Lipiec 14, 2017

Mała Wysoka, czyli tam i z powrotem przez Dolinę Białej Wody.

          Jestem Adam. Razem z główną redaktorką bloga przemierzamy wspólnie górskie szlaki, w zasadzie odkąd się znamy, więc być może kwestią czasu było pojawianie się mnie tutaj. To tyle z powitaniami, przejdźmy zatem do sedna, czyli mojej pierwszej relacji z wyprawy w góry na blogu Na stopach! Jak sam tytuł wskazuje, relacja będzie z Małej Wysokiej w Tatrach Wysokich na Słowacji. 

                Spotykamy się na parkingu, nie omieszkałem, będąc na stacji benzynowej, strzelić sobie podwójnego espresso, aby podróż minęła jak najsprawniej. Wczesne godziny robią jednak swoje.

 

 

 

 

 

 

 

Od lewej: Młynarka, Młynarz, Wysoka, Ciężki Szczyt, Rysy, Żabi Szczyt Wyżni, Niżne Rysy, Żabia Czuba, Hińczowa Turnia i Mięguszowiecki Szczyt Czarny.

 

 

 

 

Potok Biała Woda.

 

 

 

 

 

 

 

Ściany Młynarza.

 

Ciężka Siklawa ( 100 m )

 

 

 

 


         Przemierzając granice państw dosyć sprawnie znajdujemy się na parkingu przy Łysej Polanie. Wita nas słowacki parkingowy, dokonujemy formalności i zaczynamy naszą wyprawę. Szlak Doliną Białej Wody od początku stwarza wrażenie budzącego się razem z nami. Zupełnie inne wrażenie niż równolegle idąca po drugiej stronie potoku droga Oswalda Balzera prowadząca do Morskiego Oka. Nie spotykamy nikogo przez grubo ponad godzinę, jeśli nawet nie dwie, zupełnie nikogo nie licząc przedstawicieli fauny, w tym ślicznie pozującego nam do zdjęcia, bociana czarnego. Idziemy dosyć żwawym tempem przez pierwsze kilometry naszej trasy. Tutaj z góry muszę przyznać, że byłem świadom jej długości oraz tego jak może fizycznie dać się we znaki, jednak mimo wszystko, forma doliny oraz ilość przewyższeń dały mi się we znaki. Powracając do naszej trasy, od samego początku towarzyszy nam widok na Tatry Wysokie.
Mijamy drugi szlaban, obok którego znajduje się nowa leśniczówka, oraz który zamyka drogę dla rowerów. Znajduje się tam też źródło wody. Na drogowskazie widzimy radosną informację, że na nasz cel podróży, Małą Wysoką, zostało tylko (tylko!?) około pięciu godzin. Mimo tego, nastroje nas nie opuszczają i tniemy przez las w stronę Polany pod Wysoką, miejsca znamienitego, gdyż znajduje się tam obozowisko taterników atakujących stąd okazałe ściany Młynarza oraz różnych trudnych dróg wspinaczkowych, których dookoła jest naprawdę wiele. Mijamy starą leśniczówkę po prawej stronie, która ze względu na zły stan techniczny została przeniesiona do nowego budynku, o którym wspominałem kilka zdań wcześniej. Dolna część doliny podczas przemierzania jej obfituje w niesamowite widoki na Młynarz, Wysoką oraz Rysy, a także inne odleglejsze szczyty. Po niedługim postoju w jednej z licznie pojawiających się budek przystankowych z ławkami ruszamy na podbój pierwszego z kilku progów doliny. Leśna droga prowadzi nas trawersami miedzy pojedynczymi sterczącymi skałami. Nie omieszkaliśmy podzielić się przypuszczeniami co do wagi owych wielgachnych kamieni. Gdy jesteśmy około połowy drogi na pierwszy próg doliny dostrzegamy olbrzymi wodospad spadający z wysokiego progu Doliny Ciężkiej. To Ciężka Siklawa, najwyższy wodospad w Tatrach, ma około 100 m wysokości. Nie licząc wodospadów okresowych, spadających ze skalnych ścian po intensywnych opadach nie ma on sobie równych w wysokości, z której spieniona woda spływająca z Ciężkiego Stawu, spada rozbijając się o ostre granitowe skały w kierunku doliny. Po chwili wytchnienia ruszamy dalej aby zdobyć próg doliny. Nasze nieprzygotowanie polegało na tym, że nie sprawdziliśmy, że jest to jeden z kilku progów z którymi przyjdzie nam się mierzyć jeden po drugim. Po dosyć stromej ścieżce wreszcie zdobywamy próg.

