Październik 28, 2017

Jesienne Tatry Zachodnie cz.I- Ornak i Bystry Karb oraz historia pewnego wycofu.


          Pomysł na dwudniowy wypad w Tatry wyszedł całkiem spontanicznie. W końcu jeszcze nigdy nie nocowałam w tatrzańskim schronisku, a sam fakt, że w sercu tych gór, powodował, że wręcz skakałam z radości. Myśli o tym, gdzie iść, żeby zgotować sobie solidny trekking, było wystarczająco, by nie móc się zdecydować. No, ale padło jednak na Tatry Zachodnie, których w tym roku było chyba najwięcej.  Na pewno najwięcej. Mam taką zasadę, że nie idę na ilość, nie mam parcia na najwyżej, najdalej i w najlepszym czasie, nie mam mani zaliczania szczytów. Nigdy tak tego nie nazywam, bo uważam, że to zupełne zdeptanie góry i aktu wędrowania. Tak słowem wstępu.
Ale przyjdźmy do sedna tego, co chcę powiedzieć… Chodzi o to, że w Tatrach Zachodnich mam zrobione większość szlaków. Zostały tylko pojedyncze szczyty, które zliczę na palcach i za jakiś czas będę mogła stwierdzić, że Zachodnie przeszłam. Pewnie dobrze wiecie, tfu, gołym okiem widać, jak oblegane są topowe miejsca w Tatrach. Morskie Oko, Chochołowska i inne, a ludzie nie dostrzegają piękna innych zakątków, których są setki. Dużo ludzi ciągnie też w stronę tych najwyższych kolosów, a Zachodnie? W tym roku byłam tam już kilka razy, w różnych rejonach, i śmiało mogę powiedzieć, że Zachodnie są opustoszałe. I to chyba dobrze, ale cierpią na tym inne miejsca, gdy one wieją samotnością. Oglądając poniższą relację, czytając ją, gwarantuję, że zmienisz  swój pogląd na Zachodnie, jeśli, albo nigdy w nich nie byłeś, albo nigdy konkretnie Cię nie oczarowały.

 

 


          Parking w Kirach po piątek rano świecił pustkami, tak samo, jak Dolina Kościeliska, którą przeliśmy do schroniska praktycznie w ciemnościach (mam taką dziwną fobię, że wszędzie widzę niedźwiedzie, każdy pień, gałąź, dosłownie wszystko). Naszym wiernym towarzyszem były toiowozy, panowie prawie wywozili domki, a jak nie wszystkim wiadomo, w dolinie, do około 3/4 drogi, stoją toi toie. I tak dreptaliśmy sobie żywo, opatuleni czapkami, w rękawicach i grubych kurtkach, niecałą godzinkę w stronę schroniska na Hali Ornak. Przejście dolinką jest bardzo przyjemne, prosta droga, żwir. Po drodze mijaliśmy jaskinie: Mylną, Raptawicką, Mrozną, Smoczą Jamę i Wąwóz Kraków. Pierwotny plan zakładał wejście do jaskiń, ale po pierwsze plecaki były za duże, po drugie, na zewnątrz ciemno, a po trzecie czas nam na to zbytnio nie pozwalał. Tak się powie i spojrzy na mapę (powyższa mapa nie wskazuje dokładnego czasu przejścia- mapa turystyczna w internecie jeszcze nigdy się dobrze nie spisała, wrzucam tylko poglądowo).

