Czerwiec 08, 2017

Skalny Kolos w Małej Fatrze, a mowa o Wielkim Rozsutcu!

          Wielki Rozsutec udało mi się zobaczyć w zeszłym roku i wtedy to postawić na nim nogę. Pogoda nie rozpieszczała przez pierwszą połowę lipca, więc w góry nosiło jeszcze mocniej. Zebraliśmy się któregoś dnia, przełamaliśmy schemat pogodowy i pojechaliśmy w Małą Fatrę. Cel oczywisty. Nie ukrywam, bo od samego początku czułam niedosyt związany z widokami. Nowe miejsce, z chęcią by się zerknęło na świat z perspektywy Rozsutca, ale to był tylko mały skrawek myśli zajmujących moje myśli. Stwierdziłam, że wędrowanie w chmurze też jest czymś pięknym i ma swój urok. Tak na marginesie, dwa razy byłam w górach na Słowacji, gdy pogoda była nieciekawa. I dwa razy nic nie widziałam. Rozsutca nadrobiłam, jak postanowiłam już rok temu, a Wielki Chocz zostaje na kiedy indziej. A wrócę tam na pewno. 

          Na Rozsutec wróciłam, tym samym szlakiem, bo niesamowicie mi się podobał. Zachęcam każdego, serio, warto. Chciałam ten szlak powtórzyć, a głównie zależało mi tym razem na ciekawej wspinaczce i rozległej panoramie 360 stopni ze szczytu.

Wielki Rozsutec.

          Szlak rozpoczynamy w Stefanovej obok Terchovej, mała mieścinka turystyczna, baza wypadowa w Fatrę. Kierujemy się szlakiem zielonym w stronę Medziholie, skąd odbijać będziemy na Wielki Rozsutec. Kawałek przechodzimy drogą kamienistą, a po kilku minutach odbijamy w lewo i wchodzimy na leśną ścieżkę. Z początku prowadzi łagodnie i wśród polanki otoczonej gęstym lasem, natomiast po jakimś czasie zaczyna się podejście, kiedy to wkraczamy w las. Podejście numer jeden dość strome i kamieniste, ale stosunkowo krótkie. Super na rozgrzewkę przed ostatecznym podbojem góry. Kierując się dalej szlakiem, biegnie on przez cały czas trawersując i z różnego rodzaju podejściami. Bez trudności. Warto tylko patrzeć pod nogi, bo korzeni było sporo. I tam mija półtorej godzinki, jak szlakowskaz przewidział i docieramy na polanę, a dokładnie Sedlo Medzicholie. Tutaj pierwsze widoczki. Ach, jakie to było cudowne uczucie widzieć wszystko dookoła! Zeszłym razem dane było widzieć czubki własnych butów. Z przełęczy widoczny szlak na Stoh oraz widok na wyłaniające się Tatry, a nawet Babią Górę wyobraźcie sobie. Posiedzieliśmy sobie, napoiliśmy, brzuchole pełne i goł do przodu na drapanki! Na ten moment powrotu czekałam dobry rok!

Tatry.

Mała Fatra.

Góry Choczańskie- Wielki Chocz na pierwszym planie.

Krzyż na Wielkim Rozsutcu.

          Szlakowskaz wskazuje półtorej godziny na Wielki Rozsutec. Ale już wiem, że to będą jedne z najlepszych godzin w moim życiu. Kawałkiem dreptamy przez polanę w górę, natomiast po około pięciu minutach wchodzimy w wąską, leśną i kamienistą ścieżkę, która trawersuje (obchodzimy górę i zachodzimy od tyłu). I tak mija kilkanaście minut kiedy to pojawia się Rozsutec od „pupy strony” i coraz to odleglejsze widoki. Na pierwszy rzut oka wpada Stoh i Góry Choczańskie, a w nich Wielki Chocz. Rzucać w oczy nie omieszkały się także Tatry. Wędrując dalej ponownie wchodzimy w las i wpadamy na pierwszą drabinkę. Lekko nachylona, żadnych trudności, a to dopiero początek. Podejście robi się coraz bardziej strome i kamieniste. W tym szlaku niebezpieczny jest właśnie wspomniany wyżej żwir. Nie daje nam on żadnej stabilności. Żaden vibram i superbut nie pomoże, trzeba po prostu uważać. Wkraczamy wówczas w poziom kosodrzewiny i wąskiej ścieżki. Po chwili pierwsze łańcuchy i skały. Zaczyna robić się ciekawie i na to najbardziej czekałam. Uderzenie adrenaliny prosto w twarz! Kamieni coraz więcej, kolejna drabinka, nieco stromsza. Za nią kolejne skały i skałki, łańcuchy. Docieramy do momentu, gdzie występuje silna ekspozycja, osoby z lękiem wysokości powinny szczególnie uważać. Jest skąd rypnąć, jak się mówi. Słońce daje ostro popalić, ale widoki odbierają całe zmęczenie. Panorama jest nie do opisania, naprawdę. Czekam tylko z niecierpliwością, aż dotrę na górę i ukaże się długo oczekiwana 360 stopni. Ostatnie łańcuchy są nieco dłuższe, teren stromy i tutaj moja uwaga. Łańcuchy poprowadzono trudniejszymi skałami, lepiej iść jednak obok. A wiecie dlaczego? Idąc łańcuchami, myślimy sobie: „ooo, już szczyt i miły teren”, a rzeczywistość jest jednak nieco inna. Napotykamy się na kilkadziesiąt, a nawet kilkuset metrową ścianę. Pion. Dlatego, lepiej nie ryzykować. Zaraz po przejściu podejścia,widać ścieżkę, a zaraz kolejny szlakowskaz i szczyt Rozsutca. Od tabliczki do zaledwie trzy minuty, jeszcze jeden łańcuch, skała i jesteśmy! Wielki Rozsutec zdobyty po raz drugi, ale przynajmniej coś widzę!

