Wynagradza to natomiast w drugiej części, gdzie zmienia się styl i forma. Część ta przybiera formę dziennika obfitego w relacje, uwagi i opis wydarzeń, przebieg całej wyprawy i rozważania. Przeżycia i emocje towarzyszą przez całą jego drogę do celu.

Czytając relację z próby podbicia serca Zimnej Anny, jak próba podbicia serca księżniczki z samotnej wieży przez rycerza na białym koniu, jest przeżyciem razem z Ratajczakiem wielkiej przygody. Zimna Anna albo ulegnie, albo rozpęta wokół swojej sukni El Nino i nie wpuści na szczyt wieży nikogo.