Sierpień 31, 2018

„Niech dosięgniemy ze szczytu gwiazd…”- Krywań zachodem i wschodem malowany.

       Przychodzą takie momenty w życiu górołaza, a raczej nieuchronny zapęd pasjonaty i miłośnika natury, że marzy mu się zapuszczenie nieco dalej. Przekroczenie pewnych granic, znanej większości strefy komfortu i zrobienie czegoś po raz pierwszy. Czegoś, co wpisze się w kartki umysłu do końca życia jako coś szalonego i zarazem niezwykłego. Coś się kończy, a coś się zaczyna. Zostawiam za sobą wszystkie strachy, kończę etap wędrówek wygodnych, a zaczynam prawdziwe obcowanie z naturą jako tramp. Ja i natura. I wszystko to, co mi da i na co mi pozwoli. To prawdziwa wolność. Bycie prawdziwie wolnym i zdanym na siebie, na umiejętności, doświadczenie zbierane przez lata i na to, co Matka Natura ześle. To rozpoczęcie etapu bycia „Supertrampem.”

       Ktoś mógłby stwierdzić, że to przecież nic takiego, że każdy tak może, że każdy potrafi i to żaden wyczyn. Ja natomiast stwierdzam, że kategoryzować się tego do wyczynu nie powinno. I nie ma tu zbędnych filozofii, do czego sama musiałam dojrzeć i zrozumieć, przed samą sobą odkryć i pozbawić tego czynu drugiego dna, które zazwyczaj jest wyniosłe, że to jest jedna myśl, coś prostego: to zapęd pasjonaty i miłośnika na bliższy kontakt z naturą. Pasja zradza marzenia, pomysły i dzięki temu człowiek zaczyna się realizować i staje się szczęśliwy. 
        Wejście na Krywań (słow. Kriváň 2494m n.p.m.) i koczowanie na jego szczycie było „doznaniem astralnym”. Nie mieszczącym się w granicach mojego pojmowania. Dziś brzmi jak sen. Jednak najbardziej zaskakujące jest to, że wszystkie te obrazy, które zarejestrowałam są trochę rozmyte. I choć człowiek nie jest w stanie zapomnieć takich wydarzeń, który miały wpływ na jego życie, to mimo tego jakieś poszczególne części ciężej jest przywołać. I wyjaśniam to emocjami i uczuciami, wielkimi emocjami i uczuciami, które często powodują zamazanie świadomości i zbyt wielkie przejęcie. Ale jak tu tym nie być przejętym skoro przeżyło się coś tak pięknego…

 

Krywań w chmurach.

 

 

Pierwsze podejście na zielonym szlaku.

 

Powoli wychodzimy z dolinki… Po prawej nadal niewidoczny szczyt.

        Dojeżdżamy na parking w Trzech Studniczkach (słow. Tri Studničky) o godzinie czternastej trzydzieści. Płacimy połowę za parking, czyli 3 euro (normalnie jest 6 euro za cały dzień), wrzucamy plecaki na plecy, które są stosunkowo ciężkie głównie przez te wszystkie ciepłe ubrania i ruszamy na szlak zielony, który w pierwszej kolejności ma nas doprowadzić na Krywański Żleb (słow. Krivánsky žľab). Od parkingu kierujemy się szeroką kamienną drogą w lewo od drogowskazu i jak na razie idziemy w dół. Tempo jeszcze spacerowe i w ciągu dziesięciu minut docieramy pod źródło i kolejny szlakowskaz, spod którego zaczyna się typowo górski szlak, czyli pod górę do samego końca. Nie tracąc czasu ruszamy. Szlak prowadzi przyjemną doliną, której charakter w ogóle nie przypomina dolin tatrzańskich i w ogóle nie czuję się jak w Tatrach ze względu na to, że o tej porze zazwyczaj każda wyprawa się kończyła, a my parliśmy do góry i po drugie, sama dolina i okolica. Krywań usytuowany jest na krańcu Tatr. Za nami pogórza i Tatry Niżne, a przed nami tylko Krywań, który dodatkowo krył się w chmurach. I to mnie nieco niepokoiło, ale dawało poczucie, że jest on w zasięgu ręki. Jak się okazało drugiego dnia podczas powrotu- dobrze, że go nie widzieliśmy. 
        Dolina ma charakter mniej więcej taki: delikatne nachylenie i prostka, zakręt i znów lekkie nachylenie i prostka. Jest to przyjemne podejście i wbrew pozorom szybko nabieramy wysokości i mijamy pierwsze wzniesienie, czyli Grunik. Idziemy wśród, jeszcze dość wysokich, drzew, które po około godzinie zostawiamy za sobą. Wychodzimy z piętra lasu i docieramy do granicy z kosodrzewiną, którą teraz będziemy wędrować już po nieco większych kamieniach i przy stromszym podejściu. 

