Sierpień 02, 2017

W krainie górskich jezior- Szpiglasowy Wierch przez Dolinę Pięciu Stawów Polskich.

         Szpiglasowy Wierch to jeden z tych szczytów, na który latem ciągną tłumy, zwłaszcza znad Morskiego Oka, a warianty są dwa. Pierwszy od Pięciu Stawów, a drugi to właśnie ten od Moka. Wariant drugi jest prostszy. Ceprostrada od samego schroniska. Jeśli chodzi o wariant pierwszy, moim zdaniem o wiele ciekawszy, nieco trudniejszy. Są łańcuchy, sypkie podłoże, ale zdecydowanie za krótkie podejście z żelastwem, więc nie można się nacieszyć. A jakby tak połączyć te dwa warianty w jedną trasę? Połączyłam i wyszła właśnie oto ta relacja. 


          Po dotarciu do Doliny Pięciu Stawów Polskich, tuż po ogarnięciu myśli spowodowanych zachwytem tą cudowną doliną i radością serca, że znów się w niej jest, kierujemy się szlakiem niebieskim (szlak pierwotnie prowadzi na Zawrat, ale musimy obejść dolinę i dotrzeć do rozgałęzienia szlaków). Jest przyjemnie, wąska dróżka wśród kosodrzewiny, po lewej towarzyszy Wielki Staw Polski, z którego bryza uderza w twarz, a po prawej stronie skalne giganty, między innymi Kozi Wierch, z którego relację możecie przeczytać TUTAJ

 

Miedziane.

 

Szpiglasowa Przełęcz.

 

Kozi Wierch.

 

 

 

 

„Szpiglas”.
Wielki Staw Polski i zarys schroniska w tle.

 

 

Zamarła Turnia i Kozie Czuby.

 

 

Dolina Pięciu Stawów Polskich, a nad nią Grań Wołoszyna.

 

Od lewej: Walentkowy Wierch, Walentkowa Przełęcz, Świnica, Zawrat, Mały Kozi.

 

 

 

          Dotarcie do rozgałęzienia zajmuje około dziesięciu, piętnastu minut, w zależności od tempa marszu. Szlaki się rozwidlają, niebieski idzie dalej na Zawrat, a my odbijamy w stronę Szpiglasowej Przełęczy, co według znaków powinno zająć nam nieco ponad półtorej godzinki. Szybkie zdjęcia, szybka szamka i ruszamy, bo niedosyt Tatr powodował już lekki niepokój. Wędrujemy kawałek kamienną ścieżką, co nieco pod górę, mijamy strumień i kwestią chwili jest przejście na wyższe piętro, gdzie kosodrzewina powoli się kończy, a zaczyna się dość żmudne podejście, w dodatku pod słońce, w stronę przełęczy. Trawersuje co jakiś czas. Męczy, ale podejście do Piątki w rekordowym, jak dotąd tempie wprawiło nasze nogi i nie było tak strasznie. Czerwcowy upał dawał się we znaki, co dostrzegłam dopiero po powrocie do domu. Im wyżej jesteśmy, tym więcej widzimy. Kozi, który wygląda, jak dmuchana zjeżdżalnia, bo tak stromo się prezentuje. Dalej Grań Wołoszyna, fragmenty Orlej Perci, co nieco Tatr Zachodnich- Czerwone Wierchy. Przed nami cały czas Miedziane. Po godzince z małym hakiem docieramy do przejścia niewielkiego fragmentu drogi w śniegu, co dało sporo radochy. Przed atakiem na łańcuchy krótka przerwa na zdjęcia i oczywiście jedzenie, i ruszamy dalej. Chwilę zajmuje nam dojście pod łańcuchy i rozpoczynamy wspinaczkę, która wbrew pozorom jest bardzo krótka i bez żadnych trudności. Łańcuch w pewnym momencie wydaje się zbędny, bo ścieżka jest wystarczająco szeroka. Idziemy i idziemy, wspinamy się wyżej i w końcu osiągamy 2110 m n.p.m.!

Od lewej: Staroleśny Szczyt, Niżne Rysy, Rysy, Wysoka, Mięguszowiecki Szczyt Wielki, Cubryna.

 

 

Szpiglaowy widziany z przełęczy.

 

Od lewej: Walentkowy Wierch, Świnica, Zawrat, Mały Kozi, Zamarła Turnia, Kozie Czuby, Kozi Wierch, Skrajny Granat, Orla Baszta, Grań Wołoszyna.

 

Wysoka i Mieguszowiecki Szczyt.

 

Niżne Rysy, Rysy i Wysoka.