Bystra dopiero się budzi…

 

 

 

 

 

 

          W schronisku życie dopiero się budziło, wszyscy jeszcze w klapeczkach chodzili, jak zombie, a my trochę zmarznięci popijaliśmy herbatę przy oknie, kiedy to zaczęła ukazywać nam się Bystra, czyli nasz cel. W osłonie mgły i pierwszych promieni słońca. Cudowny widok. Dodawał sporo ciepła. Obczailiśmy schronisko, w końcu to tam mieliśmy spać, a ciekawość dała za wygraną. Z Ornaku ruszamy żwawo w stronę Iwaniackiej Przełęczy. Szlak, którym idziemy to szlak żółty. Do pokonania mamy około 360m przewyższenia, więc spinamy tyłki i przemy przed siebie. Szlak idzie dosłownie chwilę polanką koło schroniska, przekraczamy mostek, a nieco dalej pierwsze podejście. Bardzo krótkie i w sam raz, żeby się rozgrzać, a było naprawdę bardzo zimno. Kilka minut podejścia i idziemy pięknym lasem, kiedy to pierwsze promienie słońca przebijają się przez tatrzańskie drzewa. Zdjęcie odzwierciedla urok tej chwili. Wędruje się tak kawałek lasem, a potem kolejne podejście, tym razem będzie się ciągło już do samego końca. Kamienne stopnie są coraz większe i niepewne. Bardzo wyślizgane, noga sobie czasem podjeżdża, dlatego trzeba bardzo uważać, zwłaszcza, że na plecach ma się trzynastokilowy bagaż. Im wyżej tym widoki piękniejsze, ale tylko od strony Czerwonych Wierchów i Tatr Wysokich. Tak samo, im wyżej, tym gęstszy las i ostrzejsze podejścia, które dawały mi naprawdę konkretnie w tyłek. Pierwsza dwudniowa wyprawa w Tatry z takimi plecakami. Szczerze powiedziawszy było to dla mnie konkretne wyzwanie.

 

Kominiarski Wierch- jego część.

 

 

 

 

 

Smreczyński Wierch.

 

 

W chmurach Czerwone Wierchy- Ciemniak i Krzesanica. W środku widoczny wierzchołek Świnicy.

 

Masyw Kominiarskiego Wierchu.

 


          I docieramy na Iwaniacką Przełęcz. Jest w środku lasu, także nawet się nie zatrzymujemy, bo nie czujemy zbytniej potrzeby, a pragnienie widoków Tatr o poranku wygrywa. Widać tylko masyw Kominiarskiego Wierchu, ale to i tak mały fragment. Celem jest Ornak, na który mamy godzinkę z hakiem. I tutaj zaczyna robić się ciekawie. Solidne podejście po wielkich kamieniach. Całe szczęście, że po naszej lewicy górowały nad nami w oddali Wysokie i nasz jutrzejszy cel, czyli Czerwone, które były o dziwo białe. Mimo tego, zapierało dech w piersiach. Mgły i ta poświata wśród szczytów to coś, co w górach uwielbiam, zwłaszcza w Tatrach. To spektakl, którego nigdy się nie zapomina. Podejście na Ornak, a nawet i sam szczyt i jego otoczenie jest na zabój podobne do tego na Babią Górę. Momentami czułam się, jak właśnie na Babiej! Ale nogi mi tam aż tak nie wysiadały, bo porównując to podejście z podejściem na Babią to niebo, a ziemia. 

Od prawej Błyszcz i Bystra, w dole widoczny Zadni Ornak, a po prawej stronie Zadnia Kopa, czyli inaczej Niżna Bystra.

 

 

Szczyt Starorobociańskiego Wierchu, a za nim Raczkowa Czuba.

 

 

Od lewej: Smreczyński Wierch i Kamienista.

 

 

 

 

Od prawej Siwe Skałki, Zadni Ornak, w tle Bystra i Błyszcz, a dalej granią po prawej Starorobociański.

 

 

Bardzo wiało…

          Na Ornaku zarządzamy dłuższą przerwę na jedzenie i herbatę, bo trochę te drapanki pod górę, które wcale takie lekkie nie były, jeszcze z tymi plecakami, nas zmęczyły. Ale za to widok… Nie potrafię tego opisać… Siedzieliśmy w ciszy i patrzyliśmy, jak mgła otacza Bystrą, Starorobociański, czy Kamienistą. Nikt nie śmiał nawet wydusić z siebie słowa. A do tego te jesienne barwy. Zjawisko nie do opisania. Jako, że czekało nas jeszcze trochę drogi byliśmy zmuszeni iść dalej, a tak pięknie było usiąść na grani i po prostu patrzeć, być…

Podejście pod Zadni Ornak.

