Wrzesień 15, 2018

Słowackie ścieżki- Magura Orawska na dwóch kołach (Minčol i Paráč).

       Na Słowację jeżdżę regularnie od trzech lat. I za każdym razem staram się odkrywać nowe, ciekawe miejsca. Słowacy mają mnóstwo pięknych pasm, które różnią się od siebie czasem diametralnie- skaliste Tatry i Mała Fatra, łagodnie wznoszące się szczyty beskidzkie czy rajskie wodospady w Słowackim Raju. Jednak, co w Słowacji najbardziej lubię to puste szlaki, dzikie i pozbawione ruchu turystycznego- nie wszystkie, ale większość. A w górach zawsze szukam ciszy, więc ten rok pełen jest wypadów właśnie do południowych sąsiadów.

       Często przejeżdża się w drodze na Fatrę czy w Tatry obok mniejszych pasm górskich, które intrygują. Co to za pasmo, co to za góra, ładnie się prezentuje, skąd się tam idzie, czy jest szlak? Ze szczytów Beskidu Żywieckiego jak Pilsko, Babia Góra czy nawet Wielka Racza widać przed Małą Fatrą pasma, które nigdy nie wiadomo, czym dokładnie są. I tak od dłuższego czasu postanowiliśmy pojechać w nieco beskidzkie i mało znane tereny Słowacji na rowerze. 

Z Zazrivy Havrania żółty szlak na Hole, następnie niebieski na Paracz, dalej Prislopec i Mincol i zjazd czerwonym do Zazrivy.

       Dość ciekawą opcją na rower wydawała się Magura Orawska, która graniczy z Małą Fatrą, Beskidem Żywieckim i Górami Choczańskimi. Nie jest długim pasmem, ma zaledwie 36 km. I udało nam się to pasmo przejechać praktycznie w całości pomijając część wschodnią ze szczytami takimi jak Budín (1222m) i Magurka (1107m), czyli tzw. Pasmo Budína (od najwyższego szczytu). Za to udało się poeksplorować część centralną z Minčolem (1394 m) i Kubińską Halą (1346 m), zwaną Pasmem Kubińskiej Hali i
część północną z Paraczem (1325 m) i Príslopcem (1258 m), zwaną Grupą Paracza. Główne cele jakie postawiliśmy sobie na ten wyjazd to przede wszystkim dobre enduro w miejscu, gdzie nie ma zbyt wielu turystów i chillout. 

Ścieżki brak, oznaczenia to rzadkość. Właśnie tędy prowadzi szlak.

Na szczycie Paracza.

        Ruszamy z malowniczej wioski Zázrivá, która, jak na podgórską wioskę, niesamowicie się ciągnie i można to odczuć już po samej jeździe autem, a potem trzepanie kilometrów rowerem po asfalcie pod odpowiedni szlakowskaz. Auto zostawiamy pod pierwszymi lepszymi sklepami, gdzie raczej parking jest za darmoszkę. Dojeżdżamy parę kilometrów pod szlakowskaz w przysiółku Havrania (wyglądał obłędnie staro) i już pniemy się betonowymi płytami w górę szlakiem żółtym, który po kilku minutach ląduje… w cudzym ogródku. Gdzie ten szlak? Szukamy, włóczymy się, a tu nawet śladu. Wsiadamy na rowery i zjeżdżamy na dół, sprawdzamy mapę i podchodzimy do startu po raz drugi. Szlaku nie widać, a w miejscu utknięcia odbijamy w pola w lewo. Targamy rowery po czyimś polu, szlaku nie ma- zaczyna się fantastycznie. Za moment przedzieramy się przez trawę do ramion, jakaś dróżka jest, ale przeszła tam chyba dzień wcześniej jedna osoba. Wychodzimy z traw i jesteśmy pod hotelem Havrania. Ludzie jakoś dziwnie patrzą, ale umykamy szybko, bo na horyzoncie pojawia się żółte oznaczenie! Pędzimy szybko, bo szlak zakręca z drogi w lewo (swoją drogą do hotelu prowadzi asfalt, szkoda, że nie było nam dane o tym wiedzieć) i za moment szlak ponownie znika i lądujemy w kolejnym cudzym ogrodzie z… krowami. Błądzimy, ale decydujemy się iść polną drogą, jednak oznaczeń brak, więc po kilku minutach odbijamy na polanę pełną krokusów (tak, istnieje odmiana krokusów rosnących na jesień i też byłam zdziwiona) i po przejściu pagórka z oddali widać szlak, który, jak wywnioskowaliśmy, przechodził przez ogródek wśród stadka krów. Nie mniej jednak, nie tracąc czasu, ruszamy szlakiem (ścieżki brak, tylko pole pełne trawy), który w końcu pojawił się na dłużej. Po chwili wchodzimy na starą, leśną ścieżkę, ostrożnie mijamy rosnące grzyby i już jesteśmy pewni, że nikt za bardzo tędy nie chodzi. Dróżka jest widoczna, oznaczenia również, nabieramy powolutku wysokość i po kilkunastu minutach lądujemy na asfaltowej drodze położonej dość wysoko. Szlak kieruje się w lewo drogą i aż do samej przełęczy Hola, a stamtąd szlak zmienia kolor na niebieski i odbija w prawo w stronę leśnej drogi, już szerokiej i wyraźnie zaznaczonej. Pniemy się z każdą chwilą coraz wyżej, ścieżka jest podjazdowa i do pokonania w siodle (mi momentami dawała w kość i podprowadzałam rower). Moment przed prostką zaskakuje. Masa korzeni i kamieni, a przy tym strome zbocze, które trzeba pokonać i uwierzcie mi, z rowerem jest naprawdę ciężko. Ostatnie sto pięćdziesiąt, może dwieście metrów to jazda po dość płaskim terenie, co świadczyło, że zbliżamy się na szczyt Paracza (słow. Paráča 1325m) i po niespełna trzydziestu minutach lądujemy przy oznaczeniu szczytu. Paracz to zalesiony wierzchołek, obejmuje go rezerwat ze względu na występowanie tam świerka. 

