Maj 12, 2018

Kraina ciszy i tysiąca skał- Wielka Fatra (Ostrá i Tlstá).

 

          Gdybym miała na dzień dzisiejszy wymienić pasmo, które w moim odczuciu uchodzi za najdziksze i różnorodne pod względem formy, bez zastanowienia wymieniłabym Wielką Fatrę na Słowacji. Siostra Małej Fatry, leżą niedaleko siebie, ale nie każdy wie, że ma ona rodzeństwo. Można by rzec, że nieco młodsze, ze względu na mniejsze wysokości. Najwyższy szczyt Małej Fatry to Wielki Krywań (1709m n.p.m.), na którym miałam okazję zawitać, a Wielkiej to Ostredok (1592m n.p.m.). 

          Wielka Fatra ma charakter gór pustych i pełnych ciszy. Jej różnorodność mogłam zauważyć właśnie na tej trasie: skałki, jaskinie, mroczne lasy, średnio przedeptane ścieżki, ale i cała gama odcieni zieleni, to część bliższa Małej Fatrze, a naszym Pieninom, natomiast ta bardziej oddalona, czyli najwyższe szczyty, to część przypominająca nasze polskie bieszczadzkie połoniny- niezalesione, trawiaste pagórki, łąki i hale, dość łagodne. Cała długość pasma to zaledwie 40km, czyli niezbyt długa. Na dobrą sprawę do przejścia dla sprawnego kondycyjnie turysty za jednym razem.


          Wybór padł na część skałkową, a dokładniej na szczyt Tlstej (Tłusta 1414m n.p.m.) i Ostrej (1247m n.p.m.), które znajdują się w części „turczańskiej” Fatry. Zauroczyła mnie ta okolica. Poniekąd interesował mnie skałkowy charakter trasy, jaskinia Mażarna (Jaskyňa Mažarná) po drodze i nieco wymagające, eksponowane szlaki na Ostrą. Dlatego decyzja przyjazdu w tą część Wielkiej Fatry wygrała.

 

 

 

 

 

 

 

 

Po prawej wejście do jaskini.

 

Pod skałą biegnie szlak, który po chwili pnie się w górę.

          Ruszamy z niewielkiej turystycznej wsi Blatnica z parkingu (który swoją drogą po powrocie był cały zapełniony, rano zaś puściutki, a co najlepsze, nie czekał na nas uśmiechnięty pan parkingowy, który poprosi o gotówkę, dlatego za to też właśnie lubię Słowację- nikt nie zedrze z ciebie pieniędzy na każdym jednym kroku, gdzie tylko znajdzie się atrakcyjne ku temu miejsce). Kierujemy się żółtym szlakiem w stronę Doliny Wapiennej, skąd będziemy odbijać. Droga jest prosta, asfaltowa, mijamy hotel podgórski, cisza i spokój wokół. Pierwsze promienie słońca niezwykle cieszą i zapowiadają piękny dzień. Do szlakowskazu i naszego pierwszego odbicia tego dnia docieramy w niespełna dwadzieścia minut. Szlak odbija w prawo i zmienia kolor na niebieski. Wchodzimy w Dolinę Wapienną i cała słoneczna aura się zmienia. Las jest niezwykle ciemny, pełen suchych liści, ścieżka jest ledwo widoczna. Drzewa zdają się być czarne, a żaden promień do środka nie dociera. Atmosfera jest niesamowicie gęsta i duszna. Ale robi to swój klimat. Człowiek czuje się dość niepewnie. Na domiar tego niepokoju na samym początku pojawia się tabliczka z napisem: uwaga, wkraczasz na terytorium niedźwiedzia brunatnego. Troszkę się zestresowałam przyznam szczerze, wszystkie zmysły zostały wytężone, bo mimo piękna i cudowności tego miejsca, nie chciałabym niedźwiedzia spotkać. Choć chciałabym zobaczyć w całej okazałości, ale takiego co miałby mnie gdzieś, albo żeby on mnie w ogóle nie widział. Piękne zwierzęta, niezwykłe, ale gdy taki misio jednak nie będzie miał dobrego humoru, jest prawdopodobnie po nas. Tłumaczę to sobie zawsze tym, że tyle lasów już przeszłam w życiu, niedźwiedzi wcale nie jest tak dużo i raczej niemożliwe jest jego spotkanie, ale zdarza się i zdarzyć się zawsze może. Także szlak przez tę niepełną godzinę przebiegał w niewielkim stresie, ale i podziwianiu form skalnych jakie mijaliśmy. Pierwszym celem, w którego stronę wędrowaliśmy była jaskinia Mażarna, która „wydrążona” jest w potężnej skale i liczy sobie 130m długości! Szlak biegnie wpierw łagodnie wąwozem, ścieżka czasem jest ledwo widoczna przez masę zalegających suchych liści. Pomagają oznaczenia. Pniemy się w górę coraz to stromiej, mijane skały przybierają coraz to dziwniejsze kształty. A co ciekawe, pojawia się coraz więcej jaskiń. I tak po niecałej godzinie docieramy do jaskini, która robi na mnie osobiście ogromne wrażenie. Potężna skała, pod którą biegnie szlak i wielka ciemna dziura wydrążona w skale. Jak otchłań. Za bardzo się nie przyglądałam do środa, bo jeszcze mogłabym coś zobaczyć, ale czuć było lekki chłód bijący ze skał. Coś niesamowitego. Nigdy nie potrafię pojąć jak cudowne rzeczy natura tworzy, jak Ktoś z góry miał pomysł, by wykonać tak wspaniałe twory. Natura jest najlepszym architektem. 

