Luty 16, 2017

Romanka, czyli niepoznana góra gór w Beskidzie Żywieckim!

Romanka to jeden ze szczytów w Beskidzie Żywieckim, którego się nie docenia. Przysłania go znana Hala Rysianka i Lipowska, które zgarniają większość oklasków na siebie. Romankę robi się „przy okazji”, ale tym razem postanowiliśmy nieco zmienić plan i postawić tą górę na pierwszym miejscu do zdobycia od strony nieco, mniej znanej, czego doświadczyliśmy na trasie, a mianowicie szlakiem niebieskim, który rozpoczyna się w Żywcu. My zaczęliśmy wychodzić z Trzebini grubo przed szóstą rano. Szykował się długi, męczący, ale piękny dzień na szlaku. Brakowało tego po stokroć…
Pomysł padł na Romankę ze względu na wyczerpującą się ilość szlaków, a każdy chciałoby się przejść i sprawdzić, ale też głównym powodem była ciekawość tej góry. Zawsze wzbudzała u mnie mieszane uczucia. Tajemniczość, niepokój. Postanowiliśmy to sprawdzić, jak zaprezentuje się tym razem. Ostatni raz złożyliśmy jej wizytę prawie dwa lata temu końcem sierpnia. Była tylko przystankiem. Ale tym razem jest głównym celem. 

 Jak wspomniałam, szlak rozpoczęliśmy w Trzebini. Do samego końca szlakiem niebieskim. Pobudka wcześnie rano i poranna, ale mroczna wędrówka przez Las Spalenisko i Tokarkę, na której kiedyś byliśmy w ramach spaceru w deszczu. Niestety nie posiadam zdjęć z tego odcinka trasy z racji na ciemność. Mój aparat nie jest zdolny do wykonywania profesjonalnych zdjęć nocnych, więc nic by z tego nie wyszło. Ale nie narzekam, bo dzielnie daje radę w każdych warunkach. W gruncie rzeczy bałam się, że uchwycę jakieś straszne stworzenie na zdjęciu i do końca życia będę bać się chodzić w góry nocą. 
       Nocna wędrówka przez Las Spalenisko i Tokarkę trwa około godziny. Szło się bardzo przyjemnie, szlak wydeptany, bez trudności.

 

 

 Słońce zaczęło wstawać, gdy mijaliśmy Jastrzębicę ( góra, na której znajduje się stok narciarski ). Całkowity wschód spotkał nas na polanie, na której stoją już domy, ale mimo wszystko było przepięknie oglądać ten cudowny spektakl. 

 

 

Beskid Sląski.

 

Babia Góra w pierwszych promieniach słońca.

 

 

 

 

 

 

       Czekała nas przeprawa przez Sopotnię Małą. Szlak niestety tak został poprowadzony i powiem szczerze, że nie było to zbyt ciekawe. Trzeba było zejść z góry i przejść miejscowość. Przebiegliśmy tą wioskę dość szybko i za jakiś czas, około czterdzieści minut, znaleźliśmy się znów na uboczu. Minęliśmy domy i dopiero teraz czekała nas prawdziwa trasa aż na Romankę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Okno na świat- Babia Góra.


        Mijamy drogę przez pola, a później wchodzimy na leśną ścieżkę. Kilka minut i przed nami dość strome podejście. Dobrze, że szlak nie był wyślizgany, bo naprawdę można byłoby się nieźle namęczyć. Po około pięciu minutach wchodzimy na nieco szerszą ścieżkę, która prowadzi cały czas pod lekkim nachyleniem, więc nie męczy tak bardzo. Za jakiś czas takiej miłej wędrówki postanowiliśmy zrobić krótki postój, bo mój brzuch zaczął upominać się o jedzenie. Oczywiście kanapka z jajkiem i majonezem to dla mnie podstawa. Do tego pyszna herbatka i jest mi, jak w niebie. Akurat przystopowaliśmy w ciekawym miejscu, bo widzieliśmy Babią w całej okazałości. 

 

 

Skrzyczne, smog nad Żywcem i Beskid Mały.


        Szlak przebiega dalej bez przeszkód i po jakimś czasie dochodzimy do punktu widokowego w stronę Beskidu Śląskiego i Małego oraz na Żywiec. Niestety, całe miasto i wioski obok były w smogu, okropny widok szczerze przyznam. Wygląda to z góry, jak mgła, ale pomyśleć, że tym tam na dole oddychamy… W każdym razie, Skrzyczne prezentowało się niesamowicie.

 

 

 

Tatry.

 

Babia Góra.

 

 

 

 


       Kontynuujemy naszą trasę. Droga nieco się rozszerza i prowadzi już zakrętami w miarę prosto. Coraz więcej słońca, coraz więcej widoków i coraz więcej radości. Idziemy już jakiś czas, więc zmęczenie pojawia się już na nogach. Droga znów się zwęża i dziwnym trafem robi się ciężka do przejścia. Śniegu po pas, wydeptane głębokie ślady w śniegu, w których grzęzną mi nogi, co mnie odrobinę zmęczyło. Trwało to jakiś czas, może pół kilometra, do kilometra. I po tym właśnie czasie droga znów robi się przetarta. 

