Listopad 01, 2017

Jesienne Tatry Zachodnie cz.II- Czerwone Wierchy z Doliny Kościeliska.


         Dolina Kościeliska to naprawdę świetna baza wypadowa. Jako, że Czerwone Wierchy marzyły się najbardziej jesienią, kiedy to trawy i inne rośliny przyjmują jej wszystkie kolory, zaczynając od jasnych beżów, kończąc na ostrych czerwieniach, właśnie taka zapadła decyzja na trasę dnia drugiego.
Przyznam się bez bicia, że kiepsko to widziałam. Już poprzedniego dnia byłam skora zrezygnować i pójść na zaległe jaskinie, ale dałam sobie szansę, żeby poczekać do rana. Wstałam totalnie niewyspana, może ze dwie godziny spania chwyciło, z zakwasami, czułam się iście paskudnie. Wystarczyło mi tylko się podnieść, ogarnąć się, na ile było to możliwe, i obudzić się w pełni, złapać świadomość, gdzie jestem. I wiecie co? Odżyłam. Nabrałam magicznych mocy, pożarłam wszystko na raz i już chciałam zebrać się i iść gdzieś, gdzie znów trochę świat mi się ukaże. Nie trzeba było długo czekać, bo mój kompan podzielał zdanie. Poprzedni dzień był ciężki, ale duch gór wzywał!

          Jakie to cudowne uczucie zaczynać szlak gdzieś w środku gór! Pierwsza noc i pierwsze poranne wyjście, z wcześniejszym śniadaniem, ze schroniska gdzieś w Tatrach. Niesamowicie poczuć to na własnej skórze. Miło jest napisać: zaczynamy ten dzień na szlaku pod schroniskiem na Hali Ornak. Na zewnątrz było bardzo mroźno i to dosłownie. Wszystko wyglądało, jak opruszone śniegiem. Słonko już wstało, widok na Bystrą dał uśmiech i ruszyliśmy. Czekało nas trzygodzinne dreptanie w stronę Chudej Przełączki pod Ciemniakiem, który był pierwszym z Czerwonych tego dnia. 

Starorobociański Wierch i grań Ornaku.

Grań Ornaków i kawałek Kominiarskiego Wierchu.

Trawers szlaku na Chudą Przełączkę.

Od lewej Smreczyński Wierch i Kamienista.

Kominiarski Wierch od prawej. 

Zbocza Ciemniaka.

Na pierwszym planie w dole Żar, za nim Grań Ornaków, Starorobociański Wierch, Liliowe Turnie, Bystra i Błyszcz. Za nimi Jarząbczy Wierch, Wołowiec, Kończysty i Trzydniowiański Wierch. Dalej strona słowacka, m.in. Rohacze, Banówka, Salatyny i Brestowa (w oddali od lewej).

          Szlak prowadzi kamienną ścieżką o niewielkim nachyleniu. Do pokonania prawie 850m metrów przewyższenia, ale podejść konkretnie mocnych, jak poprzedniego dnia, nie było na tym odcinku. Dlatego też szlak poprowadzony został dłużej, ale bez stromych odcinków do przejścia. Przez około półtorej godziny wędrówki, szlak wiedzie lasem, miłe, lekkie podejście. Miałam moment kryzysu. Dały się we znaki zakwasy na ramionach, plecak nie zelżał praktycznie w ogóle, i nieprzespana noc, zmęczenie. Miałam momenty bardzo podobne, jak poprzedniego dnia, ale było jeszcze wcześnie. Zaparłam się, zjadłam batona i szłam dalej. Wiedziałam, że tego dnia nie odpuszczę i nie doprowadzę do wyczerpania. Szlak momentami idzie przez niewielkie polanki, na końcu jednej jest ławeczka, więc i tam zrobiliśmy postój. Super widać stamtąd nasz wczorajszy szlak. Ładna grań, piękny szczyt Starorobociańskiego. Takie miłe uczucie muszę przyznać, być teraz po drugiej stronie i patrzeć na wszystko z nieco innej perspektywy. Widać, ile przeszliśmy wczoraj i mimo wszystko czułam satysfakcję. Od ławeczki na polance wchodzimy w las i zaczyna się pierwsze prawdziwe podejście, ale przyjemne. Widoki coraz to obszerniejsze, więc jakoś tak się go nie czuło. I tak zaczęliśmy już trawersować zbocza góry. Coraz mniej drzew, szliśmy zboczami, raz po gołej ziemi, raz po kamieniach. Ten moment szlaku bardzo przypadł mi do gustu. Jest po prostu strasznie ciekawy, urozmaicony, a i widoki dają powera do pokonywania go dalej. I tak kolejne półtorej godzinki trawersujemy zbocza, podziwiamy świat z perspektywy tatrzańskiego szlaku. Widać, że tutaj zimy troszkę już było, bo szczyt Ciemniaka był w śniegu. Wprawdzie w plecaku miałam raczki, ale na szczęście się nie przydały.