 

 

 

 

 

 

 

 


          Spod jaskini kierujemy się już na szczyt Tlstej. Od razu trochę wspinaczki po skałach, pojawiają się też pierwsze łańcuchy. Mroczny las zostawiamy za sobą, przed nami coraz to piękniejsze panoramy. Sosnowy las, który przypomniał mi harcerskie obozy i wąska ścieżka trawersująca zbocze. Pniemy się coraz wyżej, wpajamy widoki i zielone, okalające szczyty. Szybko nabieramy wysokość i w mgnieniu oka znajdujemy się poniżej szczytu. Zmieniamy kierunek i czuć już po podejściu, że za kilka chwil znajdziemy się na Tlstej. Przed nami dość żmudny odcinek ostrego drapania pod górę, parę trawersów i kiedy po około trzydziestu minutach wchodzimy w gęsty las, przed nami wąska ścieżka i teren łagodnieje. To znak, że zbliżamy się do celu numer jeden. Po wyjściu z lasu pojawia się wielka polana i dosłownie kilka minut i zdobywamy szczyt Tłustej.

Na szczycie Tlstej. W stronę Ostrej.

 

 

 

 

Fragment pasma Małej Fatry.

 

          Panorama z wierzchołka to głównie pasmo Małej Fatry- część krywańska i luczańska. Widać nawet moją ostatnią trasę na Wielki Krywań i Chleb. Dość ciekawa perspektywa teraz na to patrzeć z tej strony. Pięknie prezentuje się także Ostra, która z tej strony przypomina zalesiony Giewont oraz pozostałe wierzchołki tej grupy górskiej. Na szczycie znajdziemy skrzynkę z zeszytem, do której można się wpisać. A co warto zaznaczyć, od samego rana nie spotkaliśmy na szlaku dosłownie nikogo! Jedynie po parunastu minutach pojawia się dwóch turystów. Poza tym- puste i dzikie szlaki. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Widok z Zadniej Ostrej.

 

Ostra.

 

          Z Tlstej wybieramy opcję zielonego szlaku na Zadnią Ostrą. Szlak prowadzi przez polanę, dopiero po chwili zatraca się w leśnej gęstwinie. Pokonujemy parę podejść i wdrapujemy się po skałkach. I tak przez około dwadzieścia minut, kiedy to teren nieco opada i po dość stromych skałach osadzonych w lesie, schodzimy w dół. Przed nami zalesiona grań w stronę Zadniej Ostrej, którą pokonujemy. Idzie się dosyć miło i sprawnie. Czuć w pełni klimat wielkofatrzański. Las przybrał formę przedsionka, a nawet i korytarza, który zaprowadzi nas na szczyt. Pod sam koniec strome podejście i witają nas skalne maczugi. Na Zadnią Ostrą prowadzi wąska ścieżka, a po przekroczeniu progu pojawia się niesamowita panorama. To właśnie przedwierzchołek Ostrej. Przejście z Tlstej na Zadnią Ostrą zajęło nam około godziny, czyli niezbyt wiele. Nie robimy przystanków, ale idziemy w stronę Ostrej i dopiero na przełęczy planujemy zrobić krótką przerwę. Przejście zajmuje dosłownie chwilę, około dziesięciu minut. Wąską ścieżką można iść po szlaku omijając skałę, albo ścieżką prowadzącą przez skałę. Z racji tego, że były z nami dzieci, wybieramy opcję pierwszą. 

