Październik 05, 2017

Orla Perć Tatr Zachodnich- Banówka i Salatyny.


          Ktoś mógłby powiedzieć, że Orla Perć jest tylko jedna. Tak, ta prawdziwa z nazwy i z wyglądu, tylko jedna. Nie ma innej opcji rzecz jasna. Ale. No właśnie. Ale. Istnieje jeszcze jedna graniówka w Tatrach, Tatrach Zachodnich po słowackiej stronie, która często Orlą jest nazywana. Jak w tytule, Orlą Percią Tatr Zachodnich. Niektórzy uważają, że odcinek o tej nazwie to tylko fragment grani Rohaczy, a jeszcze inni, że grań ciągnie się dalej. Osobiście uważam, że Orla Perć Tatr Zachodnich swój początek ma na Rohaczach, dalej przez Trzy Kopy, Banówkę, Pachoł, Spaloną, Salatyny i koniec na Brestowej (można podciągnąć również Przedni Salatyn). Ale. Ile ludzi, tyle opinii i zdań. Fragment tej grani udało mi się przejść w zeszłym roku, końcem sierpnia 2016, kiedy to trasa przebiegała przez Rakoń, Wołowiec i Rohacze- Ostry i Płaczliwy. Czułam niedosyt, marzyła mi się wtedy Banówka, ale na to czas jeszcze przyjdzi tak sobie mówiłam. W tym roku zaintrygowały mnie Salatyny, a że ciekawie byłoby zatoczyć pętlę, do trasy wrzuciłam również Banówkę. I trasa przebiegała przez Banikowską Przełęcz, Banówkę, później znów przełęcz i przez Pachoł, Spaloną, Grań Skrzyniarek aż na Salatyny, Brestową i Przedni Salatyn.

         

          Ten sam parking w Zubercu widziałam już rok temu, gdy szłam na Rohacze, nadal ta sama pustka o szóstej rano, co całkowicie odbiega od parkingu w znanej nam wszystkim Palenicy Białczańskiej. Różnica tylko w tym, że gór nad nami żadnych nie widać. Trochę mnie to przybiło, od razu pojawiły się smętne myśli, że dzisiejszego dnia chmury będą naszym towarzyszem. Na szczęście to tylko poranne przygnębienie.

 

 

 

 

 

 

A co to za grzyby??

 

 

 

Osobita jeszcze w chmurze.

 

 

 

Ruszamy pełną parą po godzinie szóstej w stronę Adamculi, dokąd prowadzi najpierw leśna droga, a później kawałek asfaltu. Idąc dalej doszlibyśmy do Tatliakovej chaty, ale odbijamy w prawo w stronę Rohackich Stawów, gdzie prowadzi szlak żółto-zielony. Szlak prowadzi leśnym traktem, która po chwili robi się kamienista i zaczyna się lekkie podejście wąską dróżką i tak ciągnie się przez jakiś czas do chwili, gdy solidne promienie słońca uderzają w twarz. Uśmiech gwarantowany, bo to pierwszy i nie ostatni promień tego dnia. Pierwsze widoki, jeszcze lekko w chmurach, które gwałtownie się przetaczają. Ruszamy dalej w stronę Przełęczy pod Trzema Kopami, droga bardzo podobna do poprzedniej, ale w otwartym terenie.

 

 

 

 

 

 

 

Czekałam tylko aż ukaże się majestat Banówki, ale było na to jeszcze zbyt wcześnie. Trzeba było jeszcze się trochę namęczyć, żeby zobaczyć jej grań. I nie trzeba było długo czekać, bo przejście do Przełęczy pod Hrubą Kopą było przyjemne i jedne z moich ulubionych tego dnia. Chmury dały całkiem niezły spektakl swoją drogą. Z przełęczy czeka nas dojście pod kolejną, ale już jedną z celów, bo Banikowską Przełęcz. Masy chmur dalej toczyły swoją walkę, a my dzielnie parliśmy naprzód, coraz wyżej i coraz dalej. Kamienie coraz większe, ścieżka coraz węższa, aż zaczynamy podchodzić pod przełęcz dość konkretną częścią szlaku. Towarzyszyła mgła, a wyłaniające się skalne ściany Banówki dawały kopa, żeby iść naprzód. 

Od prawej: kawałek Tatr Niżnych, Góry Choczańskie i Wielki Chocz.
Ze szlaku na Banówkę.

 

 

Pachoł.

 

 

 

Szczyt Banówki.

 

To na czekało- Pachoł, Spalona i w oddali Brestowa.

 

 

Na pierwszym planie Rohacze- Płaczliwy i Ostry. W oddali Starorobociański Wierch, Jarząbczy Wierch, Czerwone Wierchy, Raczkowa Czuba i z Wysokich najbardziej widczony Krywań.

