Czerwiec 27, 2018

#1 Enduro Beskidy: Beskid Żywiecki- Hala Rysianka, Lipowska, Boracza i Prusów.

         Enduro Beskidy to nic innego jak cykl wpisów o beskidzkiej tematyce i relacjach z beskidzkich tripów rowerowych. Zobaczycie jak szlak z pieszego punktu widzenia jest różny w porównaniu z rowerowym punktem widzenia. Znajdziecie tu wskazówki dotyczące subiektywnej oceny trasy, wymagających momentów i polecanych szlaków do zjazdów, żeby był fun. Przejdźmy więc do konkretnej trasy, którą miałam okazję przejechać jako pierwszą porządną, kilkugodzinną i powyżej 1000m n.p.m.!

 
Beskid Żywiecki- Hala Rysianka, Lipowska, Boracza i Prusów.
Krótki film z wyjścia na Halę Rysianka, następnie przejazd na Lipowską i zjazd szlakiem zielonym na Halę Boraczą oraz wdrapanie się na Prusów i zjazd do Żabnicy.

 

 

 

 

       Trasę rozpoczęliśmy przy samym domu, przejechaliśmy całą drogę asfaltową do Żabnicy Skałki, skąd szlakiem zielonym jechaliśmy aż na samą Przełęcz Pawlusią pod Rysianką. Szlak zielony jest jednym z szybszych wariantów dotarcia na Halę Rysiankę, ale warto zaznaczyć, że jest on nieprzejezdny rowerowo, tzn. wąskie i pozarastane ścieżki, krzaki, wielkie kamienie, przedzieranie się przez gałęzie. Owszem, szlak z początku jest dość szeroką, ale stromą drogą, jednak po około trzydziestu minutach zmienia się w dzicz. Dosłowną dzicz. Są momenty podjazdowe, ale mogłabym wymienić tylko trzy: na początku jako wspomniana wyżej szeroka droga, droga leśna gdzieś w niecałej połowie drogi, następnie odcinek po pokonaniu wielkich głazów oraz odcinek ostatni, czyli ciekawa, prosta, ale pełna korzeni ścieżka na Przełęcz Pawlusią. 
 
Widok na Romankę z Przełęczy Pawlusiej.
         Z Przełęczy Pawlusiej, która jest moim drugim ulubionym miejscem w Beskidach, rozciera się widok na Pilsko, Babią Górę, Romankę, która robi niemałe wrażenie oraz Beskid Śląski głównie. Z samej przełęczy na Rysiankę prowadzi szeroka, kamienna droga, którą spokojnie można jechać, a czas przejazdu to około dziesięciu-piętnastu minut.  
 
Panorama z Hali Rysianki.

 

 

 
         Z Hali Rysianki, gdzie zrobiliśmy dłuższy postój, panorama to przede wszystkim Pilsko, Babia Góra jako Królowa Beskidów, kawałek Tatr wyłaniających się zza Pilska oraz słowackie góry, m.in. Mała Fatra. Nie tracąc czasu ruszamy dalej szlakiem zielonym w stronę bliskiej Hali Lipowskiej, na którą prowadzi praktycznie prosta, dość szeroka droga bez żadnych trudności- trochę kamieni, a po deszczu- masa kałuż i błota o czym się przekonałam osobiście.
 