 

W stronę Ornaku, za nim Kominiarski Wierch.

 

 

 

Grań Starorobociańskiego w chmurach.

 

          Czekało nas dojście na Siwy Zwornik, na przełęcz, na której byliśmy w zeszłym roku podczas w sumie pierwszej solidnej wyprawy w Tatry. Ekscytacja nie opuszczała, byłam baardzo ciekawa, jak to teraz tam wygląda. Dotarcie tam zajęło nam około godziny. Najpierw ścieżką wśród traw, raz w górę, raz w dół, wokół wielkich szczytów Zachodnich, a potem mała wspinaczka na Zadni Ornak i przez Siwe Skały w stronę Siwego Zwornika. Ale zawsze to jakieś urozmaicenie. Trzeba tylko dobrze patrzeć pod nogi, bo jest odrobinę stromo i można sturlać się aż na sam dół. Potem już tylko z górki, dosłownie. Po zejściu i byciu praktycznie przed samą przełęczą, zaczęło mnie mulić, było mi słabo i ciężko stawiało mi się kolejne kroki. Potrzebowałam odpoczynku. Kamerka spisała się o tyle, że ustawiłam ją w stronę Starorobociańskiego Wierchu, żeby uchwycić odbijanie się mgły od jego bocznej grani, co było fenomenalne! Potem lekkie przyspieszenie i wędrówka chmur, jak na dłoni. Przejdźmy do dalszego etapu podróży. Napiłam się, coś zjadłam, myślałam, że to może po prostu z głodu, którego specjalnie nie czułam, ale okazało się to jedynie próbą udowodnienia samej sobie, że to jednak nie był powód głodu, ale czegoś zupełnie innego.

Szlak na Bystrą i Błyszcz. Po prawej Niżna Bystra i Mała Bystra.

 

Starorobociański Wierch i przełęcz Bystry Karb.

 

Grań Ornaku, a po prawej ośnieżony Ciemniak i Krzesanica.

 

Od prawej Smreczyński Wierch, Tomanowy Wierch Polski i dalej Czerwone Wierchy.

 

Ciemniak i Krzesanica.

