Styczeń 03, 2017

Tatry Zachodnie zimą- Kopa Kondracka!

        Jeszcze na sam koniec, w ostatni dzień ’16 roku udało się zorganizować, spiąć pośladki i zebrać na ostatnią wyprawę w Tatry. W sumie trzeba było jakoś pożegnać ten przełomowy rok, w którym stało się tak wiele i otworzyło się wiele drzwi w moim życiu. Nie mogłam odpuścić takiej okazji, by ostatni raz w tym roku podziękować moim górskim przyjaciołom za to, że przyjmowały mnie zawsze tak chętnie. Że mogłam wracać bezpiecznie do domu i wracać tam następnym razem z zapałem i znów działać. Że mogłam walczyć ze słabościami, łamać schematy, pokonywać lęki i iść naprzód. Cały czas przed siebie. Zwyczajnie chciałam z nimi pobyć w ramach podziękowania.


      W planach były Czerwone Wierchy. Całe. Niestety, ale się nie udało z racji tego, że w gruncie rzeczy nie byłam do tego przekonana. Nie miałam pewności, że nie zastanie nas zmrok, że szlak będzie przetarty i wiele innych czynników. Wybraliśmy zatem Kopę Kondracką, tak na dobry początek, a jednocześnie na dobre zakończenie.
       Poranne, a raczej nocne wstawanie, żmudna droga, ale z jakże pozytywnym nastawieniem! W Kuźnicach jesteśmy około szóstej rano, gdzie już na parkingu stoi kilka samochodów, wokół panuje nieopisana ciemność, a pan parkingowy spuszcza cenę za parking o pięć złotych. Chryste! Miałam pewne obawy, jak to będzie wjechać do Zakopanego w sylwestra, ale nie poszło źle. Można rzec, że jak zawsze. Gorzej było z wyjazdem o co również się martwiłam. Korki. 

       Z Kuźnic ruszamy szlakiem niebieskim w stronę Hali Kondratowej. Jest po godzinie szóstej i nadal bardzo ciemno. Latarka na czoło i w drogę. Pierwszym przystankiem jest Polana Kalatówki. Od samego początku idzie się wyjeżdżoną, szeroką drogą, którą przejeżdżają czasem samochody terenowe. Lekkie podejście, ale nie męczy, wręcz jest przedsmakiem dalszej podróży. Po około dwudziestu minutach schodzimy przy drogowskazie w lewo ( poniżej drogi) na leśną ścieżkę, nieco węższą. Szlak nadal niebieski prowadzący na Polanę Kalatówki ( wszystkim znana polana ze znanym hotelem ). Ścieżka prowadzi cały czas prosto, zawija raz w prawo, a raz w lewo, a las wygląda w świetle gwiazd na śpiący pod pierzyną z idealnie białego pierza. Nie ma konkretnych podejść, które mogą nas zmęczyć, czasem trzeba podejść kilka kroków w górę, a poza tym, idzie się bardzo przyjemnie. Nadal ciemno. Po pięćdziesięciu minutach od wyruszenia z Kuźnic docieramy na Polanę Kalatówki, gdzie widzimy świecące się światła hotelu i mieniący się śnieg. Dopiero teraz zaczyna budzić się dzień. 
      Ścieżka od polany idzie nadal prosto. Widać wyjeżdżone ślady nart skiturowych. , więc widać, że teren uczęszczany przez narciarzy. I tak, jak na szlaku do Polany Kalatówki, ścieżka wąska, ale prowadząca przez uśpiony las. Bez trudności, nie jest ślisko. Szlak przetarty, a raczej konkretnie wydeptany. W międzyczasie dostrzegam, że coraz szybciej robi się jasno, śnieg mieni się coraz bardziej. Wygląda, jakby ktoś posypał go szkłem.

Schronisko na Hali Kondratowej.