 

           Idziemy wzdłuż szlaku i cieszymy się promieniami słońca, które towarzyszą nam cały czas. Niestety radość ta znika w momencie, gdy wchodzimy na zbocze Romanki, gdzie las jest osobliwy klimatowy. Oto klimat Romanki. Chore drzewa, ale jednak idealne. O ile się nie mylę to las bukowy. Drzewa ułożone nienagannie obok siebie. Rozpoczyna się dość nużące i męczące podejście, słońce znika na jakiś czas za górą i robi się chłodniej. Droga znów niezbyt przetarta, więc trochę się przedzieraliśmy w górę. Nie powiem, byłam już zmęczona. Idziemy już prawie cześć godzin. 

 

 

 

 

 

 


          Podejście po piętnastu minutach kończy się, droga robi się szersza i prosta, słońce wraca i znów jest bajkowo. Po lewej stronie, im więcej kroków do przodu, tym więcej widoków. Wkrótce pojawiają się kolejne szczyty.

 

 

 


        Jesteśmy już na Romance, ale nie na szczycie. Do końca została niecała godzinka. Teraz droga od tego momentu biegnie w górę, zakrętami, szersza, węższa, co kawałek jakieś krótkie podejścia. Nie sądziłam, że z drugiej strony ta góra jest taka rozciągnięta i na szczyt trzeba dochodzić ta długo w porównaniu z podejściem od strony Rysianki. Mija więc wspomniana wyżej godzinka i znajdujemy się na „pierwszym” szczycie Romanki, na którym znajduje się krzyż. Mało kto o nim wie, że jest tam taki piękny punkt widokowy. Chcąc nie chcąc, musimy dotrzeć do konkretnego szczytu i przejść na drugą stronę góry. Trwa to około dziesięciu minut. Szczyt zdobyty. Radość nieopisana, a mi znów doskwierał olbrzymi głód. Już wtedy marzyłam o racuchach z dżemem, albo bigosie. Naprawdę. 

 

 

Przed nami Hala Rysianka i Hala Lipowska. Za nimi Mała Fatra.

 

Po prawej fragment pasma Małej Fatry.

 

        Na szczycie nie jesteśmy długo, bo chcemy zrobić postój w jakimś widokowym miejscu, więc schodzimy niżej. Rozciera się widok na Słowackie szczyty, pasmo Małej Fatry, ale też widać Pilsko, które zasłania wyłaniające się zza niego Tatry oraz Halę Rysiankę. Widoki nieziemskie. To nagroda za tak długi wysiłek. Padłam w śnieg i rozpoczęłam ucztę z górami przed sobą.

 

 

Tatry Zachodnie.

 

 

 

Od lewej Tatry i Pilsko.

 

 

Hala Rysianka.

 


        Wszystko co dobre, szybko się kończy, niestety, więc czekało nas teraz zejście z Romanki i wejście na zielony szlak do Żabnicy Skałki. Zejście z Romanki trwało około trzydziestu minut. Cały czas w dół, szeroką drogą, bez raczków. Minęliśmy masę ludzi na skiturach, jeden gość to nawet narty zgubił, nie wiem, jak do tego doszło! Pogoda, jak marzenie, wszędzie mnóstwo śniegu i to orzeźwiające zmęczenie… Jedne, co zmąciło mój spokój był ból głowy i przejedzenie się, które połączone ze zmęczeniem było mieszanką wybuchową, która na szczęście nie wybuchła. 

 

 

 

 

 

Masyw Romanki.

 

 

 

 

 

 

 

I finisz.


         Po dotarciu pod szlakowskaz wchodzimy na szlak zielony docelowy do Żabnicy Skałki. Czasowo wychodzi godzinę i piętnaście minut, ale w godzinę da się zrobić. Dróżka wąska lasem, trzeba uważać, bo szlak nieco wyślizgany przez narty, a nikt chyba nie chciałby wylądować na dole gdzieś na jakimś drzewie. Po około dwudziestu minutach, droga się rozszerza i coraz szersza prowadzi do samego końca. Do mostku na dole, do drogi asfaltowej. Podeszliśmy jeszcze kawałek i zakończyliśmy naszą dziewięcio i pół godzinną trasę. 
           Podsumowując, to była jedna z cięższych i męczących tras w zimie. Wymagała spięcia ze względu na czas i dużej motywacji, bo było naprawdę trudno. Długość jednak robi swoje. Ale mimo wszystko, czułam się spełniona i dumna. Zimowa wyprawa w Beskid, jeszcze na Romankę, którą zawsze jakoś się ignorowało i omijało. Teraz już wiem, że jeszcze tam wrócę. Romanka podbiła moje serce. Co do szlaku, polecam każdemu. Daje w kość, ale warto. Mało uczęszczany, więc brak tłumów i polecam również jako odskocznię od typowych, beskidzkich tras. Warto robić też te mało znane, jeśli kocha się góry również za samo zdobywanie i podejścia.