Listopad 18, 2018

Jesień maluje, a zima rzeźbi, czyli artystyczna walka pór roku w Beskidach- Pilsko w Beskidzie Żywieckim.

Beskid Żywiecki słynie z dość sporych, jak na Beskidy, wysokości. W końcu to drugie co do wysokości pasmo w Polsce. Najwyższa jest Babia Góra (1725m n.p.m., Diablak), potem Gówniak (1617m n.p.m., jest w masywie Babiej Góry), a kolejne jest właśnie Pilsko (1557m n.p.m.). Szczyt ten znajduje się w Grupie Pilska, jest dość charakterystyczny- typowa kopuła. Sąsiaduje m.in. z Halą Lipowską i Rysianką, Romanką, a sieć szlaków jest bardzo rozwinięta. Z racji tego, że w najbliższej okolicy jest to wierzchołek najwyższy, panorama wynosi 360 stopni i możemy podziwiać całe pasmo Tatr, Tatr Niżnych, Małej Fatry, Gór Choczańskich, Babią Górę, Beskid Śląski, Żywiecki i Mały. Jeśli chodzi o pochodzenie nazwy, nie jest ono do końca znane. Istnieje wiele anegdot, jedna z nich mówi, że pochodzi o nazwy hali Pielsko od nazwiska właściciela owej hali- Piela. Kolejna mówi zaś, że od „piłowania”, czyli pozyskiwania drewna. Legend jest więcej, ale te są najbardziej znane.

Sieć szlaków jest bardzo rozwinięta, dlatego wybór drogi następuje w zależności skąd mamy ochotę i możliwość trasę zrobić, i jak długą. Wycieczkę można połączyć z wejściem na Rysiankę i Lipowską, na Romankę, a nawet i na Babią Górę, co jest już sporym wyzwaniem. W dzisiejszym wpisie znajdziecie jednak relację ze szlaku z Sopotni Wielkiej (zielony), które biegnie na Halę Miziową przez Przełęcz Buczynka, a następnie z hali na Pilsko- do wyboru szlak żółty lub czarny.

Szlak rozpoczynamy w Sopotni Wielkiej Mrozków, gdzie zaczynają się zielone oznaczenia.

Hala Miziowa. W dole widoczny dach schroniska.

Biegnie z początku szeroką drogą leśną, a za kilka minut zamienia się w tzw. skotnię, którędy często płynie woda. Mnóstwo liści i kamieni. Na szczęście zaraz nad nią jest ścieżka wśród drzew. Idzie się bardzo przyjemnie, piękny świerkowy las i listopadowy, siarczysty mróz. Niebo błękitne. Warunki do wędrówki tego dnia były rewelacyjne. Przez piętnaście minut szlak biegnie lasem świerkowym, a później nagle ściera się z lasem bukowym. Bardzo ciekawe zjawisko. Przez kolejne dziesiąt minut podejście lasem wśród szeleszczących liści aż docieramy do miejsca, z którego zaczynają się widoki. Morza mgieł w kotlinach i przetaczające się wśród zalesionych wzniesień. Dalej droga biegnie zboczem cały czas prosto aż znów gubi się w leśnej gęstwinie. Tam kończą się już podejścia stromsze, a zaczyna przyjemny spacer wąską ścieżynką. Po niespełna godzinie docieramy na Przełęcz Buczynka, gdzie dociera również szlak czarny, również z Sopotni Wielkiej (sam początek wsi), a dalej obydwa biegną już jako jeden szlak- zielony. Kiedyś w tym miejscu było mnóstwo błota, nie dało się zbytnio przejść bez zatapiania butów w tym bagnie, ale ktoś zrobił z tym porządek ustawiając szereg drewnianych belek na całej długości tego podmokłego terenu. Jak wspominałam, wędrówka jest bardzo przyjemna, ale że nabieramy już nieco wysokości, a las miesza się z terenem, gdzie go nie ma, można odczuć konkretne powiewy wiatru. Na Miziową z przełęczy idzie się znów leśną ścieżką, a następnie przechodzi się przez rozległe polany i ponownie wchodzi w las, gdzie widać malutkie wąwozy kamienne, a skały towarzyszą przez kilka minut. Ten fragment trasy kojarzy mi się z kawałkiem szlaku do schroniska na Markowych Szczawinach. Mają bardzo podobny charakter- dróżka poprowadzona na niewielkim wzniesieniu, a wokół głazy i skały. Ostatni etap szlaku to przejście polaną, a w oddali wyłania się noclegowania GOPRu, a kawałek dalej schronisko (można by rzec, że bardziej hotel górski). Wiatr był ogromny, uniemożliwiał zbytnio przyjemne dotarcie do schroniska. Był przenikliwy i potęgował odczuwalność mrozu.

