Listopad 19, 2017

„Zimowe” przejście Świstówki Roztockiej z Doliny Pięciu Stawów Polskich.

          Zima w Tatrach hula już od miesiąca, o ile nie dłużej, więc nadszedł ten czas, żeby ładnie się z nią przywitać. W każdym razie nie z samą porą roku, ale z zimową aurą, toż zima zaczyna się dopiero w grudniu. W planach był Kozi Wierch lub Zawrat, w zależności od pogody, przetartego szlaku i ogólnych warunków. No ale. To był chyba pierwszy wypad w Tatry, kiedy pogoda była ekstremalna. W końcu musiał być ten pierwszy raz, tak? Nie da się ciągle widzieć wszystkiego, a słońce nie zawsze musi się pokazać. Plany nieco się zmieniły, myślę sobie dzisiaj, że to był dobry wybór. Szczerze przyznam, że warunki nieco nas zaskoczyły. Wprawdzie zapowiadano wiatr, ale nie o takiej sile. I te chmury… Cóż, mimo wszystko uważam, że to była jedna z bardziej ekstremalnych wypraw w Tatry, która nauczyła mnie więcej niż niejedna wędrówka latem, w piękny słoneczny dzień.


          Szlak zaczynamy w Palenicy Białczańskiej, miejsca owianego opowieściami o parkingu i sławnej drodze do Morskiego Oka, którą ciągną tabuny ludzi. Tak na marginesie, nie rozumiem tego wszechobecnego szału na Morskie. Jest tam pięknie, kolosy na wyciągnięcie ręki, ale dlaczego ludzi jest tam, jak w mrowisku? Myślę, że przyjazd wielu ludzi w Tatry, co roku, czy kilka razy w roku, wiąże się z obowiązkiem wędrówki właśnie do Moka. To jak święto w czasie którego należy coś zrobić. Po drugiej stronie Rybiego Potoku idzie niesamowity szlak Doliną Białej Wody, który kończy się progiem doliny i naszym oczom ukazuje się tak bajkowy widok, że człowiek zastanawia się czy czasem to wszystko nie jest snem. I proszę sobie wyobrazić, że przez ponad trzy godziny wędrówki, w piękny niedzielny dzień, spotkałam dwie osoby. W samej dolinie. O co w tym chodzi? Chyba ten temat zasługuje na dłuższe rozmyślanie. A zainteresowanych odsyłam do relacji z Doliny Białej Wody.  O dziwo parking pusty. Samochody, które już stały, widać, że stały co najmniej od zeszłego dnia. Jesteśmy my i jeszcze jedna para ludzi. Ruszamy z kopyta, szarzy się, więc czołówki zbędne. Do Wodogrzmotów Mickiewicza dotarliśmy szybko i od razu zaczęliśmy nacierać na szlak do Piątki, który okazał się bardzo przyjemny. Przy ostatnim podejściu szlak wymagał użycia raków lub raczków (my testowaliśmy raki). Należy pamiętać, że szlak, ostatnie podejście do doliny, idzie szlakiem zimowym, czyli czarnym, który łączy się w etapie końcowym ze szlakiem na Świstówkę Roztocką. Zdjęć nie posiadam, bo stwierdziłam, że zrobię w drodze powrotnej, ale plany się zmieniły, więc teraz nad tym ubolewam. Bo jednak znać coś z opisu, a coś widzieć to myślę, że bliższe jest człowiekowi coś zobaczyć. Tak czy owak. Podejście jest strome, trzeba dobrze wbijać raki (czekan zbędny, kije zdadzą lepszy egzamin). Wyślizgane prze osoby, które szły bez zimowego sprzętu. Nam przeszkadzał bardzo wiatr, którego porywy powalały na kolana. Wszystko latało. Po prostu szkoła życia. Ogólnie podsumowując szlak zimą do Piątki to lasem szło się przyjemnie, wiatr nie był odczuwalny, momentami ślisko, wydeptana ośnieżona dróżka. W ostatnim etapie wymagana ostrożność i sprzęt zimowy. Zimą jest tam tego śniegu dwa lub trzy razy więcej, ale myślę, że trudościowo podobnie. 