Mała Fatra i w oddali Beskidy (Beskid Żywieki m.in.).

Mała Fatra: Stoh, Chleb, Wielki Krywań.

Od lewej: Tatry, Góry Choczańskie, Tatry Niżne.

Wielki Chocz.

          Panorama nie do opisania, ale do zobaczenia. Widoki bajkowe, na wszelakie pasma, we wszystkie strony. Do wyboru, do koloru. Od Tatr, gdzie widać głównie Zachodnie (m.in.Baraniec), po Tatry Niżne, Góry Choczańskie- Wielki Chocz, Małą Fatrę-Stoh, Chleb i Wielki Krywań, do Beskidów (m.in. Żywiecki- Pilsko, Babia Góra).

Wielki Rozsutec.

          Miło się siedziało i podziwiało piękno tego świata z góry, na dachu, ale nadeszła ta chwila, gdy trzeba było wracać. Jako, że postanowiliśmy zatoczyć pętlę, a nie iść tą samą drogą, kierowaliśmy się na kolejną przełęcz między Rozsutcami, czyli na Medzirozsutce. Szlak koloru czerwonego i o długości czterdziestu pięciu minut. Ważne, by uważnie iść za szlakiem, bo czasem nam się zgubił i nie wiedziałam dokładnie, którędy dalej. Przez kilkanaście minut wędrujemy jeszcze górą, gdzie przed nami pięknie widoczne były Tatry i Wielki Chocz, a potem wąską ścieżką, kamienną wśród kosodrzewiny. Później wchodzimy w poziom lasu i zaczyna się odrobinę nużące zejście w stronę przełęczy. Osobiście zachwyciła mnie fatrzańska flora. Dzika i niepoznana (poznana, ale nie przeze mnie). Ujęła moje serce, zresztą, nie tylko moje, ale zapewne wszystkich wędrujących tam kobiet i nie tylko. Po około pięćdziesięciu minutach docieramy do przełęczy, chwila przerwy, kilka zdjęć. Widać Mały Rozsutec. Myślałam nad tym poważnie, by na niego pójść. Dla samej zasady. W gruncie rzeczy, od tego się zaczęło. Tam właśnie się poddałam i stchórzyłam, nie bójmy się tego nazwać po imieniu. Wydygałam się i tyle. Wtedy coś we mnie pękło. I od tamtej pory postanowiłam sobie, że złamię ten lęk, ten paskudny schemat „nie idę, bo się boję”. I jak sobie obiecałam, słowa dotrzymałam. Dziś mam paletę gór i celów, które osiągam za każdym razem, kiedy chcę i w jaki sposób. Rzuciłam wszelkie ograniczenia, bo stwierdziłam, że w żaden sposób mnie to nie rozwija, wręcz się cofam. Dlatego na swoim przykładzie, nie bójcie się iść do przodu i eliminować granic w swoim życiu!
          Wracając do relacji, nie weszłam na Mały Rozsutec, bo zamiast trzydziestu minut, zajęłoby mi to ze dwie godziny, a na to nie mogłam sobie pozwolić. Ale spojrzałam na niego obiecująco i powiedziałam po cichu, że jeszcze kiedyś tam się wdrapię. Z Medzirozsutce kierujemy się szlakiem niebieskim w stronę Dierów. Z początku szlak biegnie lasem, dopiero potem, jak to Diery Janosikove, potoki, wąwozy, skały i drabinki, które co jakiś czas się pojawiały. Droga biegnie lasem przez około godzinę. W Dierach ważne jest, by mocno się trzymać. Kamienie są bardzo śliskie od wody, a dodatkowo wyślizgane przez turystów. Przezorny zawsze ubezpieczony. 
          Docieramy do szlakowskazu, istnieje także wariant szlakiem zielonym, co kto woli. Stamtąd kierujemy się dalej szlakiem zielonym na polankę, którą już kojarzyliśmy- Sedlo Vrchpodziar. Tam już tylko ścieżka prowadząca osobliwym lasem, praktycznie bez podejść, ciekawy trawers. Natomiast nieco ponad dwudziestu minutach, może troszkę więcej, zaczynamy schodzić w stronę polany. Zejście strome i gliniaste, sypkie. Gdy schodziłam tam rok temu, było pełno błota, bo padał deszcz, ale tym razem ziemia była sucha i krusząca się. Ostatnie zejście bardzo strome, ale krótkie. Po wyznaczonym czasie docieramy do przełęczy, a z niej szlakiem żółtym dwadzieścia minut do Stefanovej. Szlak prowadzi kawałek polaną, a później lasem aż w końcu asfaltem. Wychodzimy obok szlakowskazu, gdzie zaczęliśmy. Droga obok w rozgałęzieniu dróg. Ostatni rzut okiem na Wielki Rozsutec i aż się łezka w oku zakręciła. Już zatęskniłam.
          Wyprawa znakomita. W sam raz na zapoznanie się z łańcuchami, jak ktoś lubi z grubej rury. Ja właśnie tam zaczęłam swoją przygodę z tego typu szlakami i polecam, choć jednak warto stopniować trudność. Widoki z Rozsutca są niesamowite. Nic, tylko pójść i oglądać świat z jego perspektywy. Ekspozycja jednak była, dlatego, jeśli ktoś ma lęk wysokości, wariant wejścia i zejścia to szlak z Medzirozsutce. Mała Fatra to też wiele innych szczytów, ale Skalnego Kolosa polecam całym sercem zobaczyć i zdobyć każdemu górołazowi. W pogodę i niepogodę to góra niesamowita.