          Po około czterech godzinach marszu docieramy na Banikowską Przełęcz. A chmur z drugiej strony brak. Widok na słowackie góry: Małą i Wielką Fatrę, Góry Choczańskie z Wielkim Choczem na czele, czy Tatry Niżne. Część ekipy zostaje na przełęczy, a my szybkim krokiem ruszamy na Banówkę szlakiem czerwonym, co zajęło nam około czterdziestu minut. Elementy wspinaczki, przejście fragmentu eksponowanego z widokami coraz to odleglejszymi. Momentami było stromo, ale samej wspinaczki nie ma z tej strony zbyt wiele, zwłaszcza, że jest to krótki odcinek. 
          I docieramy na Banówkę! Jakie było zdziwienie, kiedy mgła odeszła, ja ręką odjął, a my mogliśmy podziwiać z góry Rohacze, Trzy Kopy, resztę Tatr Zachodnich i wyłaniające się Wysokie, gdzie głównie oko przykuł Krywań. Ludzi nie było aż tak wiele, więc był i czas na bezludne miejsca i zdjęcia. Cała grań Banówki marzy mi się od zeszłego roku, w tym roku już jej niestety nie było dane mi przejść, bo trasa była zaplanowana inaczej.

Szlak na Banówkę z Banikowskiej Przełęczy.

 

Od prawej: Trzy Kopy, Wołowiec i Rakoń, poniżej Rohacki Staw. Dalej Tatry Wysokie.

 

Strome i kamieniste zejście z Pachoła.

 

Banówka i Trzy Kopy, Rohacz Ostry i Wołowiec.

 

 

 

Ta… udaje, że czyta mapę…

Zejście trwało jeszcze krócej i szybko znaleźliśmy się na przełęczy, skąd od razu ruszyliśmy w stronę Pachoła. Przejście z przełęczy na szczyt jest stosunkowo niedługie, ale w upale dość męczące. Skwar. Podłoże dość sypkie, warto zwracać uwagę na to, żeby nie zrzucić kamieni na kogoś, kto schodzi, a samo podejście jest wąską drogą. Przestrzeń jest ogromna, serio. A grań Banówki wygląda tak kusząco, że rozważałam powrót i zmianę planów… No ale, następnym razem.
          Na Pachoł jest około trzydziestu minut, ale spokojnie da się przejść szybciej. Widok już nieco bardziej rozleglejszy niż ze szczytu Banówki, bo widać konkretniej Wołowiec i Rakoń i nasz szlak, którym szliśmy w stronę przełęczy. Jeden z Rohackich Stawów towarzyszy od dłuższego czasu i tak samo postawiłam sobie za cel zobaczenie go z bliska. Ma dość ciekawe usytuowanie. Nie zwlekając, z Pachoła ruszamy w stronę Spalonej Kopy.

 

 

Zejście odrobinę strome i kamieniste podłoże trochę się osuwa, ale na spokojnie, przecież nigdzie się nie spieszy. Na tyłku trochę zjeżdżałam, bo czuję się tak najpewniej i sprawniej mi to idzie. Moim problemem jest wzrost, bo nie należę do wysokich, tylko raczej do tych małych, więc wyższe półki najwygodniej pokonywać mi na siedząco. Po zejściu z Pachoła zaczyna się przyjemne podejście na Spaloną, która urzekła mnie swoimi piaskowymi kolorami. Przyjemna góra, bardzo „miękka”. Stamtąd coś więcej mogłam już dostrzec, ile jeszcze drogi nas czeka. Wyglądało to dość groźnie ze względu na to, że jeszcze trochę dreptania nas czekało. A najciekawsze dopiero miało się zacząć, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze.

Salatyny i Brestowa.

 

Lufa!

 

         Grań Skrzyniarek? Coś Wam to mówi? W internecie prawie nikt nie pisze, że jest to graniówka niczym Orla Perć, bo miejscami jej poziom jest naprawdę wysoki i nutka adrenaliny muska. Nie powiem, ciekawie się zrobiło. Dlatego od tamtego momentu uważam, że nie ma co lekceważyć „Trawiastych górek” Zachodnich. W momencie mogą stać się skalnymi ścianami po kilkadziesiąt metrów, albo jeszcze więcej. Grań, jak to grań, wąska ścieżka, kamienie, czasem trzeba wdrapać się na jakieś skałki, czasem je ominąć, podejść do góry, zejść z czegoś i tak to właściwie wyglądało do momentu aż Skrzyniarki zaczęły się kończyć. W pewnym momencie stajesz przed gigantyczną ścianą i musisz przejść po jej półmetrowym zboczu, a pod nogami masz kilkudziesięciometrową przepaść. Chce się krzyknąć: „Ale lufa!” Jeśli mam być szczera, a po to tu też jestem to jest to trudny moment na szlaku. I bardzo niebezpieczny. Naprawdę dziwi mnie to, że tak mało o nim słychać. I trochę się bałam, bo było naprawdę konkretnie. Ale dałam radę.