 

Tatry Zachodnie- od prawej: Smreczyński Wierch, Kamienista, Kotłowa, za nimi w chmurach: Starorobociański Wierch, Bystra.

 

Za nami wspomniane pasmo Tatr Niżnych m.in. Chopok, a po lewej stronie Tatry Zachodnie, które plątają się w chmurach. Mijamy turystów schodzących na dół, którzy patrzą na nas z niedowierzaniem i zdziwieniem, co wyprawiamy i co mamy w głowach idąc o tej porze do góry. Ale udajemy, że nie wiemy o co im chodzi. Tak po prostu trzeba. Piętro kosówki odsłoniło przestrzeń i dało trochę chłodu, którego potrzebowałam, więc jakoś milej się szło. I tak trawersując szlak przez kolejną godzinę zostawiamy za sobą Niżną Przehybę (słow. Nižná priehyba) i stajemy już oko w oko z potężną chmurą. Jedno wielkie mleko. Przyznam szczerze, że widok tej mgły zaniepokoił mnie, bo jak to, miało być tylko lekkie zachmurzenie, a noc piękna, a ja mam wchodzić w tak wielką białą ścianę? Nie podoba mi się to. I czuję niepokój. Nie strach, ale niepokój. Wyobraźnia działa. 

 

Kozica jest, więc jest dobrze! Towarzystwo na szlaku.

 

 

Za nami przebijające się promienie słońca.
Podejście pod Krywański Żleb.

 

Krywański Żleb.

        Szlak łagodnieje i biegnie wzdłuż Przehyby, idzie się ciężko, bo kamienie ujeżdżają spod nóg. Mijamy Wyżnią Przehybę (słow. Vyšná priehyba) i wędrujemy jej zboczem. Kolejni turyści, którzy wyłaniają się zza ściany mgły znów patrzą zdziwieni. Czeka nas teraz przyjemne przejście zboczem. Po sporych kamieniach, ale w przyjaznym jak dla mnie terenie. I po kilkunastu minutach docieramy do Krywańskiego Żlebu na wysokość 2124m n.p.m. (słow. Krivánsky žľab). Idąc od kosówki skalnym zboczem po drodze są dwa lub trzy źródła wody, więc myślę, że warto to tutaj zaznaczyć ze względów czysto praktycznych. Ze żlebu rozpoczynamy już drapaninę po skałach. I tutaj w kość dał mi niesamowicie ciężki i gramotny plecak. Szlak zmienia kolor na niebieski i prowadzi, według oznaczenia, godzinę piętnaście na szczyt Krywania przez Mały Krywań. 

Strome podejście po kamieniach w stronę Małego Krywania.

 

Ostatnie metry do Małego Krywania, a za nim mroczny masyw szczytowy Krywania.

 

 

Wyłaniająca się w tle Kończysta oświetlona promieniami słońca. Gerlach niestety niezbyt wyraźny.

 

Od lewej: Grań Hrubego i Hruby Wierch, na pierwszym planie Krótka, po prawej Grań Soliska i Wielkie Solisko.

 

Mały Krywań i poprowadzony jego zboczem szlak niebieski.