Podejście na Ciemniak.

Północna ściana Krzesanicy i grzbiet Ciemniaka.

Trasa dnia poprzedniego, jak na dłoni.

          I docieramy na Chudą Przełączkę. Przerwę uważamy za zbędną, bo ludzi przybywa, po drodze spotkaliśmy tylko może ze cztery osoby. Na przełęczy łączy się szlak z Kościeliskiej i z Cudakowej Polany, która też w sumie jest w Kościeliskiej, tylko odbicie jest nieco wcześniej. Z przełęczy widać majestatyczną Babią Górę, która wygląda, jak dryfująca, samotna góra wśród chmur. Kawałek Giewontu, potężne ściany Kominiarskiego i do tego cała nasza trasa z poprzedniego dnia. Ruszamy pełną parą żmudnym podejściem w stronę Ciemniaka. Wiatr czuło się już na całym ciele, czasami wręcz ciężko było podchodzić, bo targało we wszystkie strony. Podejście nie trwało długo, ale kiedy naszym oczom ukazała się północna ściana Krzesanicy to ja osobiście zamarłam. Robi ogromne wrażenie. 200 metrowa ściana! Aż na samą myśl przechodzą ciarki. Po krótkiej przerwie, którą robimy, żeby zjeść coś teraz, a nie potem na samej grani Czerwonych, no i żeby podziwiać gigantyczną ścianę, ruszamy na szczyt Ciemniaka. I do samego końca już po śniegu. Nie było go wiele, taki był jakiś rozmiękły, ciapa. Ale raczki były zbędne. 

Z Ciemniaka- od prawej Krywań, Hruby Wierch, Szatan, Tępa, Kończysta. Dalej Gerlach, Mięguszowiecki Szczyt Czarny, Rysy, Wysoka, Staroleśna, Mała Wysoka. Od lewej Świnica, a za nią Lodowy Szczyt i Lodowa Kopa.

Od lewej Tatry Wysokie, od lewej Zachodnie, m.in Tomanowy Wierch Polski.

Od prawej: Krzyżne Liptowskie, Krywań, Krótka, Furkot, Hruby Wierch. 

Tatry Zachodnie. Od lewej: Tomanowy Wierch Polski, Smreczyński Wierch, Kamienista, Bystra i Błyszcz. 

          Na Ciemniak docieramy równo z czasem. Ludzi było sporo, dlatego kilka zdjęć i już chcieliśmy iść dalej. Panorama na Tatry Wysokie i Zachodnie, cała nasza trasa w całej okazałości się pokazała. Z Wysokich nie było widać wszystkiego, bo Krzesanica nieco je zasłaniała, dlatego zebraliśmy się i rozpoczęliśmy kilkuminutowe zejście z Ciemniaka.

Od prawej Małołącznika i Kopa Kondracka. Od Kopy dalej Goryczkową Czubą w stronę Kasprowego Wierchu. Dalej Świnica, Granaty.

 Wzdłuż grani Krzesanicy prowadzi szlak, nieco ośnieżony i mokry, skały trochę śliskie, ale idzie się sprawnie. Bardzo krótkie podejście, bo już po dziesięciu minutach, może piętnastu, stajemy na grzbiecie Krzesanicy. Teraz widok jeszcze bardziej rozleglejszy. Powyżej znajdziecie opis panoramy z Krzesanicy.

Małołączniak i Kopa Kondracka.