 

 

Jako, że Skrzyniarki się kończyły, czekało nas jeszcze troszkę wspinaczki i schodzenia z tego, na co wpierw wyszliśmy, więc było bardzo podobnie do tego, jak się grań zaczęła. Przed nami podejście na Salatyński Wierch. Bardzo przyjemne przejście, praktycznie trawiastą ścieżką cały czas w górę. Dotarcie zajmuje średnio czterdzieści minut i gdzieś w takim czasie docieramy na Salatyn. 

 

Po prawej Siwy Wierch. W tle Wielki Chocz i Góry Choczańskiej, Mała i Wielka Fatra, Tatry Niżne.

 

Dalsza grań Salatynów.

          Szczyt piękny, można by rzec, że na krańcu Tatr Zachodnich. Pięknie prezentuje się Brestowa, na którą za moment ruszamy i góry Słowacji. Na szczycie pozwoliliśmy sobie na dłuższy relaks, zwłaszcza, że jeszcze trochę drogi trzeba było przejść. Ale nic nie trwa wiecznie, nawet wędrówka, więc patrząc na czas trzeba było się zbierać. 

 

 

Brestowa.

 

 

 

 

 

 

 

Zejście z Salatynów było dość nużące, a kamienie uciekały spod nóg na czym trzeba było się skupiać, żeby nie zaliczyć gleby. Podejście krótkie i kolejny szczyt do palety. Brestowa, która z daleka prezentowała się pięknie, sama w sobie jest i taka. Zachodnie mają w sobie to, że pochyłość terenu zmienia się co kilkadziesiąt lub co kilkaset metrów, stąd z Brestowej znów trzeba było zejść, żeby na Przedni Salatyn znów wyjść, ale była to już czysta formalność, bo odległość, która dzieli te dwie góry jest bardzo niewielka. Przedni Salatyn oferuje widok na Siwy Wierch, Osobitą, wyłania się też masyw Kominiarskiego Wierchu, a nawet kawałek Giewonu w oddali. Zmęczenie powodowało, że nie chcieliśmy długo przebywać na ostatnich szczytach, więc i z ostatniego Salatyna zaczęło się już wyłącznie schodzenie do Doliny Salatyńskiej szlakiem zielonym. Nogi już bolały, wyrypa była konkretna, momentami pełna emocji, więc samo schodzenie jest już monotonne, bo: opuszczasz miejsce, które kochasz, wracasz do domu, nogi bolą i dopiero teraz zaczynasz to czuć. Ale trekkingi zawsze mają swój urok, zwłaszcza te dwudniowe. Najbardziej uczą, ale o tym następnym razem. Smutna powinność musiała zostać wypełniona, więc pozostało nam nic innego, jak schodzić do doliny kamienną, trawersującą ścieżką.

Zejście Doliną Salatyńską, w dole stacja kolejki.

 Górna stacja wyciągu już była blisko, a im bliżej, tym bardziej teren zarastał i otaczała nas kosówka i las. Od kolejki w dół szlak staje się niezbyt ciekawy, minuty ciągną się, jak wieczność, gór praktycznie nie widać, a my musimy jeszcze przedeptać dobrą godzinę. Warto mieć na uwadze to, że szlak odbija w lewo, ciągnie się kawałek drogą, a później wąską, zarośniętą ścieżką. Pozdrawiam panów, którzy szli w odwrotnym kierunku i oddaliśmy im puste butelki na wodę ( nocowali gdzieś na dziko i woleli mieć zapas), mam nadzieję, że wypad był udany, jak i nasz. 
          Robiło się już szaro, kiedy dotarliśmy na parking, który znów stał pusty. To jest naprawdę piękne uczucie, jedźcie tam, zróbcie solidną wyrypę i wróćcie pod wieczór, a sami poznacie to cudowne uczucie. Brak tłumów, mało ludzi na szlaku, widoki niezapomniane na wszystkie strony świata. Jeśli ktoś szuka miejsca na ciekawy trekking z nutką wspinaczki i adrenaliny to właśnie ten szlak jest dla kogoś takiego. Można zacząć od końca i pociągnąć dalej przed grań Banówki i Rohaczy? Polecam. Co prawda relacji nie posiadam, bo nie miałam dobrych zdjęć, ale byłoby równie ambitnie. Podsumowując, Tatry Zachodnie urzekły mnie tym, że nabrałam do nich większego dystansu niż miałam przed tym wypadem. Nie lekceważmy ich. To w dalszym ciągu góry.