Kwiecień 21, 2018

W głąb Krywańskiej Małej Fatry- Wielki Krywań i Chleb.

          Mała Fatra to miejsce, które przyciąga do siebie niczym magnes opiłki żelaza. Po raz pierwszy miałam okazję okiełznać ją w 2015 roku. Wtedy to Fatra urzekła mnie do tego stopnia, że zaczęłam w nią wracać rok w rok. Poszerzać horyzont i planować kolejne niezapomniane wyprawy. Wyznaję zasadę, że największe piękno mamy tuż obok siebie i nie zawsze je dostrzegamy, tylko szukamy w najdalszych zakątkach świata, dlatego też taka eksploracja najbardziej mnie cieszy. A jeszcze bardziej miejsc odludnych i najmniej znanych.

          Słowacja to kraj górzysty praktycznie w całości i rozciągają się w nim różnorodne pasma. Od Tatr Niżnych, Małej i Wielkiej Fatry, Góry Choczańskie po Tatry Wysokie i wiele innych, więc wybór odnośnie wycieczki jest ogromny. I właśnie jednym z ciekawszych pasm pod wieloma względami jest Mała Fatra. Łączy w sobie bieszczadzkie połoniny z wysokościami i podobieństwem geologicznym Tatr Zachodnich oraz ze skałkami niczym na polskiej Jurze. 
          Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam sąsiadów Wielkiego Rozsutca postanowiłam, że kolejna wyprawa będzie właśnie w rejony Chleba i Wielkiego Krywania. Pomysł czekał rok na realizację i pewnego słonecznego poranka wszedł w strefę realizacji.

 

Chleb (1646m n.p.m.) i Hromove (1636m n.p.m.) z Sutova.

 

 

 

 

         Trasę rozpoczynamy w Sutovie, czyli niewielkiej miejscowości turystycznej, z której już od samego początku wędrówki widać cel numer jeden- Chleb. Wędrujemy zielonym szlakiem w stronę Chaty pod Chlebem, do której dotarcie zajmie nam około trzech godzin z hakiem. Droga jest szeroka i żwirowa, biegnie wśród pól i lasu. Miałam wielkie szczęście, bo słońce zaczęło wstawać w miejscu niezwykle widokowym i dodało mi mnóstwo energii na całą trasę. Jak na początek podejście wspomnianą drogą to dość dobra rozgrzewka. I tak przez niecałą godzinę, wkraczamy w gęsty las, który sprawia wrażenie niesamowicie mrocznego i zapomnianego.  
          I tak docieramy do Zajacovej skąd będziemy szli nieco stromszą kamienną ceprostradą wzdłuż potoku aż do momentu odbicia szlaku po wielkich głazach w głąb lasu. Podejście robi się coraz bardziej ostre i wiemy już, że do momentu osiągnięcia wysokości chaty będziemy napierać konkretnie do góry. Miłym zaskoczeniem były polanki krokusów, które jeszcze dzielnie się trzymały i nadawały miejscu aury tajemniczego, leśnego ogrodu. Im wyżej się znajdowaliśmy panorama była coraz to rozleglejsza. W oddali Góry Choczańskie, Wielka Fatra, a nawet i odległe ośnieżone wierzchołki Niżnych Tatr. 

 

 

 

 

 

 

 

W oddali Góry Choczańskie i kawałek Wielkiej Fatry po prawej.

 

Po przekroczeniu granicy około 1350 metrów pojawiają się płaty topniejącego śniegu, który podwójnie męczył. Nogi grzęzły, wpadały w „szczeliny” i ujeżdżały parę centymetrów w dół. Mozolne i stosunkowo długie podejście. Za to widoki naprawdę ciekawe, choć pogoda nie pozwalała na zbyt wiele. Cały czas towarzyszy nam stary wyciąg, pod którym będzie prowadził szlak. Kiedy wiemy, że już blisko? Teren prostuje się, a i zza drzew wyłania się Chleb. Dość skalisty, trawiasty i robiący wrażenie.

 

 

Chleb.

 

Panorama na Góry Choczańskie i Wielką Fatrę.

 

Od lewej- niezbyt widoczne na zdjęciu Tatry Zachodnie, Góry Choczańskie na czele z Wielkim Choczem, Wielka Fatra na wprost. Za nią ośnieżone Tatry Niżne.

 

Chata pod Chlebem.