          Grań Czerwonych Wierchów to i szlak jest czerwony. Trzecim szczytem jest Małołączniak. Z Krzesanicy na Małołączniak jest około dwudziestu, trzydziestu minut. Monotonne zejście śniegiem, który się zapadał momentami do połowy łydek. Czułam się trochę, jak na zejściu z Salatynów i podejściu na Brestową na Słowacji. Nieco podobny szlak. Cały czas towarzyszy nam widok na Wysokie, ale dziwne w tym wszystkim jest to, że jakoś tak polskie szczyty są ośnieżone, a te słowackie niekonieczne. Na Krywaniu, jakże by go nie było widać, prześladowca jeden, nie było praktycznie w ogóle śniegu. Może po prostu zimniejsze fronty nadeszły od polskiej strony i przysypały tylko to, co było najbliższe. Podejście na Małołączniak krótkie i przyjemne, choć wiatr znów niemiło podwiewał. 
          Na Małołączniaku ludzi masa, nawet zdjęcia nie można było zrobić, bo za każdym razem ktoś wcinał się w kadr, więc konkretną sesję zdjęciową odpuściłam, zresztą, panorama była podobna, ale z innej perspektywy. Góra sama w sobie ciekawa, taka okrągła kopka. No i czekała na nas jeszcze Kopa Kondracka, której byłam ciekawa, bo moje pierwsze wejście na nią było zimowe. Ba, i to jeszcze w sylwestra! Na koniec roku, jako podsumowanie, więc wartość sentymentalną dla mnie ma. 

Zejście z Małołączniaka. W tle polskie Tatry Wysokie w rejonie Kasprowego Wierchu. 

Na pierwszym planie Świnica. Na lewo Granaty, Kozi Wierch- część Orlej Perci. Po prawej z tyłu Lodowy Szczyt i Lodowa Kopa.

         Na Kopę Kondracką szło sporo ludzi, ale dało się ich sprawnie wymijać. Szlak podobny, jak na Małołączniak, ale więcej schodzenia niż wchodzenia. Momentami sypkie kamienie, rozmokły śnieg, więc łatwo można było upaść. Ale ostrożności nigdy za wiele, kilka minut nikogo jeszcze nie zbawiło, więc zwolniliśmy tempo. Zrobiliśmy sobie przed podejściem na Kopę krótki postój, żeby już potem nigdzie nie stawać i nie rozkładać się z szamką. I po pół godzinie jesteśmy na Kopie. Jest jeszcze więcej ludzi, a całość wygląda całkowicie inaczej niż zimą. Jakby inna góra, inny widok, inny szlak. Jest najniższym z całego masywu Czerwonych Wierchów, co było widać z Małołączniaka. Zrobiła na mnie wrażenie, jak i rok temu zimą. Relację z zimowego wejścia możecie przeczytać o tutaj.

Giewont.

          Pozostało nam dokonać ostatniego etapu tego dnia, czyli zejścia. Coraz więcej myśli o powrocie krzątało mi się po głowie, ciężko było z tym wytrzymać. Ale takiego przykrego obowiązku musieliśmy dopełnić. Po zejściu z Kopy Kondrackiej, które kompletnie nie przypominało tego zimowego, w ogóle tej wysokiej kosówki nie było (pomyślałam sobie, że tam musiało być tak dużo śniegu, że nie zdawaliśmy sobie z tego do końca sprawy…).
         Na jedno z ostatnich zejść wybraliśmy szlak do Doliny Małej Łąki, szlakiem żółtym z Kondrackiej Przełęczy, która słynie z dziwnych zachowań organizmu na przebywanie w tym miejscu. Z perspektywy czasu wiem, że jest tam jednak dziwnie, to miejsce ma w sobie coś niepokojącego. Pod Giewontem byłam już trzeci raz i stoi tam dumnie ponad Zakopanym, wciąż niezmienny, taki sam. 
          Szlak na Wielką Polanę w Dolinie Małej Łąki jest najgorszym szlakiem, jaki w życiu przeszłam. Cholernie niebezpieczny, monotonny, ciągnie się w nieskończoność. Schodzenie po sypkich kamieniach to nic w porównaniu z wąską ścieżką po tak wyślizganych kamieniach, że można było się zabić i zjechać na sam dół. Jeszcze to słońce… 

Zejście do Doliny Małej Łąki.

Wielka Turnia i Małołączniak.

Wejście na Wielką Polanę w Dolinie Małej Łąki.