        Chwila wytchnienia, wsiadamy na bicykle i ruszamy grzbietem Paracza w stronę Príslopca (1258 m), gdzie według oznaczenia mamy pół godziny. Na Paraczu trochę się pogubiliśmy, szlak odbija w prawo i opada w dół prowadząc stromym, zalesionym zboczem, my natomiast pojechaliśmy prosto, trzeba było więc wracać. Jakby tak zliczyć, ile razy tego dnia się pogubiliśmy przez brak oznaczeń lub niewidoczne oznaczenia, wyszłoby łącznie około trzydziestu, czterdziestu minut. Na odbiciu spotykamy trzech rowerzystów, Słowaków, parę zamienionych słów i każdy rusza przed siebie. Po ciekawym zjeździe zboczem, trochę wyprowadzania i kolejny zjazd, tym razem po trawiastej ścieżce. Rowerzyści nas wyprzedzili i pognali, my natomiast rozkoszując się dzikością tego miejsca, powoli jechaliśmy w stronę Príslopca. Szlak nie sprawia trudności, momentami podprowadzamy rower czy natrafiamy na totalne bagno na środku ścieżki, ale głównie jedziemy. I po określonym czasie docieramy na Príslopec, a stamtąd na Vasiľovská Hoľe (1142m). Szlak prowadzący na ten szczyt prowadzi głównie grzbietami, polankami wśród iglastych lasów, a czasem nieco zachodzi do lasu, gdzie sprawnie omijamy kolejne bagna rzucone na ścieżce. Po dotarciu na Vasiľovská Hoľe, która jest dawną halą wypasu owiec na zboczach Minčola i też nazywana jest Minčolem, odsłaniają się pierwsze panoramy tego dnia, bardziej rozległe. Pilsko, Babia Góra czy pobliskie szczyty z różnych grup górskich. Tu robimy dłuższy postój, bo ostatni przystanek na samym Minčole chcemy zrobić krótki, szybki i żwawy. 
        Przed nami ostatni szczyt, więc zabieramy się za wytarganie rowerów na jego szczyt, bo zjazd się nam okropnie marzy… Moje siły już tutaj słabły, ręce bolały od wypychania czternastu kilo setny już raz, ale wiedziałam, że zostało naprawdę niewiele. 

Zjazd z Vasiľovskiej Holi był krótki, za krótki. Od razu szlak ląduje w lesie i trawersuje w stronę Minčola dość mrocznym i niepokojącym lasem. Wypycham resztkami sił, czuję każdy mięsień ramion, przedramion i łydki. Teren po jakimś czasie robi się bardziej przyjazny, odsłania się nieco zieleni, więc nie marnując okazji, staramy się jak najwięcej podjeżdżać. I tak aż do samej przełęczy pod Minčolem. Pogoda, która wcześniej nieco zawiodła (masa chmur), nieco się poprawiła i dane nam było ujrzeć kawałek Tatr. Nie tracąc czasu idziemy na szczyt polanką wśród drzew cały czas tnąc prosto do góry. Po piętnastu minutach docieramy pod wieże telekomunikacyjne i wbijamy się w las, gdzie znajduje się cel. Z polanki przed wierzchołkiem, który też nieco jest pozarastany, przebija się przez drzewa Wielki Chocz w Górach Choczańskich, Tatry, czy Mała Fatra. 
        Minęliśmy trzy, może cztery osoby na szczycie, a my zaczęliśmy ubierać wszystkie sprzęty i przygotowywać się do długiego zjazdu czerwonym szlakiem już na dół. Wysprzęceni i podnieceni, że w końcu coś dłużej pozjeżdżamy, ruszamy w dół.