 

          Na Ostrą jest również niedługo, głównie wspinaczki po skałach, pomocne są łańcuchy. Chwila odpoczynku i ruszamy. Początek wydawał się dość trudny, ale co wygląda zawsze źle, okazuje się najprostsze. Po przejściu krótkiego odcinka wspinania, pojawiają się drewniane bele, a raczej schody. Jeden krok jest jak u słonia, nogi trzeba wyciągać dosyć wysoko. I ostatni odcinek to prawie pionowa skałka ubezpieczona łańcuchami i… teraz najciekawsze… przejście przez skalne okno! To był moment, który najbardziej usadowił mi się w głowie. Uwielbiam takie momenty i miejsca. Z racji tego, że aparat mogłabym obić o skały, nie mam jednak zdjęcia tego miejsca nad czym ubolewam. Przechodząc przez skalne okno, parę kroków w górę ścieżką w miejscu eksponowanym, docieramy na Ostrą.

Szczyt Ostrej. Widok w stronę Małej Fatry.

 

 

 

 

W oddali najwyższe szczyty pasma.

         Turystów nieco więcej niż na Tlstej, za to widoki odbierające mowę. Pięknie prezentuje się Tlsta, pozostałe wierzchołki z pasma, oraz te najwyższe- Ostredok, Krížna czy Drieňok. Soczysta zieleń lasów- ciekawie prezentuje się mieszanka lasów liściastych z iglastymi- piękna gama barw! Oczywiście nie mogłabym pominąć Małej Fatry, głównie części luczańskiej.           
          W takich chwilach jak te, gdy zdobywa się szczyt, osobiście czuję większą radość z przebytej drogi, czerpię dużo więcej satysfakcji i najbardziej uczy mnie sama droga. Uczy pokory, pozwala na zadumę, pozwala ułożyć myśli, wszystkie troski wrzucić w wór zmęczenia i wysiłku, który wkładam, by coś osiągnąć. Dlatego dla mnie celem jest droga. Szczyt to coś, co jest obok. To nagroda. Coś co cieszy, pozwala wziąć głęboki wdech w piersi i na chwilę odpocząć. I przede wszystkim, wędrówka na szczycie się nie kończy. Koniec wyprawy jest zawsze w domu. 

 

 

 

 

          Z Ostrej schodzimy nieoznakowaną ścieżką (poza wyznaczonym szlakiem). Jej zboczami i granią w stronę Blatnicy. Jest uczęszczana i opisana na mapach słowackich. Jeżeli ktoś nie boi się zejść ze szlaku i lubi nutę adrenaliny, warto się tą formą zejścia zainteresować. Całość zajęła nam około 7,5h z uwzględnieniem postojów w trakcie marszu i na każdym ze szczytów.
          Było to pierwsze wędrowanie w Wielkiej Fatrze. I wiem już, że nie ostatnie. Ciekawa jestem tej łagodniejszej jej strony, hal i bezleśnych wzniesień. Myślę, że to właśnie tam następnym razem postawię swoje stopy i trochę przewędruję. Z chęcią poznam, co jest właśnie tam. A wrażenie? Przede wszystkim cenię sobie w górach ciszę i spokój. Miło jest spotkać na szlaku jakiegoś trekkera, powiedzieć sobie „cześć” i zniknąć, każdy w swoją stronę. Ale kiedy człowiek „ucieka” od ludzi, chce usłyszeć własne myśli i być na łonie natury ze sobą, ze swoimi przeżyciami, ze swoim życiem, pragnie spokoju. Ciszy. Czasem o sobie mówię, że jestem koneserem ciszy. Kolekcjonuję ją, zbieram. I cenię sobie miejsca takie, które są najmniej znane. Nie musi to być coś najwyżej, najdalej, najciężej. Bo liczą się emocje, wrażenia osobiste, uczucia i doznania jakie w górach otrzymujemy. I to jest najpiękniejsze. Znaleźć się w dziczy ze sobą, znieść własne towarzystwo i polubić je. A potem wychodzić do ludzi. 
          Wielka Fatra, jak pisałam wyżej, to trochę nasze Pieniny i Bieszczady w jednym. Jeżeli ktoś szuka miejsca, które jest: zróżnicowane pod względem krajobrazu i terenu, niewielkie odległości, dzikie szlaki, opustoszałe ścieżki, bajkowe krajobrazy, mały ruch turystyczny, cisza i miejsce na zadumę to Wielka Fatra spełnia wszystkie te kryteria. Ale pamiętajmy: nie wszyscy naraz, żeby się to wszystko czasem nie zatraciło.