          Na przełęcz docieramy chwilę po skończonej przerwie i ruszamy na Bystry Karb skąd głównym celem miała być Bystra i Błyszcz. Podejście, które rok temu trwało kilkanaście minut, a może i mniej, teraz trwało około pół godziny. Nie miałam siły, by iść. I chociaż tak ogromnie chciałam to po prostu nie mogłam. W głowie miałam istny chaos, no bo jak to, chcę, a się nie da? Byłam już bardzo zmęczona, bolały mnie plecy, chciało mi się spać, a pot lał się ze mnie, niczym Siklawa w Dolinie Roztoki. Kilka kroków i stop. I tak co chwilę. Czułam wstyd, zażenowanie i rozpacz, wręcz żal, że jakim prawem aż tak się ze mną dzieje? Stawiałam sobie cele, żeby dotrzeć do tej kopki, do tego zakrętu i tak do przełęczy, a tam zdecyduję, co dalej. Wiedziałam gdzieś w głębi siebie, że zdobycie Bystrej jest pod wielkim znakiem zapytania.
          Po tej katordze stajemy na Bystrym Karbie, gdzie łączy się szlak polski ze szlakiem od strony Słowacji. Tam sobie siadamy i rozpoczynamy dyskusję. Ja po prostu byłam już zbyt zmęczona wczesnym wstawaniem, wędrówką, którą dobił bardzo ciężki plecak, który Adam trochę odciążył i tak wystarczająco. Jestem stanowcza i nie lubię owijać w bawełnę, powiedziałam, że zostaję, a ty masz iść dalej. Nie był ze mną zgodny, ale po namowach, że sobie posiedzę, odpocznę, pogoda jest ładna, że nic mi nie będzie i tak dalej, i tak dalej, zgodził się. Ja sobie zostałam pod Starąrobotą, a Adam poszedł, a raczej pobiegł na Bystrą z plecakiem, z którego wyładowaliśmy wszystko, bo po co miał tam targać karimatę i resztę rzeczy? Wziął to, co ważne i powiedział, że nagra mi całe wejście. Czułam, że dobrze postąpiłam i choć przez te dwie godziny leżenia sobie wśród gór, pod błękitnym niebem, wiem, że mimo tego, że był to dla mnie ogromny cios, bolało mnie to i nie mogłam się z tym pogodzić, rozumiem i jestem z siebie dumna, że podjęłam taką decyzję. Na Bystrej ponoć beze mnie było beznadziejnie. Szlak w błocie i śliskim śniegu, wiało, stoki góry bardzo strome, więc cieszę się, że nie porwałam się, by tam iść. Nic na siłę. Jestem z tego dumna, że w tej całej pasji i miłości do gór, znam granice i potrafię powiedzieć nie, gdy stawką jest zdrowie, a nawet życie. 
          Siedzenie wśród szczytów, w piękny jesienny dzień dało mi wbrew pozorom bardzo dużo. Mogłam odpocząć, pobyć w miejscu, które jest mi bliskie, pomyśleć, zrelaksować się, pomarzyć. To było naprawdę coś i wiecie co? Nie żałuję. Może tak po prostu miało być. Że czasem trzeba sobie powiedzieć stop, nie idę dalej. Wszystko dzieje się po coś i zrozumiałam, że te dwie godziny pod Starorobociańskim i Bystrą były dla mnie wyjątkowe.
          Biedny Adam tak się spieszył, że sam potem zapłacił za ten maraton obolałymi nogami. Wracaliśmy tą samą drogą na Ornak, ale jakie to było uczucie, że jeszcze nie wracamy do domu, bo jeszcze jutro czeka nas kolejna wyprawa na Czerwone Wierchy, czyli w sumie na drugą stronę (nie tą grobową na szczęście, jeszcze nie). Tak nas to cieszyło, że dało mi to dużo energii. Schodziliśmy powolutku, mieliśmy czołówki, drogę znaliśmy, więc nawet zmrok nas nie obchodził, choć i tak w schronisku byliśmy już przed siedemnastą.

Kończysty Wierch, Rohacze- Płaczliwy i Ostry, Wołowiec, Banówka.

 

 

 

 

 

 

 

Widok na polsko-słowacką część Tatr, m.in. Wołowiec, Rohacze, Banówka, Salatyny.

 

Od lewej: Kamienista, Siwe Skałki poniżej, Zadni Ornak, Bystra i Błyszcz.

 

Z Bystrą, a jakże! Tym razem 0:1 dla ciebie.


 Najgorsze było to, że tłumy ludzi dalej siedziały na stołówce, a my padnięci i spieczeni przez słońce, głodni, koczowaliśmy na korytarzu. Grzane wino nieco rozgrzało, a na glebę trzeba było czekać do godziny praktycznie dwudziestej pierwszej. Organizacja gleby na Ornaku nie zyskuje mojego uznania. Za dużo szumu wokół tego. Kto wiedział, miejsce sobie zajął, a my wciskaliśmy się, gdzie popadnie (Adam na jednym rogu, ja na drugim końcu korytarza w innym rogu naprzeciwko jakiejś pani, gdzie przejścia było kilkanaście centymetrów…, a lapma czujka to kompletny bezsens). Ale podobało mi się, pełna dzicz i survival!
         To była pierwsza wyrypa w Tatry na dwa dni, która wiele mnie nauczyła. Pokazała, że wycieczki jednodniowe, a już dwudniowe czy kilkudniowe to zupełnie coś innego. Jestem dumna z tego, że zachowałam zdrowy rozsądek w miejscu, w którym, z zachwytu całym pięknem widoków, często go brakuje. Tak wyglądał dzień pierwszy tatrzańskiego tripa, który zakończył się glebą na Ornaku.