Nie marnując czasu, który nas już goni, bo robi się coraz to później, ruszamy po krótkiej przerwie na uzupełnienie zapasów. Odcinek nie jest specjalnie ekspozycyjny, ale trzeba w niektórych momentach po prostu chwycić się skały, ułożyć dobrze nogi i się wdrapać, wspiąć. Ja się trochę gramoliłam, bo nie dość, że należę do tych niskopiennych ludzi, to ten plecak nieco przeważał do tyłu, stąd moje dokładne i ostrożne ruchy, a tym samym- powolne. 
        I wdrapaliśmy się na grań Małego Krywania (słow. Malý Kriváň- 2334m n.p.m.). Szlak robi się przyjemny i dreptamy po skalnych płytach i stopniach na jego szczyt. Za nami widać szlak prowadzący od strony Szczyrbskiego Jeziora (słow. Štrbské Pleso 1328m n.p.m.), który uchodzi za dłuższy od zielonego szlak na Krywań. Mijamy sprawnie Mały Krywań i docieramy na niewielką przełęcz między głównym wierzchołkiem, a jego mniejszą częścią. Po prawej stronie widoczne są już tatrzańskie kolosy, które okryte są nieco przetaczającymi się chmurami. W dole widać  Zielony Staw pod Krywaniem lub Zielony Staw Ważecki (słow. Zelené pleso Krivánske, Zelené pleso pod Kriváňom 2017m n.p.m.) i wyłania się w oddali oświetlony słońcem Gerlach, dalej Jamska Grań, Ostra, Krótka czy Hruby Wierch. Całe morze gór. 
        Przed nami najbardziej wymagający odcinek i ostatnie podejście na szczyt Krywania.

Strome podejście na Krywań.

 

Jeden z kominków.

 

Wierzchołek Krywania z krzyżem.

Szlak jest eksponowany, nie ma sztucznych zabezpieczeń w postaci łańcuchów i klamer. I głównie ten odcinek składa się z wąskich kominków i wyślizganych płaskich skał, na których trzeba uważnie szukać miejsc na ułożenie nogi. I ten, kto mówi, że ostatnie metry podejścia na Krywań są łatwe, nigdy na Krywaniu nie był lub myśli czysto egoistycznie. Tutaj przede wszystkim trzeba być ostrożnym, bo na szlaku znajdziemy mnóstwo luźnych kamieni i takich, które się pod dłonią ruszają. Ostatnie metry można obejść dołem, a nie samą granią, po której prawicy znajduje się konkretna przepaść, więc to uwaga dla osób z lękiem przed wysokością. Podejście to nie jest bardzo trudne, ale jest wymagające. Człowiek zmęczony jest już długą rypanką pod górę, a tu taka niespodzianka- kominki, płyty, ślisko, stromo, ekspozycja, więc nie dajmy się zaskoczyć tylko zwyczajnie uważajmy i róbmy dokładne i przemyślane ruchy. W takich sytuacjach często dochodzi do błędów. Ja sama czułam się już zmęczona i ten nieszczęsny plecak… Nie dajmy się pospieszać ludziom idącym za lub przed nami, w górach każdy ma swoje tempo i najważniejsze jest nasze poczucie bezpieczeństwa oraz bezpieczeństwo innych także. Jeśli musimy, idźmy wolniej, a dokładniej, jeżeli tak czujemy się pewniej. Mimo wszystko, podejście mi się nie podobało (wyłącznie przez te płaskie płaty skał, które były śliskie). Ale trzeba było je przejść. 
         I tak oto po godzinie dziewiętnastej meldujemy się na Krywaniu wraz z pierwszymi promieniami zachodzącego słońca, które ogrzewają jeszcze, na powitanie i zarazem pożegnanie, nasze twarze. Zdążyliśmy. Chmura znad Krywania odeszła wraz z naszym przyjściem, jeszcze gdzieś na pobliskich szczytach mgły i chmury przetaczają się, inne nikną gdzieś w oddali. Jesteśmy tu. Sami. W pięknym zachodzie. Na samiuśkim szczycie. Wysoko. 2494m n.p.m. Pod samiuśkim niebem. Oko w oko z samymi sobą. A przed nami długa noc. 

