Wrzesień 17, 2018

#3 Enduro Beskidy: singlowy Żywiecki (Wielka Racza, Przełęcz Przegibek). Krótka fotorelacja.


       Wśród osób, które uprawiają turystykę rowerową w górach wiele słyszało się na temat klasyku Beskidu Żywieckiego, czyli szlaku pełnego dobrych, płynnych zjazdów, ciekawych ścieżek i przede wszystkim cudownych widoków i towarzystwa pięknych lasów, który mieści się . Z racji ciekawości trzeba było dopompować koła w dwukołowcu, założyć ochraniacze na kolana, zarzucić plecak na plecy i ruszyć na podbój tego miejsca, które jest niespecjalnie daleko, więc tym bardziej chcieliśmy je sprawdzić czy faktycznie jest tam tak wspaniale jak piszą. 


        Meldujemy się w Rycerce Kolonii i kierujemy się na szlak żółty w stronę Wielkiej Raczy (1236m). Relację ze szlaku na Raczę można przeczytać tutaj- Wielka Racza

Początek szlaku prowadzi asfaltową drogą.
Szlak z drogi asfaltowej odbija w prawo.

Szczyt Wielkiej Raczy.

Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy.
W tle Mała Fatra- Wielkie Rozsutec i Stoh.
Szlak jest prosty i nie sprawia żadnych trudności. W 85% jest do przejechania w siodle (pomijając dni, kiedy na szlaku jest zwózka drzewa czy padał deszcz, wtedy zalega tam mnóstwo błota). Na Wielką Raczę docieramy w godzinę i parę minut. Jest jeszcze spokojnie, więc dłuższa przerwa w tak bajeczny dzień jak ten, bez tłumów turystów, w ciszy, jak najbardziej wskazana dla ducha. 
        Spod Wielkiej Raczy wracamy pod szlakowskaz, który nieco niżej odbija w stronę Przełęczy Przegibek (1000m). Kierujemy się oznaczeniami czerwonymi na samą przełęcz (przez krótki czas towarzyszy również szlak zielony, który pod Małą Raczą odbija na Słowację).

Panorama na Beskid Żywiecki, Małą Fatrę, Góry Choczańskie i Magurę Orawską z Małej Raczy.
Jedziemy grzbietem przez kilka minut i lądujemy w najbardziej widokowym miejscu jakie dotychczas w Beskidach widziałam. Panorama na wiele pasm, m.in. Beskid Żywiecki, Małą Fatrę, Góry Choczańskie i Magurę Orawską na Słowacji. Nie sądziłam, że Racza chowa w sobie tak urokliwe polany, na których chciałoby się usiąść i po prostu być. Być i patrzeć na te piękne dzieła. 
        Z polanki zjeżdżamy bardzo ciekawym single trackiem, gładkim i z tzw. flow. Spotykamy ludzi, wszyscy machają, patrzą, śmieją się, krzyczą do nas- to jest tak na marginesie bardzo fajna rzecz, że ty masz radochę z jazdy i ktoś, kto do ciebie macha, bo może też jeździ? Wszyscy bajkerzy łączmy się! Na tym odcinku można bez problemu pozwolić sobie na większą prędkość. Zjazd trwa dobre kilka, kilkanaście minut i znajdujemy się na niewielkiej polance w lesie, a szlak odbija w prawo. Tutaj rower trzeba nieco podprowadzić, ale jest to stosunkowo krótko do tego, co nas dopiero czeka. 

Stajemy na kolejnej, dość sporej polanie, gdzie wsiadamy na rower i tłoczymy naprzód. Wpadamy w kolejną leśną gęstwinę i zaczyna się robić nieco pod górkę. Wiele powalonych drzew i konkretnych kałuż, które utrudniają przeprawę. Od tego momentu wejścia w las, przez co najmniej dwie godziny już z niego nie wyjdziemy. Ścieżka rozszerza się i prowadzi przez jakiś czas miłym zboczem, a następnie lekko opada i pnie się w górę. Właśnie taki charakter ma ten szlak od tego momentu aż do samego końca z drobnymi wyjątkami. Po jakimś czasie żmudnej jazdy docieramy na granicę słowacką, gdzie zaczyna się męczące podejście po seriach korzeni i chaszczy przy wąskiej ścieżce. Podejście to jest długie i nieprzyjazne dla rąk, które muszą unosić rower co kilka metrów i wypychać na półeczkę z kamieni. Na szczęście zaraz za tym odcinkiem mordowni, szlak przechodzi na zbocze, gdzie znów jedziemy w dół i w górę, w dół i w górę. 

