Marzec 30, 2017

Kasprowy Wierch i Beskid wiosną białą!

         Jak rok temu wyglądała wiosna w Tatrach? O właśnie tak. Ale… gdzie ta wiosna, skoro tyle wszędzie śniegu? Jak wiadomo śnieg schodzi nieco później, jak to w wysokich górach, na przełomie maja i czerwca. W czerwcu na pewno jest już typowe lato, chociaż kilka lat temu zdarzyło się, że w sierpniu już konkretnie sypnęło. Cóż, wszystko zależy od pogody. Przejdźmy do pamiętnej, pierwszej „zimowej” wyprawy w Tatry.
Tak się złożyło, że załapaliśmy się na wycieczkę z pewnym znajomym klubem. Czemu by nie pojechać, skoro jest taka możliwość? Nic do stracenia nie było, więc się zebraliśmy i pojechaliśmy. Jak tytuł posta głosi, mięliśmy do zdobycia znany wszystkim Kasprowy Wierch (na nóżkach, nie kolejką!) i zahaczyć o Beskid (niestety, na mapie nie został uwzględniony, ale jest za to przełęcz Liliowe, na której się znajduje).


        Ruszyliśmy szlakiem zielonym z Kuźnic. Przejście powinno trwać około 3-3,5h na Kasprowy.

Stacja pośrednia kolejki. Widoczna od prawej Kopa Kondracka i Giewont.

Giewont.

Górna stacja kolejki na Kasprowym Wierchu.


 Szlak do pośredniej stacji kolejki na Myślenickich Turniach bez żadnych trudności. Przyjemna droga lasem, która powoli nabiera nachylenia. Jeszcze bez śniegu. Szczerze przyznam, że spodziewałam się błotnistego szlaku, tony mokrej ziemi, w której będę tonąć, ale myliłam się. Było sucho i to był niesamowity plus. Widoki już wtedy były przepiękne. Widać było szczyt Kasprowego i górną stację oraz zbocza Giewontu, który jest specyficznym punktem Tatr.
          Szlak zielony biegnie praktycznie cały czas wzdłuż torowiska kolejki. Po krótkim czasie szlak wychodzi powoli z lasu i wchodzimy w ścieżkę prowadzącą dość stromo do góry (szliśmy bez raków, raczków, bo zwyczajnie nie było potrzeby używania ich). Im wyżej byliśmy, roślinność znikała całkowicie, a rozcierały się zwały śniegu. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło, jak sporo go jeszcze było. Szło się całkiem przyjemnie, słonko ogrzewało nasze buzie, dawało poczucie, że już wiosna. Mijaliśmy skiturowców, pierwszy raz widziałam tego typu narty i byłam miło zaskoczona, mimo tego, że nie jeżdżę i niezbyt przepadam. Przed nami widać już szczyt, ale musimy trochę się podrapać. Słońce bardzo mocno grzało, więc tona ubrań się nie przydała, a tylko przeszkadzała. Szlak trawersuje, śnieg jest ubity i twardy. Podejście jest męczące, dość strome, ostre. W każdym razie mi dało w tyłek. 

Dolina Gąsienicowa i Tatry Wysokie: fragment Orlej Perci m.in.

Świnica.


Grań Hrubego i Krywań po stronie słowackiej.

Kopa Kondracka i Giewont w Tatrach Zachodnich.

W tle Pilsko i Babia Góra. Giewont.

Czerwone Wierchy.
Krywań.

           I po trzech godzinach docieramy na szczyt! Jeszcze nigdy nie widziałam Tatr zimą z tak bliska! Byłam wniebowzięta! Widok rozcierał się na Tatry Zachodnie- głównie Czerwone Wierchy z prawej, a z lewej główną rolę odgrywała Świnica i Krywań, który zrobił ogromne wrażenie. Wtedy pomyślałam, że trzeba być bardzo odważnym, by wejść na takie szczyty, jak choćby Świnica. Nie sądziłam, że za cztery miesiące na nią biegnę. Życie bywa nieprzewidywalne. Na Kasprowym byłam już kiedyś, jako dziecko, ale latem. Weszłam bez podeszw w butach. Dla mnie był to koszmar. Istny dramat. Mimo tego, mam co wspominać.