 Na Lipowskiej nieco dłuższa przerwa przy ukochanej ławeczce, bo… przygotowanie mentalne przed długim i wymagającym zjazdem na Boraczą i przygotowanie sprzętów- ochraniacze, kaski, rękawice. 
         Nie zwlekając długo ruszamy w dół. Droga z początku wymaga jeszcze nieco pedałowania, kamienie są coraz to większe, droga w dalszym ciągu szeroka. Trzeba uważać na turystów, którzy mimo wszystko są na szlakach najistotniejsi, a każda niepożądana stłuczka byłaby naszą winą. Pod dotarciu na miejsce zwane Pod Lipowskim Wierchem dalej poruszamy się szlakiem zielonym (jest możliwość odbicia na żółty, bardziej „graniowy”. My natomiast będziemy jechać „pod” i nieco trawersować. Szlak momentalnie zmienia się na trudny i wymagający stuprocentowej koncentracji- wystające korzenie, wielkie kamienie, czasem wręcz głazy. Ale jakość powoli daje się radę i prze do przodu. Zastał nas deszcz, momentami mój rower (sztywniaczek) nie dawał sobie rady, ja również nie czułam się pewnie, więc przy naprawdę wielkich spadkach kamiennych rower zwyczajnie sprowadziłam. I nie jest to żaden wstyd, zwłaszcza, że fun był przez cały czas (deszcz i burza, zaparowane okulary, błotko i upragniony zjazd). Po tym trudniejszym odcinku dojeżdża się do wyciętego pola leśnego, a tam ostatni stromy zjazd po masie kamulców. Później natomiast wjeżdżamy w las i jest już zabawa! Nabieranie prędkości, ale mimo wszystko skupienie, bo jest to trasa dzika, nieprzygotowana i trzeba uważać na każdy wystający korzeń czy leżącą gałąź- wszystko może cię spotkać. 
         Zjazd jest bardzo różnorodny. Są odcinki proste i gładkie, ale są też kamienne, trzeba przekraczać kilka razy niewielki potok, są też ostre zakręty, korzenie i jeden co najmniej półmetrowy kamienny spad. 
          Po wyjechaniu z lasu, rozpoczyna się jeden z bardziej ciekawszych naturalnych single tracków- gładka ścieżka po zboczu i tak przez około dwadzieścia minut aż do Polany Cukiernica skąd dobrze widać bliskość schroniska na Boraczej. Zjazd od tego momentu jest odrobinę bardziej kamienisty, szutrowy, ale dosłownie w pięć minut jesteśmy pod schroniskiem na Hali Boraczej. Nie tracąc czasu, szybka szamka i jedziemy dalej. Przed nami ostatnia tego dnia góra do pokonania- Prusów. Na szczyt docieramy w około pół godziny szeroką drogą co nieco podjeżdżając i wprowadzając. Czymś co mnie zaniepokoiło to kłębiąca się nad nami burza, przed którą od połowy Prusowa dosłownie uciekaliśmy. Adrenalina się podniosła poprzez lekki stres, energii przybyło, więc i bez wahania szybciej się pedałowało. Ze szczytu Prusowa  rozpoczynamy zjazd polanami aż w końcu przed nami dość stromy i konkretny zjazd. Mnóstwo drobnych kamieni, więc uwaga wzmożona, ale i prędkość trochę większa by szybko ten odcinek przejechać. W jednym miejscu zbocze jest po prostu przekopane, pełne zwałów ziemi, kamieni i błota- niby da się przejechać, ale tutaj pojawił się pierwszy dłuższy odcinek, gdzie rower sprowadziłam, a raczej z nim zbiegłam. Następnie hop na rower i zjazd po szutrowej drodze, aż do momentu wjechania w polanę i w końcu w bardzo ciemny i wilgotny las. Mokro, ślisko, ciemno, ale nie zatrzymując się w ciągu kilku minut znalazłam się na miękkiej polnej ścieżce i w rezultacie po kilku sekundach na asfalcie. Najbardziej cieszył mnie fakt, że burza złapała nas dopiero pod domem, a najmniej to, że było to już koniec enduro na dziś.
          Jeśli chodzi o moje odczucia dotyczące trasy to tak, bardzo mi się podobała. Mimo tego, że była bardzo wymagająca, przekraczała moje umiejętności dziesięciokrotnie, dała mi solidnie popalić i dokopała mojemu rowerowi, który nie jest przeznaczony do tras podchodzących pod trasy DH (downhill) czy FR (freeride) to była to niesamowita nuta adrenaliny, sprawdzenia swojej kondycji, wytrzymałości psychicznej, umiejętności, które zdobywałam i techniki, której się uczę. Trasa ta jest dla osób, które znają podstawowe zasady jazdy na rowerze górskim, potrafią balansować ciałem, zapanować nad rowerem w sytuacji awaryjnej i nie tylko, które są pewne samych siebie, które lubią się zmęczyć i nie są im straszne korzenie, kamienie i wąskie ścieżki. 
 
PODSUMOWANIE:
  • całkowity czas: 7h
  • czas jazdy (bez przerw): 6h
  • ilość kilometrów trasy: 23km
  • trudność trasy: trudna, wymagająca techniki i kondycji
  • dla kogo: średniozaawansowani
  • charakterystyka: korzenie, kamienie, wystające głazy, potoki, 1/2 szerokich dróg szutrowych, kamiennych, korzennych, 1/2 ścieżek wąskich, pełnych wystających korzeni, wielkich kamieni, stromych i wymagających