Na szczycie Kikuli.
Droga po chwili poszerza się i wprowadzamy rowery na zbocze lasu, a zza drzew widać, że szlak zakręca, więc to znak dla nas, że za niedługo będziemy podchodzić pod Kikulę ( 1105m). Wejście na tę niewielką górę nie należało do przyjemnych- spore kamienie ograniczające zrobienie kroku z rowerem, a zarastające krzaki sprawy nie ułatwiały. Kiedy wdrapaliśmy się na Kikulę, robimy chwilę przerwy i szykujemy się do zjazdu, który będzie trwał aż do samego Przegibka. Co do charakteru zjazdu- zjazd trudny, ciężko utrzymać się na rowerze, masa luźnych kamieni i… ścieżka to wyłącznie kamienie, większe lub mniejsze. Etap końcowy przed przełęczą to szeroka droga leśna, zawilgocona, masa błota. 
        Na Przegibku rozsiadamy się na moment żeby uzupełnić zapasy energii. Ale nie mogąc doczekać się zjazdu, na myśl którego już snujemy wyobrażenia, pakujemy plecaki i ruszamy pod rozwidlenie pod Będoszkę Wielką (lub Bendoszkę Wielką, 1144m). Od Przegibka pod Będoszkę droga prowadzi przez las, zajmuje od pięciu do ośmiu minut. Spod rozwidlenia kierujemy się szlakiem zielonym do Rycerki Kolonii. Ubieramy ochraniacze, opuszczamy sztyce i startujemy na dół.

Zjazd z Przegibka szlakiem zielonym.

Z początku ścieżka jest wąska i gładka, nie sprawia żadnych trudności. Trzeba tylko uważać na turystów, których na tym szlaku jest sporo, a jak wiadomo, szlaki są piesze, turyści mają pierwszeństwo i co by się nie stało, wina zawsze jest po stronie rowerzysty. Pomijając fakt pierwszej poważnej zaliczonej przeze mnie gleby, której ślady noszę do dziś, którą nawet nagrałam z własnej perspektywy, a dzień później pojechałam na izbę przyjęć- i tak była śmieszna, choć wtedy do śmiechu mi nie było. Wystający, ucięty pień drzewa zagrodził mi drogę, a ja w impetem w niego wjechałam uderzając nogą, a rower nogę tylko dobił. Zabolało, ale adrenalina i świadomość, że trzeba zjechać spowodowały, że dopiero w domu poczułam prawdziwy ból. Tutaj drobna uwaga- takich wystających korzeni na tym szlaku jest mnóstwo, więc zalecam ostrożność i jazdę po środku ścieżki, a nie jej bokach, inaczej skończycie jak ja lub gorzej. Ale przeżyłam i dojechałam (a później nie mogłam chodzić).
        Szlak następnie wychodzi z lasu i prowadzi zboczem, które momentami jest strome. A na ścieżce pojawia się coraz więcej luźnych kamieni, a co jakiś czas zwalone drzewo czy przecinające strumyki. I tak przez piętnaście minut. Ostatni etap zjazdu to szeroka, leśna droga- masa błota, opony się ślizgają, więc można sobie wyobrazić jak wyglądamy. Będąc już na asfalcie dotarcie do Kolonii zajmuje nam około dziesięciu minut (musimy wrócić na parking, w okolice żółtego szlaku). 

Ubłocone, ale szczęśliwe!
        Czy był to klasyk Beskidu Żywieckiego pełen wspaniałych singli i zjazdów? Po części tak, a po części nie. Tak, bo wyjazd na Wielką Raczę nie kosztuje wiele wysiłku i czasu, a zjazd przez Małą Raczę do Przełęczy pod Orłem jest naprawdę idealny i daje niesamowicie wiele możliwości i radości. Zjazd z Kikuli to test techniki i ćwiczenia równowagi na dwóch kołach, podobnie jak zjazd z Przegibku. Nie, bo zbyt wiele przeszkód w postaci powalonych drzew, czy stromych, żmudnych podejść z rowerem po korzeniach, gdzie rower trzeba wręcz wnosić. I zdecydowanie więcej tutaj wypychania rowerów, wprowadzania (długość szlaku robi swoje i człowiek po dłuższym marszu woli wprowadzać niż podjeżdżać). Czy było warto? Tak, zawsze jest warto. Nowe miejsca, nowe doświadczenia, nowe możliwości i poszerzanie horyzontów. Bo warto robić czasem coś trudniejszego, iść na całość, pomęczyć się- wszystko idzie później w plus do kondycji, lepszej techniki, równowagi, otwiera naszą psychikę na nowe trudności. I tego nauczył mnie ten szlak i za to chylę mu czoła. Mimo zmęczenia, bolących rąk, poważnego upadku, zgubionych okularów- było warto. Zawsze jest warto. 

PODSUMOWANIE:
  • całkowity czas: ok. 6h
  • czas jazdy (bez przerw): 5h
  • ilość kilometrów trasy: 22km
  • trudność trasy: średnio trudna, wymaga podstawowej wiedzy o technice zjazdu i postawie, utrzymania równowagi. Trasa wymaga dobrej kondycji i sprawności
  • dla kogo: średnio zaawansowani
  • charakterystyka: przeważają szerokie ścieżki, zjazd momentami bardzo trudny z luźnymi kamieniami (zjazd z Kikuli) czy strome podjazdy z seriami korzeni, gdzie trzeba użyć rąk by rower wypchnąć. Szlak nie jest pozakręcany, wiele prostych odcinków do pokonania w siodle, ale i do wyprowadzenia roweru. Dużo ciekawego enduro, odcinki z flow (głównie z Małej Raczy).