Widok na Małą Fatrę- ten strzelisty to Wielki Rozsutec.

Pierwszy etap, gdzie jest kosówka i las (tak, w paśmie Magury Orawskiej jest zaniżony próg kosówki i występuje tam na dość niskich wysokościach), ścieżka jest wąska i pozakręcana, głównie o korzennym charakterze. Bardzo miły zjazd. Po pokonaniu tego odcinka wjeżdżamy już w leśną gęstwinę, szlak czasem się gubi, ale szybko z powrotem na niego trafiamy. I tak omijamy sprawnie trudności napotkane na drodze aż do momentu stromej i bardzo kamienistej, wręcz głaziastej skotni, spadku, gdzie muszę niestety rower sprowadzić konkretny kawałek. Później robi się już znów miło, można zaszaleć, czasem sprowadzić rower ze względu, że drzewo postanowiło złamać się na ścieżkę i sobie tam poleżeć. Po około dwudziestu pięciu minutach zjazdu docieramy do Hlásnej Skaly (928m), a stamtąd jeszcze masa dobrego enduro. Niżej spotykamy kolejnych rowerzystów, a sam zjazd kojarzy się ze zjazdem z naszego ukochanego Abrahamowa w Beskidzie Żywieckim. Droga jest szeroka, czasem czeka nas podprowadzenie na jakiś pagórek, ale ogólnie ten przejazd jest płynny i nieskompilowany. Najbardziej widokowy. Ładnie prezentują się grzbiety, którymi jechaliśmy kilka godzin temu i odległy już Minčol, odsłania się majestatyczny Wielki Rozsutec z Małym Rozsutcem, Stoh i pobliskie szczyty Małej Fatry. Gdy las się kończy, a zaczynają się zabudowania, droga zmienia się w szutrową, a następnie asfaltową i doprowadza nas na sam parking, gdzie rano zostawiliśmy samochód.
          Spokojnie i ciche pasmo, ruch turystyczny niewielki, wręcz zapomniane dzikie szlaki. Całe pasmo niedocenione i jakby pominięte, przytłoczone. I właśnie takie najchętniej wybieram jako cel. Najmniej znane lub wcale nie znane, najdziksze, dające najwięcej satysfakcji, mające swój mikroklimat i urok. Taki wybór daje najwięcej radości! Cały dzień podjazdów i zjazdów, przedzierania się przez puste szlaki, niektóre bez ścieżek. Ale najpiękniejsza była cisza, wszechobecny spokój, kontakt z naturą, poznanie nowych, bardzo niedocenionych miejsc i bajkowe widoki. Za to właśnie uwielbiam Słowację! 

PODSUMOWANIE:

  • całkowity czas: 6.30h
  • czas jazdy (bez przerw): 5.30h
  • ilość kilometrów trasy: 28km
  • trudność trasy: średnio trudna, wymaga jako takiego obycia w zjazdach, technice i postawie, umiejętności jazdy po terenie zróżnicowanym (stromizna, luźne kamienie i serie korzeni), wymaga dobrej kondycji- wyprowadzanie roweru w stromym terenie, silne i sprawne ręce, podjazdy
  • dla kogo: średnio zaawansowani
  • charakterystyka: gubiący się szlak, wąskie ścieżki przy podjeździe, dzikie i pozarastane niekiedy, kamienie i korzenie (z naciskiem na korzenie), zjazd momentami bardzo trudny, strome, kamienne uskoki i głazy, szlak między drzewami przy zjeździe, odcinki podjazdowe w siodle, ale i do wyprowadzenia roweru (pięćdziesiąt na pięćdziesiąt). Fantastyczne enduro, odcinki z flow, gdzie można pozwolić sobie na większą prędkość. Najlepiej trasę pokonać na rowerze full, ale na sztywniaku da się przejechać i mieć z tego radość, co sprawdziłam na własnej osobie