Herbata w schronisku dała sporo energii, a jak warto pamiętać, zimą czy późną jesienią, herbata w górach to podstawa. Rozgrzeje od środka, zagrzeje nawet i ręce oraz doda mnóstwo siły. Schroniska to miejsce kompletnie nie przypomina. Wielki gmach, duża przestrzeń, bufet jak w barze, a stołówka jak w barze mlecznym. Klimatu górskiego temu miejscu na pewno brak. Plus jest taki, że zmieści się zawsze mnóstwo ludzi i dla każdego znajdzie się miejsce.

Podejrzewałam, że na szczycie będzie wiało jeszcze bardziej, a po wyjściu na zewnątrz będzie lekki szok termiczny, więc ubrałam wszystko, co ze sobą miałam (cztery warstwy ubrań) i wyruszyłyśmy w stronę Pilska. Oczywiście trochę przesadzam, bo to są tylko Beskidy, ale żadnych gór nie powinno się lekceważyć. Nuta dramatyzmu, żeby przestrzec, zawsze się przyda i nikomu to nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że każdy weźmie sobie to do serca- w górach nie ma żartów, nawet jeśli to miałby być tylko „kapuściane pagóry”, jak kiedyś ktoś to określił.

Do wyboru są dwa szlaki biegnące na szczyt- żółty i czarny. My wybieramy z racji warunków szlak czarny, szybszy o piętnaście minut, i przemy stromym, trawiastym podejściem, jeszcze w towarzystwie lasu, w górę.

Widok w stronę Beskidu Śląskiego i Małego.

Podejście pod Górę Pięciu Kopców (przedwierzchołek).

Zbocze i drzewa wokół są mocno oszronione. Słońce cudownie przebija się przez gałązki, co potęguje zimowy klimat. Przejrzyste niebo. Czego chcieć więcej? Nawet ten wiatr nie zwraca już tak uwagi. Po kilkunastu minutach drzewa zostają w tyle, ostre podejście dobiega końca, a zaczyna się kosówka i widok przede wszystkim na Beskid Śląski, a nawet i kawałek Żywieckiego z Romanką na czele. I już na sam szczyt Pilska szlak prowadzi wśród kosodrzewiny, która odpiera ataki wiatru. Po drodze kilka zalodzonych kamieni, ale idziemy w stronę słońca, a to jest niesamowite uczucie… Nie widać końca, tylko wielka płaszczyzna, niekończąca się droga…

Ktoś za bardzo poleciał sobie z postawieniem tabliczki Pilsko na przedwierzchołku, który nosi nazwę Góra Pięciu Kopców. Nie każdy dopatrzy, że na drugim drogowskazie jest napisane, że na to właściwe Pilsko trzeba jeszcze dziesięć minut iść. Dlatego warto sobie zapamiętać ten niuans. Pilsko to rozległa polanka otoczona kosówką z widokiem 360 stopni oraz dwoma krzyżami i tradycyjnym kopczykiem. I tam też docieramy.

Babia Góra.

Wierzchołek Pilska.

Widok na Tatry, od lewej: Tatry Bielskie, Tatry Wysokie i Tatry Zachodnie.

Od lewej pasmo Tatr Niżnych i Góry Choczańskie.

Na pierwszym planie Mała Fatra z kopulastym Stohem, poszarpanym Wielkim Rozsutcem.

Widok w stronę Lipowskiego Wierchu i Hali Rysianki, kawałek Romanki, a dalej Beskid Śląski.

Widoczność tego dnia przekroczyła moje oczekiwania. Tatry były jak na wyciągnięcie ręki, Góry Choczańskie na czele z Wielkim Choczem, Tatry Niżne, mniejsze pasma słowackie, jak Magura Orawska przed Małą Fatrą, a dalej Beskidy- Beskid Śląsko-Morawski, Żywiecki i Śląski. Babia Góra, jako Beskidzka Królowa czuwa nas resztą. Wiatr dawał się we znaki, ale gdy się dobrze wyposażymy w odpowiednią odzież, nawet i mróz nie będzie straszny, a wiatr odczuwalny. I mimo tego wiatru, spędziłyśmy na zachwycaniu się widokami dobre piętnaście-dwadzieścia minut.

Zejście tym samym szlakiem, bo w dole czekał na nas samochód. Szybka trasa na rozruszanie kości w sam raz. Całość z przerwą na herbatę w schronisku i postoju na szczycie zajęła nam pięć godzin, czyli zdecydowanie szybciej niż według mapy i szlakowskazów. Trudności na trasie brak, za to warunki specyficzne zimą i późną jesienią i warto mieć ze sobą już rzeczy typowo zimowe. Pilsko to szczyt niezalesiony, więc wszystkie wiatry będą w niego uderzać.

Przejrzystość powietrza, błękitne niebo i walka pór roku. Jesień jeszcze dzielnie się broniła, jeszcze mazała góry i lasy swoją gammą barw, ale szło jej coraz oporniej. Zima wygrała, bo już następnego dnia w dolinach spadł śnieg. Ale nie warto rozpaczać, bo walorem zimy jest, mimo tego, że w dole smog i brud, to w górze, ponad tym wszystkim, cudowna widoczność i tworzenie rzeźb z krajobrazu. Jesień maluje, a zima rzeźbi.