Z nerwów, ze zmęczenia, bólu nóg i z tym wielkim plecakiem, spociłam się, jak nie spociłam się przez całą trasę. Nie będę wdawać się w konkretny opis tego szlaku, zwyczajnie w świecie go nie polecam. Stromo i niebezpiecznie. Na dodatek obok w lesie jakiś jeleń robił zamieszanie i w ogóle było to trochę przerażające. Jakaś pani zasłabła, jak upadłam (na szczęście na tyłek), także cała seria pechów. Jedyne co robi wrażenie to wielka ściana Wielkiej Turni i nieco mniejsza, ściana Dziadka, pod którymi się idzie. I tak półtorej godziny, co moim zdaniem zajmuje co najmniej ponad, powiedziałabym, że ze dwie to maksymalnie. 
          Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaką ulgą było dotarcie na Wielką Polanę… Dopiero wtedy serce zaczęło bić normalnym tempem, a ja mogłam spokojnie odetchnąć. Słońce z tej strony już nie grzało, było więcej cienia, więc i trochę ochłody się przydało. Na końcu polany mieliśmy odbić w stronę Przysłopu Miętusiego, czyli na szlak czarny. Polana jest urokliwa, ale i pusta. Dzika. Robi pozytywne wrażenie. Ale i zawiewa czasem aurą mroku i rąbkiem tajemnicy.
Z odbicia szlaków na Przysłop jest piętnaście minut podejścia. Ale szczerze…? Dało mi to masę radośni, bo schodzenie było już bolesne. 

W drodze na Przysłop Miętusi. 

Po prawej Zawiesista Turnia, od prawej Kominiarski Wierch, Hala Stoły i kawałek Bobrowca.

Od prawej: Ciemniak, Krzesanica i Małołączniak.

Stopy odmawiały posłuszeństwa. Dlatego wolałam już przeć do góry niż w dół. Szlak wiedzie lasem, mrocznym lasem, łagodnie nachylone podejście. 
          I docieramy na Przysłop Miętusi, na którym witają nas ostatnie promienie słońca. Jest to niezwykle urokliwe miejsce. Bardzo mi się podobało. Czułam się wewnątrz tak miło, jakoś tak cieplej. Jeszcze kilka osób tam było, ktoś wchodził, ktoś schodził. Pięknie prezentują się Czerwone Wierchy, głównie Małołączniak, bo z samej przełączki, wiedzie bezpośrednio na niego szlak. Skała, która wyrasta z lasu to Zawiesita Turnia, na którą kiedyś ponoć można było wejść, ale szlak zamknięto. A szkoda, bo widok i samo wejście byłoby ciekawe. Najbardziej widoczny jest oczywiście Kominiarski Wierch.

          Teraz czekało nas zejście do Doliny Kościeliskiej szeroką, kamienną drogą. Byłam już bardzo zmęczona. Każdy krok sprawiał ból i chciałam już usiąść z wiedzą, że mogę naprawdę odpocząć, a z drugiej strony, brakowało mi już tego wszystkiego. Dwa dni w Tatrach… Coś pięknego. Niesamowite, pełne trudu dni. I tak po czterdziestu minutach dotarliśmy na Cudakową Polanę w Kościeliskiej, a stamtąd już po prostce, po szutrowej drodze, docieramy na parking w Kirach. Jest godzina osiemnasta. 
          Dwa dni w górach. Pierwsze dwa dni w Tatrach. My. Góry. Wspomnienia. Trud, zmęczenie. Śmierdzące ciuchy. Obolałe nogi, ręce i plecy. Głodni i spragnieni czegoś konkretnego, a nie tylko bułek. Ale to były piękne dni. Nasze dni. Nauczyły mnie wiele. Z jednej strony jestem dumna ze swojej asertywności, ale z drugiej jakaś część mnie mówi, że może dałabym radę wejść na tą Bystrą. Może i bym dała, ale z jakim skutkiem? Góry uczą pokory i dystansu. Nie tylko do siebie, do swoich umiejętności, ale przede wszystkim do decyzji, które podejmujemy. Oszołomieni górskim pięknem, otoczeni zewsząd miłością do nich, nie zapominajmy o tym, że my również jesteśmy ważni. Nie jesteśmy sami. A przecież tyle gór jeszcze trzeba przejść, więc wracajmy zawsze w te góry ciałem, a nie duszą.