Grań Hrubego i Hruby Wierch.

Krywań.


          Z Kasprowego ruszyliśmy po krótkim posileniu się w stronę przełęczy Liliowe, w stronę Beskidu. Przejście trwa dosyć krótko, bo około trzydziestu minut, a nawet mniej. W każdym razie, towarzyszył mi przez cały czas widok masywu Świnicy. Urzekła mnie swoją potęgą. Na Beskid weszliśmy bez problemu, to szczyt wyglądający całkiem inaczej niż wszystkie, wiele osób nie zalicza go nawet do szczytu. Jakbym miała go opisać po babsku: zwał kamieni wystający z ziemi. Z Beskidu pięknie prezentował się Krywań. Bardzo charakterystyczna, słowacka góra. 

Beskid.

Takie miłe spotkanie!

           I w rezultacie z Beskidu zaczęliśmy schodzić szlakiem zielonym, a później żółtym do Doliny Gąsienicowej, co zajęło nieco ponad godzinę. I tutaj na chwilę się zatrzymam. Śniegu było po pas, ciężki, mokry i człowiek zapadał się w nim po uszy. Widok w dalszym ciągu na Świnicę oraz fragment Orlej Perci i Kozi Wierch. Gdzieś w połowie szlaku płynie potok, który latem jest niewielki, za to wiosną, wraz z roztopami nabiera na sile i robi się nieco większy i trzeba jakoś obok niego zejść. Mnie się to bardzo podobało, choć podrapałam całe ręce od kosodrzewiny, która była bardzo pomocna. 
             Docieramy do Murowańca. W schronisku krótka przerwa i do schodzenia wybieramy szlak czarny, tzw. Psia Trawka. Przed wejściem w las, ostatni rzut okiem na tą urokliwą dolinę. Kościelec, który mienił się w promieniach słońca wyglądał majestatycznie. Czy pomyślałam, że za kilka miesięcy na nim będę? To było marzenie i cel, który sądziłam, że nigdy nie uda mi się go zrealizować.
             Psia Trawka, moim zdanie, to jeden z najmniej przyjemnych szlaków. Droga cały czas taka sama, lekko w dół. Bardzo monotonna, ale spokojna. Śniegu już nie było. Także proponuję tylko po ciężkich trasach. Przyznam bez bicia, że to były prawie dwie godziny męczarni. Jedyne, co mi imponowało to dziki las, którym cały czas się szło. Wyglądał, jak z mrocznej bajki. Po tym czasie zeszliśmy do Brzezin, gdzie przyszło poczekać na autobus.
              Podsumowując, szlak bez trudności, bardzo przyjemny. Całość zajęła nam siedem godzin+ około godziny wszystkie przerwy. Raczki/ raki nie były potrzebne, czekan tym bardziej. Idąc tam, nie miałam pojęcia zbytniego o zimowej, tatrzańskiej turystyce, a mimo tego, dałam sobie radę bez problemu. Polecam każdemu, warto zacząć od takich właśnie szlaków.
              To wyjście na Kasprowy było dla mnie początkiem wypraw w Tatry. Od tego wszystko się zaczęło, cała tatrzańska choroba, uzależnienie, miłość, którą we mnie obudziły, urzekły moje oczy, które przekazały sercu, że musi tam zostać.
             Gdzie była ta wiosna? W słońcu. W każdym drzewie, które budziło się do życia i zieleniło. Powolutku, ale zieleniło. W każdym śpiewie ptaków. W każdym szczycie. A przede wszystkim w każdym z nas. W każdym sercu, które roztopiło lód i wniosło mnóstwo uśmiechu w ten dzień. Jakże dla mnie wyjątkowy dzień.