 

Kacza Turnia, Rysy i Niżne Rysy.

 

Od lewej w tle: Żelazne Wrota wschodni szczyt, Hruba Śnieżna Kopa, Zasłonista Turnia, Żelazne Wrota zachodni szczyt, Żłobisty Szczyt, Kaczy Żleb, Rumanowy Szczyt, Ganek.

 

Mała Wysoka.

 

 

Dolina Litworowa, a w niej ściany Litworowego Szczytu i Litworowy Staw.

 

 

 

 

         Odpoczywamy będąc już w Dolinie Kaczej, trzeciej, licząc naszego celu podróży, siedzimy na skałach rozglądając się wokół, i próbując nazwać w większości znane szczyty widziane z zupełnie nowej perspektywy. Po napojeniu się uderzamy w górę. Na tym etapie spotykamy kilka osób. Szlak prowadzi wzdłuż potoku, więc mimo wszystko w wielu miejscach warto posiadać chociaż trochę chroniące przed wodą obuwie. Pojawia się też coraz więcej wielkich kamienistych płyt, po który trzeba stąpać na tyle ostrożnie, by nie zaklinować stopy pomiędzy którąś ze skał i nie skręcić kostki. Nie ma co zapominać, że jednak jesteśmy już 8-9 km w głębi doliny, do której nic nie ma prawa dojechać, w dodatku na terenie Słowacji. Ubezpieczenie posiada każdy członek wycieczki. Bezpiecznym krokiem pomiędzy skałami pniemy się coraz wyżej i wyżej aby po ponad godzinie marszu dostrzec Litworowy Staw. Po drodze wpierw dostrzegliśmy koziczki, które wypasały się na dosyć stromym, lecz trawiastym zboczu pod Hrubym Rogiem. Nasz szlak spokojnie opada, aby po chwili wyprowadzić nas nad brzeg stawu. Tutaj już sporo ludzi, jedni biwakujący, a inny odpoczywający po ataku na próg Doliny Litworowej. Niektórzy z turystów zabawiają się krą oderwaną od jęzora śniegu zsuwającego się mozolnie od strony Litworowego szczytu. Zaraz za stawem wypasała się samotna kozica, nie była zbyt płochliwa, więc została uwieczniona na zdjęciach.

 

Dolina Litworowa, Litworowy Staw. W tle od prawej: Ganek, Rumanowy Szczyt, Żłobisty Szczyt, Żelazne Wrota.

 

 

Od lewej widoczne Rysy i Niżne Rysy, Wyżni Żabi Szczyt, Młynarz.

 

Od prawej strony, zaraz pod Żabim Wyżnim Szczytem widoczna Dolina Ciężka.

 

Ściany Małej Wysokiej i przełęcz Polski Grzebień.

 

 

Mała Wysoka.

 

Przełęcz Rohatka od lewej, Mała Wysoka i Polski Grzebień.

 

 

 

Zmarzły Staw.

 

 

 

Tatry Wysokie po stronie polskiej: Grań Wołoszyna, Przełęcz Krzyżne.

 

 

 

Od lewej: Dzika Turnia, Rohatka, Mała Wysoka.

 

Szczyt Małej Wysokiej.