 

Od lewej: Kołowy Szczyt, Lodowy Szczyt, Młynarz, Ostry Szczyt, Jaworowy Szczyt, fragment Świstowego Szczytu. Poniżej Lodowego: Jaworowe Wierchy, a poniżej ich Żabi Szczyt Wyżni.

 

 

         Panorama jest iście powalająca. W oczy rzuca się przede wszystkim Mięguszowiecki Szczyt Wielki, Rysy, w dole Morskie Oko i masa różnych szczytów. Nie tracąc czasu uderzamy na Szpigals. Przejście z przełęczy zajmuje kilkanaście minut, momentami ścieżka się zwęża, podłoże jest kamieniste i sypkie, więc trzeba uważać. 

 

Grań Hrubego, a za nim czubek Krywania w chmurach.

 

Morskie Oko, Czarny Staw pod Rysami.

 

          Szczyt Szpiglasowego Wierchu osiągamy bardzo szybko i rozkoszujemy się panoramą w każdą z możliwych strom. Powyżej opis widoków ze szczytu. Na czubku wieje, troszkę chmur się skumulowało nad Lodowym Szczytem, który prezentował się potężnie. Zbyt wiele czasu nie spędziliśmy na górze ze względu na silny i przenikliwy wiatr, więc zebraliśmy się na dół. 

 

 

Mnich.

 

 

Żabi Szczyt Wyżni, Dolina Rybiego Potoku poniżej, Czarny Staw pod Rysami i Niżne Rysy.

 

 

 

Mnich i Zadni Mnich.

 

 

 


         Zejście takie samo, jak wejście. Na przełęczy spotkaliśmy znajomych, chwila dyskusji i kierujemy się szlakiem żółtym w stronę Morskiego Oka. Tak, sprawiało mi to lekki ból, bo wiedziałam, co będzie się tam działo, jeszcze w dzień świąteczny. W stronę Moka, jak wspomniałam, szlak jest zwykłą ceprostradą, która trawersuje na zboczach. Przy zejściu towarzyszy nam Mięgusz, Mnich, Rysy i Morskie Oko, a za nami znika Szpiglas. Tutaj pozwolę przytoczyć sobie niemiłe zdarzenie, które spotkało mnie pierwszy raz w Tatrach i to na takiej wysokości. Rozgadana, 
rozentuzjazmowana i już troszkę zmęczona, zlekceważyłam sypki grunt, moje nogi ujechały i po chwili leżałam plackiem na ścieżce. Dobrze, że na ścieżce, a nie na dole. Piszę o tym, by zachować czujność nawet na prostej dróżce, która czasem jest gorsza niż kilkadziesiąt metrowa ściana z łańcuchem. Moment nieuwagi i może stać się naprawdę źle. I druga rzecz, nawet, jeśli nie czujecie głodu, jedzcie na siłę, dużo pijcie. Organizm musi mieć z czego czerpać energię. Ja o tym zapomniałam i dostałam nauczkę. Teraz już jem, ile wlezie, idą nawet po asfalcie patrzę pod nogi, żeby czasem nie zaliczyć gleby. Pamiętajcie o tym, nie bądźcie głupi, jak ja. Zapobiegajmy nie traćmy czujności, gdy droga wydaje nam się banalna do pokonania.
           Zejście do schroniska trwało szybciej niż pokazywał szlakowskaz, bo poniżej półtorej godziny. Już z daleka było słychać gwar i krzyki dzieci przy stawie, więc tempa, wręcz biegowego, nabraliśmy tuż obok schroniska. I dopiero gdzieś na asfalcie w drodze do Palenicy usiedliśmy i pozwoliliśmy naszym nogom i umysłom odpocząć od słońca i szumu ludzkich głosów.
          Podsumowując. Szlak warto zrobić tak, jak został przeze mnie opisany. Jeśli istnieje możliwość urozmaicenia, dlaczego tego nie zrobić? Wchodzić najlepiej jest tą cięższą strona, a na zejście zostawić sobie coś lżejszego, bo wiadomo, zmęczenie robi swoje. Całość zajęła nam na oko osiem godzin łamane na dziewięć ze wszystkimi przerwami. Latem wiele osób decyduje się na ten szlak, więc warto wstać wcześnie rano i ruszyć, by uniknąć tłumów. Po drodze z przełęczy jest szlak na Wrota Chałubińskiego, gdzie warto zahaczyć. Zajmie nam to niewiele czasu (około dwóch godzin), a panorama jest równie ciekawa. Osobiście żałuję, że nie zahaczyłam, bo teraz ciężko będzie się tam zebrać. Może kiedyś przy okazji. Tatry w końcu nie uciekną.