 

Miedziane w chmurach.

 


          Po dotarciu do Piątki trochę się zdziwiliśmy, bo chmury zakryły Szpiglasowy, Kozi, Pustą Dolinkę i grań Wołoszyna. Odsłaniało się tylko Miedziane i staw obok schroniska, który powoli zamarzał. Nie tak zapowiadano, ale jak wiadomo, prognozowanie to wróżbiarstwo. W każdym razie ja tak uważam. Mimo tej mrocznej aury, dolina miała swój urok. Tajemniczy. Nagle miejsce, które zawsze widziałam zielone, odbijające się promienie w tafli stawów, zmieniło się nie do poznania. Usiedliśmy w schronisku i zaczęliśmy dumać nad tym, co robimy dalej. Spotkałam jeszcze Rudą z wyboru, blogerkę, którą miałam okazję czytać. Stwierdziliśmy, że na Kozi nie pójdziemy w takich warunkach, bo zimowego doświadczenia w Tatrach praktycznie nie mamy, a raczej w skali od jeden do dziesięć jest na poziomie dwa, dwa i pół, więc odpuszczamy. Poza tym, chmura, szlak średnio przetarty, widoczność słaba, a do tego wiatr, który na dużej wysokości musiał wiać jeszcze silniej. Ale nie chce nam się schodzić tak szybko, więc do głowy wpada myśl przejścia przez Świstówkę do Morskiego. Pomysł był świetny, aczkolwiek odstraszało mnie dreptanie asfaltem, którego naprawdę nie lubię i fakt, że nie mam zdjęć, a obiecałam je zrobić mojemu tacie. Ale decyzja zapadła. Ze schroniska trzeba było się ulotnić, bo sprzątanie stołówki, więc stwierdziliśmy, że w ogóle zbierzemy się i pójdziemy na szlak. 

Strzałkami zaznaczony szlak.

 

Dolinka Buczynowa na pierwszym planie, na prawo Krzyżne w chmurze.

 

 

 

Tatry Bielskie. Od prawej: Szalony Wierch, Płaczliwa Skała, Hawrań, Murań.

 

 

Dolina Pięciu Stawów Polskich. Przedni Staw Polski, Wielki Staw Polski i Czarny Staw.

          Na Świstówce jeszcze nie byłam, a zimowe jej przejście było naprawdę ekscytujące. Idziemy zboczem Świstowej Czuby, kilka lawin już zeszło, co było widać po trawie i granulach śniegu na dole. Trochę miałam cykora, bo były momenty, że śnieg był naprawdę niezbyt związany z podłożem i raki w nim grzązły, zapadały się, śnieg ujeżdżał w obrębie  stawianego kroku. Wiało, jak cholera, że tak powiem. Co jakiś czas trzeba było się zatrzymać, skulić, bo porywy były naprawdę mocne. Parę razy powaliło na kolana, ale przyznam, że nie był to przenikliwie zimny wiatr. Wprawdzie miałam na sobie puchówkę, ale grzało mnie niemiłosiernie, bo podejście dość strome, a zasuwaliśmy, jak nigdy, żeby przejść ten lawiniasty odcinek! Nie bez powodu od grudnia do maja, m.in. Świstówka jest zamknięta. Schodzą tam spore lawiny, co byłoby niebezpieczne dla wędrowców. Kiedy już weszliśmy na Świstową Czubę, szlak był tak jakby mniej wydeptany (wywiany zapewne). Na górze wiało jeszcze mocniej, także tempo było na tyle wzmożone, że nie chciałam się nawet zatrzymywać, bo mnie to miejsce osobiście przerażało. Widać było trzy stawy, a nieco nad nimi już chmura. Ale z drugiej strony pogoda była ładniejsza. Tatry Bielskie było widać przecudnie, trochę Wysokich również, co dało powera, by szybko iść dalej, a mieliśmy nadzieję, że zobaczymy coś więcej tego dnia. 

