Luty 13, 2018

Beskid Śląski- Błatnia, pod Klimczokiem, Szyndzielnia.

         Jako, że ostatnie tygodnie nie pozwalały na wyjścia w góry, a okazja się nadarzyła i trzeba było coś z nią zrobić, wybór padł na rekonesans w Beskidzie Śląskim, który jeszcze nie został przez nas w całości podbity. Dlatego postanowiliśmy, że przejdziemy go zimą. 

         Trasa, jaką mieliśmy do przejścia nie była zbyt długa. Sześć godzin, plus przerwy, schroniska, herbatki- wyszło około siedmiu z 19 kilometrami. Beskid Śląski, a zwłaszcza rejony Bielska Białej, czyli Szyndzielni, Klimczoka i Błatniej to jedne z najbardziej obleganych szlaków, jakie się tam znajdują. I tym razem, przy nieciekawej pogodzie, gdzie widoczność była naprawdę słaba, wiele osób wędrowało.

 

 

 

Palenica.

 

 

 

Wysokie.

 

 

Przykra.

 

 

 

 

 

Schronisko Błatnia.

 

          Szlak rozpoczynamy w Bielsku Białej Wapienicy spod parkingu, który jest bezpłatny (nie wiem, jak sprawy mają się w sezonie letnim). Ruszamy w aurze typowo zimowej, prószy śnieg, minusowa temperatura, nastroje iście wyborne, bo w końcu na szlaku. Trasa biegnie przez Dolinę Wapienicy prostą, leśną drogą, która przypomina trochę park, w stronę jeziora w Dolinie Wapienicy, które nazywa się zbiornikiem Wielka Łąka. Po przejściu krótkiego odcinka rozgrzewkowego, rozpoczyna się strome i długie podejście na Palenicę. Podejście jest kamieniste, co z połączeniu ze śniegiem dawało dość nieprzyjemny skutek i nie szło się przyjemnie. Podejście to zajęło około trzydzieści minut i pokonaliśmy prawie 200m przewyższenia. Następnym etapem będzie Przykra, na którą szlak prowadzi zalesionym grzbietem. Śniegu przybywa z każdą chwilą, ale jeszcze nie można dostrzec z tym prawdziwej zimy. Okolicznych gór niestety nie widać, bo zalega mgła, cały czas też sypie, więc z tej przyjemności tego dnia nie mogliśmy korzystać. Pod samą Przykrą jest tylko jedno podejście, które trwa bardzo krótko i nie przysparza problemów, bo teren jest lekko nachylony. o warto tutaj zaznaczyć, na szlaku mnóstwo połamanych drzew, zapewne po ostatnich wichurach, co więc utrudnia żwawy marsz. I z Przykrej schodzimy parę metrów w dół po czym docieramy na przełęcz pod Przykrą, z której na Błatnią będzie około dwudziestu-dwudziestu pięciu minut. Drzewa coraz bardziej oprószone białym puchem, a nasz czekało mozolne podejście na stok Błatniej, które szczerze mówiąc dało mi trochę w tyłek. Schronisko wyłania się spośród lasu, od razu jasnobrązowe ściany rzucają się w oczy. I tym sposobem pierwszy etap wędrówki mamy za sobą.
          W schronisku jak zawsze tłumy. Wypiliśmy herbatkę, zjadłam przepyszne naleśniki z jabłkami- solidna porcja, dobra cena i niebo w gębie, polecam każdemu! 

 

 

 

 

 

 

          Przed nami półtorej godziny przyjemnego marszu w stronę Trzech Kopców pod Klimczokiem. Co jakiś czas krótkie podejścia, zejścia, ale o niewielkim nachyleniu terenu. Ale im wyżej, im bardziej nabieraliśmy wysokości, widoczność była coraz bardziej ograniczona, aż weszliśmy w granicę tysiąca, gdzie śniegu było ponad pół metra, widoczność słaba, a śnieg w dalszym ciągu sypał i podwiewał. Jedno było piękne- obsypane choinki białym puchem i widok tej zimy, której na dole niestety jeszcze nie było! 

Na przełęczy Nad Szyndzielnią.

 

W stronę Szyndzielni.


          Po dotarciu na Trzy Kopce pod Klimczokiem, podjęliśmy decyzję, żeby Klimczok ominąć czarnym szlakiem, góry kierował się zboczem góry, prosto na Szyndzielnię. Przejście to to praktycznie prosta droga i stosunkowo krótka, bo około dwudziestu pięciu minut. Wśród choinek, prosta i szeroka dróżka. I tak maszerując docieramy do miejsca Nad Szyndzielnią, a stamtąd na Szyndzielnię rzut beretką, bardzo podobną drogą, ale nieco tracąc wysokość, niewielką, ale jednak. Odcinek ten pokonuje się dość sprawnie. I tak docieramy do schroniska na Szyndzielni. Duży murowany gmach znajdujący się na 1001m n.p.m. Do środka nie wchodziliśmy, bo ludzi jak zawsze w tych okolicach sporo, więc sobie darowaliśmy. Na Szyndzielnię można wjechać też kolejką, która niedawno przeszła solidny remont. To wersja dla leniwych i dla tych, którzy z przyczyn zdrowotnych nie mogą tam dotrzeć. Pod schroniskiem ostatni łyk herbaty i czekało nas mozolne zejście do Doliny Wapienicy, pod przeciwnej stronie jeziora, gdzie byliśmy rano. Zejście nieciekawe, droga wyślizgana, kamienna, ale szeroka. Przejście zajmuje około czterdziestu minut od rozejścia szlaków (szlak żółty do jeziora w Dolinie Wapienicy). A spod jeziorka prostą, asfaltową dolinką w stronę parkingu. 
          Widać, że coraz więcej osób postanawia wybrać się choćby na krótki spacer, nawet w nieciekawą pogodę. Coraz więcej osób przekracza granicę tego „nie chce mi się, bo jest brzydko” i po prostu, samemu, z rodzinami, na rowerze, z sankami, rusza przed siebie. I dobrze. Więcej jest zalet ruszania się niż prowadzenia siedzącego trybu życia każdego dnia.
          Jak wspominałam, Beskid Śląski to Beskid najmniej przeze mnie odkryty. Niespecjalnie mnie w te rejony zawsze ciągnęło, ale przełamałam się. Wcześniej wędrowałam w okolice Baraniej Góry, Magurek, Skrzycznego, czy Malinowskiej Skały. Na Szyndzielni byłam za czasów dziecka i na wycieczce szkolnej (znów przy deszczowej pogodzie). Cieszę się, że wreszcie udało podbić się tamte rejony i myślę, że jeszcze tam wrócę, ale koniecznie przy dobrej widoczności. Sam szlak bardzo ciekawy i spokojny. Choć dużo ludzi na tej trasie można spotkać, rejony te obfitują w turystykę, nie znajdziemy tam zbyt wiele spokoju to warto. Trasa bardzo przyjemna i zróżnicowana. Suma podejść jest niewielka, a, że góry nie aż tak wysokie, to dla każdego, kto szuka w górach czegoś innego, czy to schronisk, czy długiej, krótkiej trasy- każdy znajdzie coś dla siebie.