 

          Po dotarciu do Chaty pod Chlebem (1423m n.p.m.) widoczność trochę się pogorszyła i pewnych oddalonych pasm nie było już widać, za to atmosfera pod chatą była iście szczęśliwa. Ktoś wchodził, ktoś wychodził z plecakiem i ruszał w drogę kłaniając się wszystkim po drodze „cześć, ahoj!”, jedni jedli, drudzy się śmiali, a trzeci i czwarci siedzieli i patrzyli przed siebie, co chwile wymieniając się spostrzeżeniami. Panorama obejmuje widok na Góry Choczańskie, Wielką i Małą Fatrę (część Luczańską), Tatry Niżne i Tatry Zachodnie. Aura pogodowa była dość specyficzna, ale pozwalała poczuć klimat tego miejsca. Wiatr, chmury, góry. Cisza. Totalna wolność. Chwila odpoczynku, wzięcia solidnego oddechu i czekało nas podejście na Snilovske sedlo rozdzielające Wielki Krywań od Chleba- trzydzieści minut w jedną stronę. Szlak dalej zielony. Można było wnioskować, że teraz będzie masa zalegającego śniegu, ale ku mojemu zdziwieniu zadomowił się tylko w niektórych miejscach.

 

 

Wielki Krywań (1709m n.p.m.).

 

Rzadkie do spotkania wilcze łyko.

 

 

Od lewej Mały i Wielki Rozsutec i Południowy Groń.

          Na przełęcz prowadzi wąska ścieżka wśród kosówki, a towarzyszem jest Wielki Krywań po lewej stronie i polanki krokusów. Po dotarciu na przełęcz ukazuje się fatrzański klasyk, czyli Wielki Rozsutec, Mały oraz Stoh. Widoki obejmują też na polską stronę, więc w oddali znajdują się Beskidy. 

Wierzchołek Wielkiego Krywania.

 

W stronę polskiej granicy- część Małej Fatry i w oddali Beskidy.

 

 

Pekelnik (1609m n.p.m.).

 

Od lewej: Wielki Rozsutec, Stoh (1607m n.p.m.), Chleb i Hromove.

 

 

          Na przełęczy solidnie wieje, więc nie tracąc czasu zbieramy się w czterdziestominutową (według szlakowskazu) drogę na Wielki Krywań. Szlak wiosną jest bardzo błotnisty, miejscami zalega śnieg, ale nie opóźnia i nie utrudnia to wędrówki, bo szlak sam w sobie jest prosty. Zbocza, od których podchodzimy są miejscami skaliste, ale można je ominąć bez problemu. Osiągamy szczyt w dobrym tempie i podziwiamy to, co widzą nasze oczy: 360 stopni i widok na dosłownie wszystko. Okoliczne góry z pasma i odległe Tatry Zachodnie, Niżne, Wielka Fatra- całe pasmo oprócz szczytu Suchy Wierch, Góry Choczańskie- Wielki Chocz, Beskidy- Wielka Racza, Babia Góra. W takich momentach czuje się dwie rzeczy: że jesteś najwyżej i nic cię nie ogranicza, ponieważ jesteś ponad wszystkim, i że otacza cię taka potęga, patrząc dookoła widzisz bezkres i niekończący się horyzont. Te dwie myśli zawsze gryzą się ze sobą i osobiście nigdy nie mogę w pełni zrozumieć, która przeważa, która jest poprawna. 

Kopuła szczytowa Chleba.

 

 

 

W oddali Tatry.

          Ze szczytu Krywania schodzimy tą samą drogą na Snilovske sedlo i kierujemy się w stronę Chleba. Szlak jest dość podobny, parę skał i gliniana ścieżka (na szczęście bez błota), jednie zmienia się towarzystwo i jest to Stoh oraz Wielki Rozsutec. Wiatr pod szczytem wzmaga się z każdą chwilą, więc przyspieszamy tempo. 
          Na wierzchołku Chleba jesteśmy dosłownie dwie, trzy minuty i dosłownie uciekamy, bo wiatr zaburza równowagę, a są miejsca skąd można zjechać parę metrów w dół. Jedynym wyjściem jest pójście dalej granią, zejść nieco niżej z nadzieją, że mniej wieje. Na Chlebie nie było mi dane niestety rozejrzeć się i dostrzec otaczającego mnie piękna i przyjrzenia się widokom. Ale okazja nadarzyła się tuż pod szczytem i szczególnie w oczy rzucał się skalisty Rozsutec i Stoh, a dalej Wielki Chocz.

 

Wielki Rozsutec.

 

 

Chleb od strony, z której schodziliśmy.

 

 

 

Po lewej Stoh.

 Szlak jakim schodzimy ma dalej kolor czerwony aż do osiągnięcia sedla za Hromovym i prowadzi wzdłuż skał, z których trzeba parę razy schodzić, miejscami niewielka ekspozycja w postaci stromych, trawiastych zboczy. Z przełęczy szlakiem żółtym w stromę Kopiska. Trawersujemy górę wąską glinianą ścieżką, która zdaje się za moment runąć w dół- popękana i osuwająca się.
        Dalej zahaczamy o szlak, którym będziemy schodzić prawie aż do samego Sutova, czyli szlak niebieski. Na pierwszy rzut oka widać, że jest on mało uczęszczany i dziki w porównaniu z pozostałymi. Trawersujemy jeszcze zbocze wąską ścieżką, a później umykamy za grań i schodzimy ledwo widoczną ścieżką zmieszaną ze śniegiem, trawa i błotem. 

