Czerwiec 13, 2017

Beskid Śląski- Barania Góra.

Spontaniczny wypad na Baranią Górę w Beskidzie Śląskim. Dwie kobiety, jedna góra, na szlak ruszamy o godzinie trzynastej w samo południe! Wariantów na Baranią jest masa, my jednak wybrałyśmy tą najbliższą i tą, którą jeszcze nigdy nie szłyśmy. 

         Barania to zaraz po Skrzycznem najwyższy szczyt w Beskidzie Śląskim. Kiedy byłam mała to zdarzyło mi się być tam kilka razy, poza tym to szczyt, gdzie po raz drugi udałam się na randkę, więc wspomnienia z tą górą mam przeważnie miłe. 

 

 

 

 

 

 

Babia Góra i Beskid Żywiecki.

          Szlak rozpoczyna się w Kamesznicy Złatnej przy niewielkim parkingu i polu campingowym. Szlak zielony prowadzi na Fajkówkę, gdzie znajduje się chatka turystyczna z noclegami. Ale zacznijmy od samego początku. Idąc kawałek asfaltem szlak odbija i prowadzi tą stromszą ścieżką (tak na serio to jej nie widać) do góry. Później już tylko podejście lasem. Wąska dróżka, bardzo przyjemna, ale widać, że mało uczęszczana. Trochę dzika. Ale właśnie takie lubię najbardziej. Po kilkunastu minutach docieramy na polankę, ale ile kwiatów na niej było to nie idzie zliczyć! Cieszyło oczy. Za polanką jeszcze paręset kroków wzdłuż drewnianego płotku, lasem. Kiedy do Fajkówki zostaje niewiele, idziemy drogą asfaltową, która prowadziła od samego dołu za zakazem. I tak do samego końca. Jedynie pod koniec tylko kilkuminutowe podejście. 

 

 

 

 

 

Glinne.

 

 

Mała Fatra- Wielki Rozsutec i Stoh.

 

W tle panorama na Małą Fatrę i Beskid Żywiecki.

 

         Na Fajkówce nikogo nie ma, świeci i pustkami, i świeci też mocno słońce, wręcz przypieka. Ciastko weselne siadło, jak marzenie i w drogę. Do celu zostaje godzina trzydzieści czarnym szlakiem. I do samego końca pod górę (jakby to było coś nadzwyczajnego…). Wpierw lasem, później już tylko widokowo. Panorama coraz piękniejsza, choć trochę chmur się pojawiło. Beskid Żywiecki, sama Królowa ukazała swój majestat, poza tym, słowacka Mała Fatra i Wielki Rozsutec, który jest bardzo charakterystycznym szczytem. Po drodze spotykamy rowerzystów, którzy mają sto razy gorzej niż my, bo gnają rowery pd górę, ale z powrotem to wielka zazdrość. Też chciałam poczuć wiatr we włosach. Droga prowadzi już odkrytym terenem, a z czego słynie Barania to właśnie z pojedynczych i łysych zboczy, więc i nimi prowadzi szlak.

Wieża widokowa na szczycie.

 

Po prawej Skrzyczne.

 

 

 

 

 

 

 

          Miałyśmy szybkie tempo, co zauważyłyśmy już idąc na Fajkówkę. Dotarłyśmy tam w nieco ponad trzydzieści minut. Na Baranią docieramy po godzinie, kapkę po. Ludzi masa! Przewalali się hektarami, a na szlaku spotkałyśmy tylko dwie grupki. Większość biła od strony schroniska na Przysłopie. No nic, na wieżę się wbiłyśmy i spędziłyśmy tam trochę czasu. Aż żal było wracać, bo widoki są naprawdę rozległe. Pięknie prezentowało się Skrzyczne z przekaźnikiem na szczycie i wcześniej wspomniany Beskid Żywiecki, Mała Fatra iiii… co nieco łyknęłyśmy Tatr! Szkoda tylko, że chmury uparły się je zakrywać akurat w tym momencie. 
          Wracałyśmy tym samym szlakiem na dół, a całość zajęła nam cztery godziny z hakiem, bo jeszcze zdążyłam na autobus, co było mistrzostwem świata. Polecam, góra warta zdobycia, widoki warte zobaczenia, a sam szlak warty odwiedzenia głównie dzięki ciszy, urokliwym miejscom, ciekawym i przede wszystkim- bezludnym.