 

 

Od prawej: Grań Wołoszyna, Wielka Koszysta, Buczynowe Turnie, Kozi Wierch i poszarpane Kozie Czuby, Zawrat i Świnica, a niżej Pośrednia Turnia i Skrajna Turnia. Na pierwszym planie fragment Grani Hrubego.

 

Słowacki krzyż na szczycie Krywania na tle Tatr Zachodnich.

 

Tatry Zachodnie, m.in. Czerwone Wierchy.

 

Loża dla VIP-ów!

        Szukamy miejsca do koczowania, jakiejś miłej koleby, która by nas przyjęła na tę noc. Wizja spania pod krzyżem, gdzie był jedyny płaski kawałek ziemi, niezbyt zachęcała, więc szukaliśmy. I ku naszym zdziwieniu znaleźliśmy! Najpiękniejszy apartament miliardogwiazdkowy, pod samym niebem, pod chmurką, której już nie było. Najpiękniejsze miejsce do snu jakie kiedykolwiek widziałam. I zadomowliśmy się tam czując jak u siebie. Co z tego, że na skraju największej ściany tej góry. To był dom, oaza, w której mogliśmy odpocząć. 
       Ustawiłam kamerę, która rejestrowała zachód słońca, który odgrywał się za Tatrami Zachodnimi, a my, nim ostateczny spektakl się rozpoczął, rozpakowaliśmy co trzeba i zapakowaliśmy szczelnie co trzeba, żeby poranne rosy nie zamoczyły nam rzeczy. Wszystko rozłożone, a teraz herbata z sokiem malinowym z malin z mojego ogródka, my i zachód. 

Zachód słońca nad Tatrami Zachodnimi.

 

 


Cały świat w dłoniach. Taniec chmur. Ostre rażące oczy promienie i gamma ciepłych barw: od pomarańczy po wszystkie rodzaje czerwieni.
        Kiedy słońce już zaszło, długo jeszcze było szaro. Dokładnie widzieliśmy krywański krzyż, po mojej lewej stronie polskie Tatry- Kozi Wierch, Świnica, Granaty, po prawej w dole dolina, którą parę godzin wcześniej szliśmy i w oddali grań Tatr Niżnych, a za nami Tatry Zachodnie- Bystra, Starorobociański Wierch, Tomanowy Wierch, Kamienista. Znaleźliśmy kolebę otoczoną sporymi kamieniami dookoła. Metr od prawie pięćset metrowej ściany. Opakowani jak parówki w cieście francuskim- kurtki, czapki, rękawiczki, śpiwory i folie ochronne przed rosą, około godziny dwudziestej pierwszej leżymy w śpiworach. Cisza jest ogłuszająca. Rozmawiamy jeszcze długo. Jest mi najpiękniej na świecie i po cichu się wzruszam. Zapadam w drzemkę jako pierwsza gdy jest już bardzo szaro, gdzieś nad nami pojawia się pierwsza, ósma i czternasta gwiazda. Gdzieś słychać szybujący samolot. Widać migotania przelatującego sputnika. Słychać jakieś kroki obok nas- pewnie kozica lub świstak, które lubią nocą żyć.
        Budzę się i pytam o czas. Sądzę, jest już koło drugiej w nocy. Nie, jest dopiero przed jedenastą. Otwieram w końcu oczy i wysuwam twarz z ciepłego komina i to, co widzę wbija mnie jeszcze głębiej w śpiwór. Pierwszy zawrót głowy. Jakbym spojrzała w wielką przepaść. Otchłań bez końca. W filiżankę bez dna. A wszystko to kręci się i kręci. Wiruje nade mną. Nie wiem na co patrzeć, w którą stronę, na którą gwiazdę, na który gwiazdozbiór, planetę, w który punkt. Widzę spadającą gwiazdę i  proszę tylko o to, by to wszystko skończyło się bezpiecznie i dobrze. Nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Co ja tutaj robię? Co wpadło nam do głowy? Co my zrobiliśmy? Co my właśnie przeżywamy? Mam setki myśli na minutę, ale nie potrafię ogarnąć umysłem i wzrokiem tego, co widzę i gdzie jestem. Jestem na samym szczycie góry. Bliżej nieba już się nie da być. I wtedy właśnie człowiek uświadamia sobie, jak mały jest i jak w perspektywie kosmicznej jest niezauważalny i nie ma na nic wpływu, a jego istnienie jest krótsze niż pierwszej lepszej zauważonej gwiazdy. Każdy z nas przeżywał w sobie to, co widział, gdzie był i nawet zbytnio nie było o czym rozmawiać. 
        Kolejna drzemka, ale jeszcze krótsza. Kolejne kilka słów i kolejne zachwyty. Około godziny w pół do drugiej zapadamy w drzemkę oboje i budzimy się koło czwartej. Świat kosmiczny pochłaniało światło i wszystkie gwiazdy znikały. Poniżej szczytu widać światła latarek. Pierwsi ludzie idący na wschód. Trzeba się zbierać. Zdążyć ugotować. Zagrzać się herbatą, nabrać energii z yerby. Wyjść z przytulnej norki skalnej. Noc była spokojna. Teraz już tylko wschód.
        Wygramoliliśmy się i rozsiedliśmy w miejscu, z którego słońce będzie wschodzić- zza Lodowego Szczytu. Ludzie dotarli i mimo wszystko, byliśmy trochę samotni na tej górze (ale szczęśliwi), więc ciepłe „ahoj” i uśmiech były bardzo miłe. Spektakl rozpoczyna się trochę wcześniej niż się spodziewaliśmy. Kolejny raz nastawiam kamerkę, by nagrała poranny spektakl.

