Luty 23, 2017

Wielki Chocz w baśniowej odsłonie!

    Padły słowa Wielki Chocz- ” to ten, którego czasem widać z góry i tak pięknie wygląda?” Szperanie w internecie, gdzie to dokładnie jest ten Chocz, jak dojechać, ile, skąd wyjście i jaka będzie pogoda. Chociaż ta ostatnia kwestia była sporna i nie miała zbytnio znaczenia. Wielki Chocz znajduje się
w paśmie Gór Choczańskich na Słowacji ( niedaleko Wielkiej i Małej Fatry ). 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


      Około godziny ósmej rano wkraczamy na szlak niebieski z miejscowości o nazwie Valaska Dubova. Auto zaparkowane na parkingu obok kościoła i ruszamy wąskimi uliczkami w górę na szlak. Mijamy domy i wchodzimy na leśną ścieżkę, która prowadzi lekko w górę, a wokół nas rozciągają się malownicze lasy. Z każdym krokiem las się zagęszcza coraz bardziej, a sama droga robi się śliska. Dobrym wyborem na tą trasę są raczki lub raki ( polecałabym raczki na tego typu góry, bo wystarczą w zupełności ). Bez nich szczerze mówiąc byłoby ciężko, zwłaszcza, że pewne odcinki były naprawdę strome i całe w lodzie. Wiele czasu zajęłoby kombinowanie, jakby tu przejść, a w raczkach to hop i już. 
      I tak idziemy dobrą godzinkę ponad leśną ścieżką. Około trzydziestu minut przed dotarciem na Stredną Polanę zaczyna się dość ostre podejście. Daje konkretnie w kość, ja akurat bardzo się zmęczyłam. Jest dosyć długie i monotonne, ale za to las jest bardzo urokliwy i pojawiające się co jakiś czas skały i skałki. 

 

 


     Po wspomnianej godzinie docieramy na Stredną Polanę, gdzie do celu zostaje nam godzina. Niestety, ale nie było nam dane ujrzeć nic oprócz przetaczającej się przed nami chmury. Ale jednak warto pamiętać, że góry to nie tylko widoki, ale sam kontakt z górą, bycie na niej, poczucie jej na własnej skórze, zdobycie jej i dostrzeżenie jej uroku, który ma sama w sobie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


      Dalej szlak prowadzi chwilę przez polanę, na której jest mnóstwo śniegu, ale mimo tego droga jest bardzo dobrze przetarta. Idziemy wzdłuż wielkich choinek, które robią ogromne wrażenie. Mróz i śnieg uformował na niej tak widowiskowej rzeźby, że nie mogłam oprzeć się co chwilę nie stawać i na nie nie zerkać. Podejście cały czas równomierne, idzie się całkiem przyjemnie. Po około pół godzinie wkraczamy w chmurę i widoczność jest bardzo mała. Przekraczamy granicę las-kosodrzewina i teraz mogę podziwiać te mniejsze rzeźby natury. Mimo pogody nie poddajemy się i nie zniechęcamy do dalszej drogi, a idziemy dzielnie naprzód. Bardzo ciekawiły mnie łańcuchy, które miały na trasie się pojawić i niecierpliwie na nie czekałam. Ach, ta adrenalinka… Brakowało mi jej, choć za dużo też jej nie było, ale nie narzekam. Łańcuchy pojawiają się praktycznie przy samym końcu trasy. Jeden po jednej, drugi po drugiej stronie, ale nie były konieczne, bo raczki załatwiły sprawę i ogólnie rzecz biorąc nie sprawiło to żadnej trudności. Każdy da sobie radę bez problemu, nawet zimą, gdy wcześniej nie miał styczności z łańcuchami. Poruszamy się wąską ścieżką gęsiego i przed nami, kilkadziesiąt metrów widoczny jest szczyt Wielkiego Chocza. Przyspieszamy kroku i około godziny dziesiątej zdobywamy Wielki Chocz! Niestety nie widać kompletnie nic. Widoczność zerowa, ale klimat poczuliśmy doskonale. Liczyliśmy na to, że może zobaczymy widmo Brockenu, bo słońce dawało taką możliwość, ale niestety. Chyba nie będzie nam dane umrzeć w górach. W każdym razie, że pogoda nie dopisała i nie było widoków to odrobinę przykra sprawa, ale jednak zdobycie Chocza zimą należało do przyjemnych. Czułam się, jak zamknięta w szklanej kuli, w której pada śnieg, gdy się nią potrząśnie. Było naprawdę magicznie.
      Szlak niedługi i bardzo przyjemny. Zimą polecam raczki, bo bez ich może być ciężko i trasa wydłuży się kilkakrotnie. Łańcuchy nie sprawiały trudności, a widoki są naprawdę cudowne z tego, co widziałam na zdjęciach innych osób, więc warto poszerzyć horyzont i wybrać się w słowackie strony.