Czerwiec 05, 2017

W tatrzańskim królestwie Śpiącego Rycerza- Giewont!

          Góry tej nie muszę chyba państwu przedstawiać. Każdy, kto w Tatrach był to Giewont widział, zresztą, trudno byłoby nie zauważyć wielkiej sześćset metrowej ściany, a całości, która kształtem przypomina leżącego człowieka. Latem Giewont przyciąga setki tysięcy turystów, każdy słyszał zapewne o słynnej „kolejce na szczyt” (kolejce ludzi, nie maszynie, która nas zawiezie na górę i z powrotem). Góra przyciąga często tzw. niedzielnych turystów, którzy chcą do zdobyć ten szczyt, bo wydaje im się najbliższy i najciekawszy. Z racji tego, że nigdy na tej Giewoncie nie byłam, a chciałam sprawdzić, jak to jest i też być, jak wszyscy, podreptałam tam ze swoją kompanią. Uznałam, że wiosną będzie jeszcze mniej ludzi, szlak będzie luźniejszy, a jak na pierwszą wyprawę w tym sezonie, Giewont będzie idealny. 


 

 

Polana Strążyska.

          Szlak rozpoczęliśmy w Dolinie Strążyskiej, której dokładny opis, w dodatku zimowy, możecie przeczytać w relacji na Sarnią Skałę. Dolina pięknie prezentuje się w godzinach porannych. Pierwsze promienie słońca przebijają się przez drzewa. Jeszcze cicha i bezludna, odkrywa swoją cudowność w blasku poranka. Dolina nie jest długa, a tym bardziej trudna. Żwirowa droga, szeroka, przyjemna do spaceru dla osób, które lubią tego typu przejścia. Podejść także nie ma, a jak już się jakieś znajdzie to biegnie łagodnie pod górę, ale nim zdążymy się zdyszeć, droga znów robi się prosta. Przejście zajmuje nam około trzydziestu minut, kiedy to lądujemy na Polanie Strążyskiej i wchodzimy na szlak w stronę Giewontu. Kontynuujemy czerwonym. 

 

 

 

 

 

 

Giewont.

 

 

Beskid Żywiecki w oddali (Pilsko i Babia Góra).

 

 

 

 

 

          Od razu rozpoczynamy podejściem w górę po kamiennej ścieżce, która biegnie przez las. Tutaj podejście jest przez cały czas takie samo, raz ostrzejsze, raz lżejsze, trawersujące aż do Przełęczy w Grzybowcu, która jest kolejnym celem. Przejście na przełęcz z przerwą zajmuje nam około godziny, szły ze mną dzieci, więc tempo musiało być umiarkowane, zresztą, ja i tak pod górę nie potrafię biec i nigdzie mi się nie spieszy. Przełęcz w Grzybowcu to zalesiony fragment szlaku ze znakiem, gdzie są odbicia: czerwonym szlakiem dalej na Wyżnią Przełęcz Kondracką oraz czarnym na Polanę Małej Łąki. Idziemy szlakiem czerwonym lekkim podejściem i zaczyna się robić ciekawie o tyle, że pojawiają się pierwsze widoki w stronę Tatr i Zakopanego. Idąc jeszcze dalej lasem, droga prostuje się powoli i na pierwszy plan wpada nasz Rycerz (jaki on wydawał się daleki i wysoki…). Szlak prowadzi jeszcze kawałek lasem od miejsca widokowego, a po chwili pojawiają się skały i skałki, po których trzeba piąć się w górę. Widoki coraz piękniejsze, za nami Beskidy, przed nami Tatry Zachodnie. Mijamy las, a przed nami długie i męczące podejście obok skał. Ścieżka kamienista, trzeba uważać, bo łatwo się potknąć. Przed nami również kamienne głazy, po których trzeba się wspiąć i z nich zejść, ot, taka przeszkoda. Do samej przełęczy drapanka, jeśli mam być szczera. W słońcu, które grzeje coraz mocniej. Na Wyżnią Przełęcz Kondracką docieramy po półtorej godzinie, tyle, ile przewidział szlak. Trochę w tyłek mi to podejście dało, głównie męczył upał i długość tego odcinka. 

 

 

 

Kopa Kondracka.

 

 

 

 

 

Kozi Wierch, Świnica i Kasprowy Wierch, z lewej Koprowy Wierch.

 

Goryczkowa Czuba, Szczyrbski Szczyt w tle.

 

          Na przełęczy jeszcze trochę śniegu było, bitwa na śnieżki, bałwanek ulepiony, krótki odpoczynek i trzeba było ruszać na szczyt, bo ludzi przybywało. Szlak na Giewont jest niebieski, więc odbijamy i ruszamy w górę po skalnej ścieżce. Łańcuchy rozpoczynają się po kilku minutach. Jaka to była radość znów trzymać je w rękach i się wspinać! Całą zimę na to czekałam i się doczekałam! Adrenalinka, endorfinki te sprawy. Tutaj moja mała uwaga: skały są niesamowicie wyślizgane. Żadne super buty tutaj nie pomogą, trzeba po prostu bardzo uważać, bo jeden fałszywy ruch, niewłaściwie postawiona stopa i lecimy w dół, a jest skąd spaść. Tłumy ludzi odcisnęły piętno na tych skałach i to konkretne. Cóż, trzeba być po prostu ostrożnym. 

 

 

 

 

 

Od lewej Tatry Bielskie, Tatry Wysokie.

 

 

Tatry Zachodnie- Kopa Kondracka.

 

 

Krywań.

 

 

Tatry Zachodnie, m.in. Wołowiec.

         Na szczyt docieramy po kilkunastu minutach i rozciąga się panorama podobna do tej z przełęczy przed Giewontem, ale z nowymi górami. Widok rozciąga się na Beskidy, m.in. Żywiecki, Zakopane i oczywiście Tatry Bielskie, Wysokie i Zachodnie. Z Tatr Wysokich rzucają się w oczy perełki takie jak Świnica, Krywań, Rysy, Wysoka, czy Granaty i Kozi Wierch. Tatry Zachodnie to przede wszystkim Kasprowy Wierch i Kopa Kondracka, Wołowiec, czy Rohacze. Krzyż robi niezłe wrażenie, podziwiam tych, którzy go tam postawili. Cóż, Giewont zatem zdobyty. 
         Podsumowując cały szlak to nie sprawił żadnych trudności. Jedyne niebezpieczeństwo to właśnie te wyślizgane skały, na które trzeba zwracać uwagę i nie szarżować. Całość w jedną stronę zajęła nam nieco ponad trzy godziny, także niezbyt wiele. A co z tym Śpiącym Rycerzem? Cóż, jeśli chcesz go spotkać to wizyta na szczyt będzie konieczna. A jego czuwanie tam, trzeba po prostu poczuć na własnej skórze.