 

 

 

Wschód słońca nad Tatrami Wysokimi. Słońce wychodziło zza Lodowego Szczytu, dalej Durny Szczyt, Łomnica. Po prawej masywny Gerlach.

 

Od prawej: Młyńskie Solisko i niżej Skrajne Solisko, Kończysta, Gerlach, Szatan, Wysoka, a w promieniach Łomnica, Rysy.

 

 

 

 

Poyerbało z rana!

 

Spektakl grany jest codziennie. O wczesnej porze. Każdy jest inny, ma inną charakteryzacje i aktorów. Bez tłumów i aplauzu. Radość przeżywa się wewnątrz, w ciszy. Nic nie kosztuje, jest całkowicie darmowy. Wystarczy tylko wstać wystarczająco wcześnie i ruszyć nad poziom morza, albo zostać i zobaczyć życie gwiazd z bliska.
        Żegnamy się z Krywaniem, który przygarnął nas na tę noc. Pokazał nam to, jak wygląda jego wieczór, noc i poranek.

Schodząc na dół mijaliśmy już wielu turystów idących do góry. I z większością rozmawialiśmy, ktoś pytał o źródło, o nocleg na górze, ale każdy patrzył z uśmiechem i pozdrawiał. I choć nocowanie w górach nie jest czymś na porządku dziennym, podtrzymuję, że nie jest niczym złym, ale nikogo do tego nie namawiam. Zostawiliśmy tam większy porządek niż był wcześniej. Nie zostało po nas nawet trochę śladu. Nie świeciliśmy latarkami, nie użyliśmy żadnej ani razu- nie było to konieczne. Nie paliliśmy ognisk, nie wyrzucaliśmy śmieci, ani nie zostawiliśmy resztek jedzenia. Nawet jakieś zwierzę wieczór przechodziło obok i poszło w swoją stronę, więc mu nawet nie przeszkadzaliśmy. Byliśmy trochę jak zjawy. Niezauważeni do samego końca. 
        Człowiek od samego początku tego świata żył zgodnie z rytmem natury. To ona wyznaczała mu granice. Jest z nią zżyty i jest jej częścią. A ja sama żyję z przyrodą jak z rodziną. Traktuję jak najwyższe dobro tego świata, które szanuję i cenię ponad wszystko. Jest mi bliższa niż człowiek spotkany na ulicy. Spędzenie nocy w wysokich górach było dla mnie osobiście najpiękniejszym przeżyciem, nie tylko górskim, ale i na przestrzeni własnego życia. Wiele nauczyło, a przede wszystkim dało mnóstwo nowych doznań i przemyśleń. To zrobienie kroku dalej. W stronę gwiazd.