          Zbierając w sobie siły uderzamy na ostatnią fazę naszego dolinowego marszu, czyli na Kocioł pod Polskim Grzebieniem. Przyszło nam maszerować po olbrzymich kamieniach, które jak wcześniej wspomniałem, bywają bardzo zdradliwe. Pierwsze miejsce widokowe to też okazja do focenia. Wchodzimy na nieco wybitniejszy kawał granitowych skał. Przed nami pojawia się widok na nasz cel podróży, czyli Małą Wysoką oraz Polski Grzebień. Naszym oczom nie ucieka również Zmarzły Staw, na którym lód utrzymuje się bardzo długo, często przez całe lato. Otoczenie typowo wysokogórskie, prawdziwie posępny krajobraz to dla nas nagroda za wytrwałe pokonywanie nieco nużących już progów dolinek. Z ciekawostek warto zaznaczyć, że staw nie posiada żadnego odpływu. Przecinamy drogę w kierunku Polskiego Grzebienia wzdłuż brzegu stawu, najpierw po kamieniach ciągnących się od progu Doliny Kaczej, następnie po wielkich płytach, gdzie pojawią się pierwsze łańcuchy. Jak dla mnie dobrze, że znalazły się w tamtym miejscu, ponieważ płyty (co prawda tego dnia tylko jedna) są wilgotne, a obok znajduje się nieco stromy brzeg stawu. Upadki stąd raczej nie byłyby śmiertelne, ale na pewno zdarzałyby się często i powodowałyby kontuzje niepozwalające na dalszy marsz, czego nikomu i sobie nie życzę. Pokonujemy żelastwo ochoczo wbijając się w najbardziej nieszczęśliwy okres naszej podróży. Mianowicie zaczyna się droga po sypkich drobnych kamieniach. Jest ich coraz więcej, im bliżej odbicia na Rohatkę się znajdujemy. Nasz szlak przy oznaczeniu Kotła pod Polskim Grzebieniem odbija w prawo, szlak na Rohatkę w lewo. W założeniu mieliśmy zamiar tego dnia wyjść również tam. W tym momencie plan był jeszcze żywy, chociaż ledwo dychający pospieszyliśmy w stronę przełęczy będącej na drodze na Małą Wysoką. Ze wstępnych oględzin szlak na Rohatkę wyglądał imponująco, dosyć stromo. Dojście utrudnione przez olbrzymi płat śniegu oraz to, z czego słynie to miejsce, czyli bardzo sypkiego podłoża składającego się z drobnych, co chwilę ujeżdżających z pod butów kamyczków. Pierwsze wrażenia z podejścia na Grzebień dosyć interesujące, puszczamy kilka par schodzących w dół i rozpoczynamy podejście. Na początku w kość daje sypkie podłoże, później już całkiem optymalnie wychodzi się wytyczonymi drewnianymi balami, trawersującym podejściem. 

Polski Grzebień.

 

 

 

Gerlach i Dolina Wielicka.

 

          Nagroda za zdobycie przełęczy to Gerlach. Oto i on w całej swojej okazałości, wraz ze swymi dziećmi, czyli Zadnim i Małym Gerlachem. W tym miejscu Gerlachovski jest zajmującym najwięcej widoku obiektem. Można przyjrzeć się dokładnie szczytowi oraz okalającym go mniejszym. Niektórzy z nas dostrzegają ludzi zdobywających największy szczyt w Tatrach. Ja w między czasie przyglądam się szlakowi z doliny Wielickiej. Dostrzegam, że ów szlak jest dużo mocniej uzbrojony w klamry i łańcuchy, i nieco bardziej stromy od podejścia ze strony Białej Wody. Korzyść najwyraźniej płynie z tego że Dolina Wielicka jest kilka razy krótsza od (nie widzimy z Polskiego Grzebienia jej końca) Doliny Białej Wody. Widać Śląski Dom, miejsce z którego zazwyczaj zaczynają, i na którym kończą się ataki na Gerlach. Mała Wysoka nadal w oddali. Tym razem pokazuje też swoje łagodniejsze oblicze, o którym napomknąłem współtowarzyszom. Doczytałem się, że w zimie jej południowy stok służy doświadczonym narciarzom, jako miejsce ekstremalnych zjazdów. Jako narciarz, doceniam ich kunszt i odwagę, bo mimo, że szczyt ze strony południa jest nieco łagodniejszy to nadal jest stromy i bardzo wysoki, a brak przepaścistości rodem z Orlej Perci, nie powoduje rozluźnienia oraz nie daje skrzydeł i zbytniej pewności siebie.

 

 

 

 

          Po dłuższej przerwie, była ona konieczna, bo wszystkie składowe doliny wykończyły nas już dość mocno, rozpoczynamy atak szczytowy. Pierwsze kilkadziesiąt metrów jest bardzo przyjemne, nareszcie nogi mogą odpocząć, a ręce nieco się wykazać. Używałem kijków dosyć spory czas celowo, aby nieco rozgrzać swoje łapska. Po kilkunastu minutach przedzierania się wśród skał pojawiają się pierwsze trudności. Pojawia się łańcuch i nieduże obejście obok, pozornie niewielkiej, przepaści. Później już ręce i nogi działają, a przede wszystkim głowa na karku. Szlak od czasu do czasu raczy nas symbolem na kamieniu, ale nie ma się co tym sugerować. Trzeba iść tak aby nie utrudniać drogi schodzącym, ale też samemu nie narazić się na trudności. Po następnych kilkunastu minutach znajdujemy się przy krawędzi grzbietu. Spoglądanie w dół nie jest wskazane dla osób wrażliwych na ekspozycję. My pokonujemy to miejsce dosyć sprawnie i zaczynamy ostateczny atak szczytowy. Mimo popołudnia, w zaawansowanej fazie, mijamy bardzo wiele osób. Nie jest to co prawda tyle osób, co na Rysach, ale wiele z nich utrudnia podejście, zsypuje kamyczki. Słychać również przeplatankę języków od polskiego, przez słowacki, aż po angielski i francuski. Atakujemy ostatnie metry podejścia i wdrapujemy się na kopułę szczytową. Finisz. Rzut okiem na zegarek, wybiła czternasta.