W tle Wielki Chocz (1611m n.p.m.).

 

 

 

 

Osiągając niewielką polanę serce wyrywa się z zachwytu. Fioletowo białe dywany na tle Stoha i Chocza, który wymyka się jeszcze zza zalesionych wzniesień. Robi to ogromne wrażenie! I pomyśleć, że akurat trafiłam na taki dzień, na taki czas, że jeszcze nie przekwitły, ale cieszyły oczy tych, którzy tam zawędrowali.
         I tak mijamy polany pełne kwiatów pochłonięci ich widokiem docierając do Mojżeszowych Źródeł (słow. Mojzisove Pramene), gdzie spotkał mnie jeden z najbardziej zaskakujących zjawisk. Pierwszy raz w życiu widziałam źródło wody. Prawdziwe i najczystsze wody jakie w życiu widziałam, jakiej mogłam spróbować. Z samego wnętrza gór. Oczyszczająca jest sama myśl o tym jakie właściwości taka woda ma. Była przewyborna! 

 

 

 

 

 

Ja vs uzależnienie od gór. Kto wygra?

 


          Kawałek dalej przekraczamy ów strumień, po nim kolejny. Po krótkim czasie łąki się kończą, a szlak odbija ostro w dół w głąb lasu. Od początku zdawał się niepokojący i wywołujący mieszane uczucia. Karłowate i pokrzywione drzewa, gwałtownie zrywające się w oddali ptaki i szmery, stuknięcia. Wyobraźnia wybitnie pracuje w takich monetach i pozwala na dużo więcej niż jest w rzeczywistości. Zejście nie należy niestety do miłych. Gwałtownie opada w dół, więc i szybko tracimy nabraną wysokość, pełne suchych liści, kamieni i korzeni. Tutaj warto skupić stuprocentowo swoją uwagę na nogach i dokładnie patrzeć, by nie upaść na sam dół. Im niżej jesteśmy tym głośniejszy staje się huk spadającej wody. To znak, że jesteśmy blisko Wodospadu Szutowskiego (Sutovsky vodopad). 

Szutowski Wodospad.

Nim się obejrzałam, byłam już tuż obok niego. Nie odważyłam się podejść do 38 metrowej skarpy, wolałam zejść natomiast niżej i popatrzeć na niego od dołu. Od tabliczki w dolince to zaledwie trzy, może cztery minuty. I oto on, wodospad w zamknięciu Szutowskiej Doliny liczący 38 metrów- największy w tej grupie górskiej. Zasilają go Źródła Mojżesza, które mijaliśmy po drodze. Niesamowite! Trochę czułam się jak w Dolinie Strążyskiej i przy Wodospadzie Siklawica (23 metry), ale różnica wielkości była bezdyskusyjna. Mimo to, nutę tatrzańską można było wyczuć. Bryza uderzających hektolitrów wody dawała się wyczuć na sprażonej od słońca twarzy. Dawała ukojenie. 

 

Dolina Szutowska.

 

          Pozostała nam kilkukilometrowa przeprawa przez Dolinę Szutowską wzdłuż Szutowskiego Potoku. I tak szliśmy przez półtorej godziny dalej niebieskim szlakiem urokliwą dolinką. Automatycznie pojawiło się więcej turystów, a droga była wręcz płaska, lekko opadająca w dół. Następnie zmienia się w asfalt i prowadzi aż do skrzyżowania skąd szlakiem żółtym przez około dziesięć minut idziemy do miejsca startu. 
          Trasa godna uwagi. Jak każde góry, o każdej porze roku wygląda inaczej. Zimą biała, latem kipiąca bujną zielenią, jesienią czerwono-brązowa, a wiosną… budząca się i pełna kwiatów. Myślę, że wybrałam dobrą porę. Czułam się jak świadek narodzin. Świadek narodzin przyrody. Dywany krokusów, powiewy wiatru, panoramy bliskie i dalekie. To coś co sprawiło, że to pasmo kolejny raz pokazało mi swoją naturalną, prawdziwą twarz. Szczerą. I ja szczerze jej się za to kłaniam.
          Mała Fatra to kraina, jak wspominałam na początku, bardzo urozmaicona. Skały, trawiaste granie, panoramy na wiele pasm, a także potoki, źródła, wodospady, drabinki, doliny spacerowe, elementy wspinaczki i długie trekkingi. A przede wszystkim mikroklimat biologiczny i nietknięty zegar, który zapętla się każdego dnia. I wszystko tam żyje. Tętni. Umiera i rodzi się na nowo. Zasypia. Budzi się. Wiele możliwości tras i szlaków żywcem wyjętych z bajek. To miejsce, które żyje własnym życiem nie bacząc na ludzi i miasta. 

WIĘCEJ ZDJĘĆ NA INSTAGRAMIE- Na stopach