Wrzesień 01, 2018

Beskidzkie wędrowanie gwiazdami nocą i promieniami dniem. Wielka Rycerzowa w Beskidzie Żywieckim.

       O Rycerzowej mogłabym pisać i mówić godzinami. Jest to niewątpliwie jedno z najbardziej klimatowych miejsc w Beskidzie Żywieckim. Urocza drewniana bacówka na skraju lasu, zapach palącego się drewna w piecu, piękny krajobraz na okoliczne góry oraz Tatry i Małą Fatrę i to, co bardzo lubię to brak panoram na miasta. Dzicz w najczystszej postaci. To mnie zawsze na Rycerzową przyciąga. Ponadto, to świetna baza wypadowa w różne strony Beskidu, sieć powiązanych szlaków turystycznych, nawet i od Słowacji. To wszystko sprawia, że miejsce to niesamowicie przyciąga do siebie.
 


Wejście według szlakowskazu i w praktyce trwa 1h 30min.

        Jako, że na Rycerzową można dotrzeć praktycznie od każdej strony, podaję propozycję szlaku najbardziej popularnego, a mianowicie szlaku żółtego z Soblówki- malowniczej wioski położonej u stóp gór. Zaczyna się on na początku Soblówki, ale, że wioska jest długa i do jej końca prowadzi asfalt to bez problemu można tam dojechać. Szlak rozpoczynamy więc zaraz obok urokliwego kościółka i przystanku końcowego (jest miejsce na zostawienie samochodu) i biegnie on za mostem do góry szeroką drogą. Mijamy rzekę i wędrujemy wśród dość sporych składów drzewnych, a wokół piękny, beskidzki las. Te wszystkie drzewa rosnące w prostych liniach i w różnych kombinacjach. Zapach mchu. Szum wody, śpiew ptaków. Promienie słońca przebijające się przez konary. Takie właśnie są Beskidy.

 

 

 

 

 


      Podejście tą szutrową drogą trwa około piętnastu minut i właśnie po tym czasie zmienia się w typowy górski szlak- w wąską wydeptaną ścieżkę. Jest to okolicach dość specyficzna i charakterystyczna. Ścieżka wije się do góry za oznaczeniami na pniach i niknie w gęstwinie. Jest to jedno z najbardziej stromych podejść na szlaku, nogi trochę ujeżdżają spod suchej i zamienionej w pył ziemi. Sprawnie nabieramy wysokości i za moment znajdujemy się na zboczu, wzdłuż którego będziemy iść. Przejście zboczem zajmuje nam około niecałą godzinę, a stamtąd wychodzimy na kolejną szeroką drogę, która pnie się w lewo do góry. Po kilku minutach szlak wychodzi z lasu i biegnie niewielką polanką, wokół dosyć wysokie trawy. Następnie szlak delikatnie odbija w prawą stronę i biegnie prosto w wysokie choinki. Stamtąd idąc kawałek wyżej można dostrzec po lewej stronie Wielkiego Rozsutca i fragment, przedzierających się przez okoliczne góry, Tatr. 

 

 


        Wchodzimy w iglasty las, a droga zamienia się w nieco prostszą, szeroką ścieżkę. Dochodzi do nas szlak zielony, mijamy drogowskaz z tabliczką: „Rycerzowa 20 minut”. Idzie się bardzo przyjemnie, zostawiamy za sobą gęstwinę, następnie całą masę krzaków borówek, niestety ktoś się postarał by nic nie zostało, i po chwili znajdujemy się na niższej hali pod Rycerzową. Czuję już zapach palonego drzewa w bacówce, a w powietrzu unosi się ta aura, najwspanialsza jaka jest w Beskidach. Wędrujemy teraz kamienną wybrukowaną drogą, mijamy czarny szlak, którym będziemy schodzić rano, i kierujemy się już pod samą bacówkę. Ostatnie przejście lasem i po chwili zza wzgórza wyłania się drewniana, ciemnobrązowa bacówka na Hali Rycerzowej…
        Ostatni raz byłam tam zimą, kiedy to nic nie było widać prócz czubka własnego nosa, a na wschodzie rok temu w sierpniu, z którego nic niestety nie wyszło. Rozkładamy się przy ławeczkach tuż obok bacówki i rozglądamy się za miejscem, względnie prostym do rozbicia namiotu. Stado owiec zbobmardowało dosłownie każdy fragment ziemi, więc te wiejskie zapachy, mmm…, po prostu „cudowne”. Nim rozbijemy namiot, udajemy się na przełęcz pod Małą Rycerzową, coś nie coś może z zachodu będzie, więc aparat pod pachę i szybka przebieżka do góry. Los chciał, że mimo wszechobecnych chmur, które nad górami wisiały, promienie z jednej strony, przebijały się na szczyty po drugiej stronie góry i odbijały się na stokach okolicznych gór. Już wtedy wiedziałam, że ten zachód będzie naprawdę widowiskowy. 

 

 

 

 

Kiedy pierwsze promienie zaczęły uderzać w moją twarz, niebo zarazem ściemniało i rozjaśniało, zmieniło tonację i rozbrzmiało kolorami granatów, czerwieni, żółci i pomarańczy. Wyglądało egzotycznie, jak z dzieła Picassa. Kolejny beskidzki zachód. Tutaj czułam się jak w domu. A moment uniesienia słońca, choć niezwykle krótki, to uwieczniony na fotografiach.
        Późno kładziemy się spać, rozmawiamy, śmiejemy się i korzystamy z ostatnich ciepłych nocy. A ja czuję, że takie biwaki na łonie natury, pod namiotem lub nie, staną się częścią mojego górskiego kalendarza.
        Rano zwlekamy się bardzo ospali ze śpiworów. Noc była ciepła, ale cztery osoby w niewielkim namiocie, który lekko opadał w dół i co chwilę każdy budził się w nogach, było męczące. Trochę się reszcie nie chciało, ale ja nie chciałam odpuścić, więc wyciągnęłam ich wszystkich siłą z namiotu i zaciągnęłam pod szczyt Wielkiej Rycerzowej. Byliśmy tam trochę za wcześnie, ale miałam czas na ustawienie statywu i aparatu. I po parunastu minutach spektakl się rozpoczął. 

 

 

 

 

Słońce wstawało zza Babiej Góry, która wyglądała na dumną, że jest w centrum zainteresowania. Brakowało mi tylko mgieł i wielu barw kolorystycznych, a na domiar tego, aparat zaczął parować i z niewiadomych powodów szaleć. Na szczęście los się do mnie uśmiechnął i słońce w całej swej okazałości pokazało, że to jeszcze nie koniec. Dało niesamowite ilości barw i promieni. Oświetlało powoli przyczajoną w dole bacówkę i okoliczne szczyty. Właśnie taki wschód na Rycerzowej sobie wymarzyłam. A myśli uciekały w te górnolotne i filozoficzne strony.
          Zachody i wschody słońca to najbardziej nietypowe i najbardziej magiczne pory. Człowiek za darmo i praktycznie żadnym kosztem może obejrzeć coś tak wspaniałego, wykraczającego poza wszystkie granice piękna. Kiedy oglądam zachód, widzę jak dzień się kończy, jak się ulatnia i przestrzeń ogarnia ciemność. A rankiem oglądam wschody, obserwuję jak słońce się budzi i otula promieniami każde drzewo, górę, ścieżkę, dając jej nowe życie.