Od lewej: Lodowy Szczyt, Mały Lodowy, Durny Szczyt, Łomnica, Żółty Szczyt, Pośrednia Grań.

 

Durny Szczyt i Łomnica.

 

Lodowy Szczyt, Lodowa Kopa.

 

Sławkowski Szczyt, Staroleśny Szczyt i fragment Doliny Staroleśnej.

 

Gerlach: Mały Gerlach, Pośredni Gerlach, Wielki Gerlach, Przełęcz Tetmajera, Zadni Gerlach, Gerlachowa Kopa.

 

Tatry Bielskie: Murań, Nowy Wierch, Hawrań, Płaczliwa Skała- szczyty niedostępne dla turystów.

 

Od lewej: ściany Wielickiego Szczytu, Litworowy Szczyt, Żłobisty Szczyt, Smoczy Szczyt, Wysoka, Ganek, Rysy, Niżne Rysy, Wyżni Żabi Szczyt, Młynarz, a w oddali polskie szczyty: Świnica, Kozi Wierch, Miedziane.

 

Dolina Staroleśna, widoczna Zbójnicka Chata.

 

Od lewej: Wysoka, Ganek, Rysy, Niżne Rysy, Żabi Wyżni Szczyt, Młynarz, Dolina Ciężka, Dolina Rybiego Potoku, Dolina Białej Wody. Za nimi kolejno od prawej: Grań Koszystej, czyli Grań Wołoszyna, Orla Baszta, Granaty, Kozi Wierch, Świnica i Tatry Zachodnie, czyli Czerwone Wierchy.

 

 

 

 

         Chwila odpoczynku jest ciągle przerywana wzdychaniem i pełnymi zachwytu słowami dla otaczającego nas piękna. Widać Gerlach, Staroleśny, jak na dłoni, zza niego zerka Sławkowski, a między nim, a Pośrednią Granią, znana nam z wyprawy na Czerwoną Ławkę, Dolina Staroleśna. Dalej Łomnica, Mały Lodowy, Lodowy Szczyt, a wreszcie przepiękne Tatry Bielskie i człowiek czuje, że jest w jednym z najpiękniejszych widokowo miejsc w Tatrach, nie ubliżając innym. Ja osobiście uznałem to za najpiękniejsze miejsce w tym paśmie, jakie miałem okazje odwiedzić. Upajając się widokami i focąc do potęgi ętej spędzamy najwspanialsze chwile tego dnia (o ile nie roku), jakie do tej pory było dane nam spędzić.

 

 

          Upojeni widokami podejmujemy się pokonania kilkunastokilometrowej drogi powrotnej. Warto tu wspomnieć, że kra którą zabawiali się tak ochoczo turyści przy Litworowym Stawie już prawie całkiem się stopiła. Nie grając na zwłokę bawimy się z doliną w kotka i myszkę uciekając przed zmrokiem. Warto zaznaczyć, że dolina słynie z dużej ilości bytującej w niej niedźwiedzi, co dodatkowo oddziałuje na naszą psychikę. Wody nie brakło, lecz sił coraz mniej. Mijają nas turyści, którzy prawdopodobnie pokonali ten sam szlak, lecz od Doliny Wielickiej. Świadomość, że mimo wszystko prawdopodobnie zrobili dużo kilometrów mniej łagodzi fakt, że pędzą mijając nas, jak Audi S8 starego Golfa IV. Docieramy na parking dosłownie niewiele przed zmrokiem. Mimo wszystko, nadal jest sobota, więc nasze morale nie są aż tak złe. Zabieramy się w drogę powrotną. 30 km w nogach, grubo ponad 200 km w samochodzie, no i kilkanaście godzin w wysokogórskim terenie-  człowiek wie, że żyje. A jeszcze taki zachód babiogórski się ukazał na koniec, że serce pękło ze szczęścia.

Zachód widziany z drogi powrotnej w stronę Babiej Góry w Beskidzie Żywieckim.