Luty 20, 2018

Beskid Żywiecki (Worek Raczański)- Wielka Rycerzowa i Przegibek.

          


          Jako, że mieszkam w sercu Beskidów, mój murowany dom otacza z jednej strony Śląski, a z drugiej Żywiecki, szukam coraz bardziej ukrytych połączeń szlaków, pętli. Nawet dzikich dróg, które uwielbiam przemierzać. Tym razem odnalazła się pewna zguba, czyli pętla w Beskidzie Żywieckim i to w dodatku w moje ukochane miejsce, jakim jest Rycerzowa. Kiedyś pisałam o Rycerzowej i o tym, jak to miejsce jest mi bliskie. Przyciąga mnie swoją typowo górską aurą, bacówką, klimatem, lasem, położeniem na końcu świata i panoramą. No i mają tam najlepsze racuchy pod słońcem! Jedna z tras się ukryła, więc postanowione zostało, żeby podbić i te szlaki. 


Młada Hora.

Grób nieznanego partyzanta.

Hala Rycerzowa.

          Wędrówka rozpoczyna się w miejscowości Rycerka Dolna, a dokładnie w przysiółku, do którego możliwy jest dojazd, czyli do Joneczkowych Rycerek, stąd też ruszamy. Szlak biegnie leśną, kamienistą drogą i tak przez około godzinę do momentu osiągnięcia Mładej Hory, czyli miejsca, gdzie jeszcze mieszkają ludzie. Niewielki plac, gdzie wszyscy jeszcze spali, ale koń spacerujący po uliczkach i ganiające dziko psy to wydarzenie co najmniej niecodzienne. I tak naprawdę konkrety szlak na Wielką Rycerzową rozpoczyna się z tego miejsca (szlak czerwony). Wychodzimy z małego, drzemiącego miasteczka i wchodzimy w las. Mgła zdaje się jakby przed nami uciekać im wyżej się znajdujemy. Czułam, jakby przede mną uciekała, bawiła się. Nabieramy wysokości wędrując podobną drogą, jak wcześniej, z tą różnicą, że szybciej nabieramy wysokości, a las jest jeszcze dzikszy, śniegu coraz więcej, a na samym szlaku mnóstwo powalonych drzew, co powodowało momentami chwile zagubienia. Ale po dwudziestu minutach podejścia dochodzimy do momentu aż droga robi się prosta i tak wędrujemy śnieżną aleją. Po drodze mamy jeszcze kilka podejść, droga zmienia się w wąską ścieżkę, widoczność jest coraz bardziej ograniczona, a śniegu przybywa z każdą chwilą. Grube płaty lecą w oczy, robi się chłodniej. To znak, że jesteśmy na zboczach Małej Rycerzowej i zbliżamy się na halę. I tak też się dzieje. Po wyjściu z lasu widoczność niemal zerowa, ale dróżka dobrze widoczna. Do bacówki mamy około pięciu minut od szlakowskazu na rozstaju dróg. 
          Do bacówki docieramy po dwóch godzinach marszu. Cali zasypani śniegiem, lekko zmrożeni. Do tego ten przenikliwy wiatr. Jak to na Rycerzowej, w moim ukochanym miejscu na ziemi, herbatka, grzaniec i szybka szamka. Ludzi jak zawsze sporo, a dziwne spojrzenia kierowane na nas wprawiały w lekkie zagubienie. Zawsze mnie to dziwi. Przychodzę, siadam. Odpoczywam. I tak, już mam parę kilometrów w nogach, kiedy ktoś dopiero zwlókł się z łóżka, gdzieś w górach, a że ktoś przychodzi po wędrówce, jest to dla niego obraz co najmniej niezrozumiały. 
          Wracamy na przełęcz i w zamieci śnieżnej torujemy szlak po kolana na szczyt Wielkiej Rycerzowej. Było ciężko, głównie dokuczliwy był ten wiatr. Chciałam szybko znaleźć się z lesie, który by mnie uchronił, obronił. I tak też się stało po około piętnastu minutach grzęźnięcia w śniegu. W lesie jakby cieplej, ciszej, przyjemniej. Jakbym weszła do domu i zamknęła za sobą drzwi.

 Szlak prowadzi teraz wąską ścieżką wśród drzew przez parę minut i docieramy do tabliczki z napisane Wielka Rycerzowa 1226m n.p.m. Stąd prowadzi też szlak od strony Słowacji na szczyt. My kierujemy się oznaczeniem czerwonym w stronę przełęczy Przegibek. Jest to szlak graniczny, bo tuż obok znajduje się też szlak niebieski naszych sąsiadów. Czasem się przenikają, ale głównie biegną równolegle. Ja zdecydowałam się wędrować czerwonym. Tutaj muszę zaznaczyć, że trasa mnie mile zaskoczyła! Strome zbocza po prawej stronie, ciekawe formacje leśne i terenowe. Nie sądziłam, że te okolice mogą być obfite w takie stromizny. Tego dnia byliśmy pierwszymi osobami na szlaku, więc momentami trzeba było torować. Tracimy sporo wysokości przez około godzinę marszu. Piękne zmrożone drzewa, śniegu po pas i ta błoga cisza… Za to właśnie kocham Beskidy. Za tą ogłuszającą ciszę, kiedy słyszę własne myśli i słyszę to, co natura ma mi do przekazania. Kiedy mogę pomilczeć i posłuchać. 
          Wysokości nabieramy przy ostatnich czterdziestu minutach podróży. Dróżka idzie w górę, momentami można się nieźle zmęczyć. Szlak trochę się gubi przez kolejne stosy zwalonych drzew, las staje się gęstszy, śnieg mocniej sypie i przysypuje stare ślady. Ale prężnie idziemy i po dwóch godzinach czuję ten przegibkowy zapach… To już blisko. Pierwsze chatki, więcej śladów. Droga znów się poszerza i docieramy prostą ścieżką na przełęcz Przegibek. Do schroniska wędrujemy czarnym szlakiem i w planach mamy postój, coby nieco się ogrzać i osuszyć rzeczy na ile to możliwe. Bo ten lecący śnieg stworzył na mojej głowie piękne rzeźny, ozdobił cały kaptur, plecak. I tak zostałam bałwanem.
          W schronisku życia jakby więcej. Wszyscy już wstali, schroniskowe życie tętni. Jedni jedzą śniadanie, drudzy piją kawę, trzeci pakują się do powrotu, a czwarci się bawią. Na szarlotkę się nie załapałam, bo niestety nie było. No cóż. Kolejny pretekst by wrócić. Wracamy szlakiem zielonym do Rycerki Kolonii (relację ze szlaku można przeczytać o TUTAJ), skąd stopujemy do Rycerki Dolnej i dreptamy godzinę asfaltem aż do miejsca, gdzie zostawiliśmy auto. 
          Z tej trasy jestem bardzo zadowolona. Nowo poznane trasy, które już zakotwiczyły mi w głowie i już snuję dla nich plany rowerowe na wiosnę. Szlak bardzo ciekawy, zróżnicowany. W zimie dający trochę w kość przez to, że dużo trzeba torować. Ale spokój i cisza, dzikość lasu, to jest to czego szukam w górach. Poznanie Rycerzowej od całkiem innej strony. Kolejny raz mnie zaskoczyła. Kolejny raz pozytywnie. Mimo tego, że nie pokazała tego, co za nią się skrywa, ukryła panoramy to pokazała siebie, swoje wnętrze. Dała się bliżej poznać. Zacisnęła silniejsze więzy między nami. I od tego momentu czekam na dzień, żeby już tam wrócić.