Czerwiec 02, 2017

Dwa dni w Beskidzie Żywieckim- Krawcowy Wierch, Hala Rysianka i Słowianka!

Dzień 1

 

 

 

          Szlak rozpoczęliśmy w miejscowości Glinka około godziny dwunastej, z której ruszyliśmy w górę drogą asfaltową na pobliską górkę- Kubiesówkę. Aż nie chce mi się przypominać tego skwaru i duchoty w jakiej przyszło mi iść…
Płonęłam żywcem. W drodze towarzyszyły nam stacje drogi krzyżowej, co było ciekawą opcją, mniej więcej można było sobie określić, ile jeszcze zostało do Krawcowego Wierchu, czyli pierwszego poważnego przystanku tego dnia. Na Kubiesówkę docieramy po trzydziestu minutach, mniej więcej, a później rozpoczyna się wędrówka typowo górskim szlakiem. 

 

 

 

 

 

 

Piękny las, piękna ścieżka. Wszystko piękne, tylko ta pogoda jakoś dziknie. No nic, na deszcz byliśmy przygotowani to mogło nawet rzucać żabami z nieba, gorzej byłoby z burzą, przystanek byłby nieunikniony, a czas naglił. Spięliśmy więc poślady i żwawo ruszyliśmy przed siebie. Trasa przebiega bardzo przyjemnie, łagodne podejście, na drodze trochę błota i zwalonych drzew, co do przyjemności nie należało. 
          Po około dwóch godzinach docieramy na Krawcowy Wierch, a tuż za nami snuje się wielka chmura, która lada chwila zamienia soczyście zieloną polanę w rozlane na stole mleko. Momentalnie zrobiło się chłodno, ruszył się wiatr i już coraz gorzej widziało się przed siebie. Mimo tego, urok to swój miało. Chwila przerwy w bacówce, która moim zdaniem należy do najbardziej niezwykłych. Klimatowa, ładnie prezentujące się wnętrze, wokół rozległa polana, na której aż miło się w tej mgle siedziało. 

 

 

 

 

 

 

 

          Z Krawcowego ruszamy szlakiem niebieskim wzdłuż granicy na Halę Rysiankę, gdzie mieliśmy przenocować. Wędrówka w mglistym lesie jest o tyle ciekawa, co nastrojowa. Tajemnicza, czy czasem tuż za drzewem nie czai się jakaś leśna siła lub dzika zwierzyna. Adrenalina odrobinę zawsze mi podskoczy, bo zawsze wtedy mam w głowie różne warianty ucieczki przed ewentualnym zagrożeniem. Trasa przebiega bardzo miło, ścieżka w miarę równa, praktycznie brak podejść. I tutaj mała uwaga: szlak jest bardzo kiepsko oznaczony, momentami się gubi, nie ma go nawet przed kilkanaście minut, dopiero potem pojawia się znikąd. Warto mieć na uwadze słupki graniczne, idziemy wzdłuż nich, wyłącznie aż do przełęczy Bory Orawskie, gdzie szlak rozwidla się i są już konkretne oznaczenia. Pamiętajcie: słupki graniczne!
         Z przełęczy pozostaje podłączyć się pod szlak żółty, a po chwili czarny, który zaczyna się w Złatnej Hucie ( opis szlaku można zobaczyć w relacji z wejścia na Halę Rysiankę ) . Coraz więcej ludzi na szlaku i dopiero teraz zaczyna się konkretne podejście na halę, które daje nam w kość, zwłaszcza, że plecaki są spore. Trochę się włóczyliśmy, byliśmy już zmęczeni, te plecaki naprawdę nas dobiły, bo nie jesteśmy kompletnie do chodzenia z takimi gabarytami przyzwyczajeni. Ale dotarliśmy, cali i zdrowi, z uśmiechami, ale lekko zawiedzeni, bo na Rysiance widoczność była zerowa. Mieliśmy tylko nadzieję, że nie pokrzyżuje nam to planów i rano przywita nas słońce. Rzeczywistość była jednak brutalniejsza.

Dzień 2
 
 
          Dzień rozpoczął się w chmurze, wilgoci osiadającej na ubraniach, chłodzie i pysznym śniadaniu! Przyznam szczerze, że w schronisku przegadaliśmy sobie dobre ponad dwie godziny, aż szkoda było iść. Podjęliśmy decyzję, że nie idziemy na Pilsko ze względu na warunki i brak widoczności i idziemy czerwonym głównym szlakiem na Słowiankę. Nie wiedziałam nawet, że będzie on tak ciekawy i szczerze? Niesamowicie mi się podobał! 
 

 

 

 

 

 

 

          Schodzimy z Rysianki około jedenastej przed południem we mgle, ale w wyśmienitych humorach. Nawet taka pogoda nie była przeszkodą, żeby się poryczeć ze śmiechu i dobrze się nie bawić. Przy rozwidleniu szlaków na przełęczy Pawlusiej wybieramy szlak niebieski idący na Romankę, a później odbijamy na szlak czerwony, który prowadzi zboczem Romanki. W lesie czułam się, jak w zaczarowanej, tajemniczej krainie, obawiałam się tylko tych niedźwiedzi ( co ja z nimi mam… ). Szlak wąski, obłocony, trawersuje, ale idzie przez cały czas lekko w dół. Widać, że nie jest zbyt często uczęszczany. Po godzinie docieramy do skałek, przy których żartowałam, że brakuje tylko łańcucha i uwierzcie mi… był tam łańcuch, na zboczu Romanki, w takim miejscu, dacie wiarę? 
 

 

Przełęcz Suchy Groń.

 

 

Stacja turystyczna na Słowiance.

 

          Grubo ponad godzinie docieramy już do znanej nam polany Suchy Groń, gdzie łączy się szlak niebieski na Romankę z naszym czerwonym. Dalej przez polanę idziemy kawałek lasem, ostatnie lekkie podejście i docieramy na Słowiankę. 
 

 

 

 

Krótka przerwa i nie pozostaje nic innego, jak zejść monotonnym, czarnym szlakiem do Żabnicy Skałki, cały czas ostro w dół. Kamienisto-błotnisto-asfaltowy szlak lasem i przyznaję bez bicia, że nie go nie znoszę. Całość zajęła nam dosłownie ponad trzy godziny, zwłaszcza, że przedłużaliśmy trasę na napawanie się tymi pięknymi miejscami i nieszczególnie chciało się nam schodzić. 
          Podsumowując, mnie w góry nie potrzeba tylko słońca i widoków, liczy się szlak, to, co ma nam do zaoferowania. Wyprawę wrzucam do koszyka wspomnień, jak najbardziej udanych i klimatowych, jakie przeżyłam i każdemu serdecznie ją polecam.