Świstówka Roztocka.

 

 

 

 

Opalony po prawej.

 

 

Tatry Wysokie.

 

 

Od lewej Tatry Bielskie. Później Tatry Wysokie, m.in.Jagnięcy i Lodowy w chmurze.

 

Czapa od Vertiss!

 

 

 

Morskie Oko, a nad nim Czarny Staw pod Rysami.

 

Żleb Żandarmerii przykryty lawiną.

 

 

 

 

Za Świstową Czubą szlak trawersuje zboczem góry, idziemy pod ścianami Opalonego, co robi niemałe wrażenie. Śniegu jest o wiele więcej, zapadamy się miejscami po pas, ale dzielnie idziemy naprzód. Momentami jest stromo, ale na szczęście Czuba nas osłaniała od tak mocnych podmuchów. Teraz czekało nas krótkie podejście, a zaraz za nim „polanka”, z której pokazało się Morskie Oko, Czarny Staw pod Rysami i słowackie Tatry Wysokie (m.in. Młynarz, Ganek). Chwila wytchnienia, kilka zdjęć i ruszamy dalej. Teraz czekało nas zejście w dół w stronę ukochanego asfaltu, więc zejście przeciągaliśmy do samego końca. Schodziło się przyjemnie, mijaliśmy sławny Żleb Żandarmerii, który wyglądał całkowicie inaczej niż latem. Zeszła nim już konkretna lawina, a szlak ją przecinał, więc serce mocniej zabiło. Dla porównania. Latem są tam skały i łańcuch, a zimą? Zobaczcie sami. Kolejny przykład na to, że góry zimą i latem to całkiem coś innego. Po drodze miejscami trzeba było uważnie stawiać nogi, bo oblodzone kamienie nie były zbyt pewne, jeszcze w rakach. Ostatnie piętnaście minut zejścia to zejście w otaczającym rzadkim lesie. Przejście Świstówki zajęło nam około dwie i pół godziny. To całkiem dobry czas, biorąc pod uwagę zimowe warunki i wiatr, testowanie raków i inne czynniki. Pozostał przykry obowiązek spiąć tyłki i dreptać asfaltem do Palenicy. Ludzi mimo pogody było sporo, naprawdę sporo. To nawet dość miłe z jednej strony, że taka aura nie zniechęca ludzi do dreptania. Dreptanie dreptaniem, ale, dobry temat do rozmowy, dobre towarzystwo i czas biegnie jakby szybciej. 
          Podsumowując całość mogę powiedzieć tyle, że jeśli ktoś chce zacząć uprawiać turystykę zimową w Tatrach, chodził już po Beskidach, czy Karkonoszach zimą, był w dolinach, na Sarniej Skale, Gęsiej Szyi to ciekawym wariantem będzie właśnie Świstówka. Ciekawe podejścia, zmierzenie się z wysokością, jest też i Piątka, do której szlak też jest ambitny, więc czemu nie? Oczywiście wtedy, kiedy szlak jest jeszcze otwarty, bo po zamknięciu uczęszczać nie wolno. Mogę polecić też Kopę Kondracką, na której byłam i wariant podobny. Ale na Waszym miejscu nie zabierałabym się w dni, kiedy pogoda jest niepewna. Wiatr, który nas tam zaskoczył naprawdę nie był bezpieczny. Wiadomo, górscy wyjadacze, pasjonaci, dla nich pogoda i warunki nie mają znaczenia. Ale trzeba pamiętać, że tacy ludzie przeszli szlak już niejeden raz, mają większe doświadczenie. I oczywiście, uwaga na lawiny. Ale żeby tak nie straszyć, „zimowe” przejście daje niezłą satysfakcję. Nowe miejsce, jeszcze w śniegu- satysfakcja gwarantowana!