Po piętnastu minutach docieramy na Halę Kalatówki, na której jest już praktycznie jasno. Zapach palącego się drewna w schronisku i przygotowywanego śniadania chce zawładnąć moimi nozdrzami i się mu udaje. Nie robimy postoju, bo droga była bardzo przyjemna i od razu ruszamy do rozejścia szlaków. Słońce powoli wstaje, w szparze między górami widać czerwieniące się niebo. Wstaje nowy dzień, a ja znów mogę go witać w najpiękniejszym miejscu na ziemi.
        Na szlakowskazach wybieramy szlak niebieski, czyli na Wyżnią Przełęcz Kondracką. Nie ma oznaczenia, jest za to szlak jakoby na Giewont. To trzeba wiedzieć, jeśli chce się iść w tę stronę i tym szlakiem. Wybraliśmy go ze względu na to, że wydawał się ciekawszy i bezpieczniejszy. Mniej lawinowy przede wszystkim. I ruszamy. 

Widoczny krzyż na Giewoncie. Jakoś tak inaczej z tej strony, nie?

Po prawej widoczna Wyżnia Przełęcz Kondracka.

W stronę szlaku na przełęcz.


        Szlak prowadzi wpierw lasem, później wyjeżdżoną przez skitury polanę. Śniegu coraz więcej, już praktycznie do kolan. Szlak przetarty, bez żadnych trudności. Jesteśmy coraz bliżej podejścia na samą przełęcz. Po dwudziestu minutach od schroniska docieramy pod podejście na przełęcz. Towarzyszył nam widok na krzyż na Giewoncie, który z tej strony wygląda niewyobrażalnie inaczej, naprawdę. Widać też było szlak zielony na Przełęcz pod Kopą Kondracką. I zaczynamy nasze podejście. Teraz też nadeszła pora na przyznanie się do swojego nierozgarnięcia. Szłam bez raków, które zapomniałam w samochodzie, ale jak widać, dałam radę i szczerze przyznam, że nie było tak źle. Ale warto je mieć i nie lekceważyć Tatr zimą.

Widok ze szlaku na przełęcz. Od prawej Tatry Wysokie: Świnica i Granaty.

W oddali Pieniny.

Krzyż na Giewoncie.


        Podejście na przełęcz wydaje się strome i lawinowe, ale mimo tego szlak jest wydeptany. Widać przełęcz, więc zdobywanie jej jest przyjemniejsze. Raczki lub raki na pewno bardzo się przydadzą, mamy pewność, że stopa jest stabilna i nie zjedziemy na sam dół. Jest troszkę stromo, trzeba więc bardzo uważać i nie robić dłuższych postojów. Zdobywanie tej przełęczy należy do takich, że warto przejść takie miejsca dość sprawnie. Spiąć się i naprzód. Szlak jest niewidoczny, ale ścieżka przetarta. Śniegu już po pas!

Na Wyżniej Przełęczy Kondrackiej.

Giewont. Po lewej na stoku zamknięty szlak na Giewont.

        Wejście na przełęcz równało się uderzeniem promieniami słońca prosto w twarz. Widoki już są. Widać Świnicę, Granaty, Giewont i Czerwone Wierchy- Małołączniak. Na lewo od Giewontu panorama na Beskidy, m.in. Beskid Żywiecki Babia Góra i Pilso, a na prawo m.in. Gorce. Krótki postój, bo wdrapywanie się na przełęcz było bardzo męczące ze względu na wąską dróżkę, masę śniegu i grzęznące nogi. Teraz ruszamy do ostatecznego celu, jakim jest Kopa Kondracka.

Tatry Wysokie: od lewej Krywań, od prawej Granaty, Świnica.


Beskidy: Beskid Żywiecki- Pilsko i Babia Góra.

Po prawej fragment stoku Kopy Kondrackiej.

Krywań- Tatry Wysokie na Słowacji.


         Z oznaczenia szlaku wynika, że musimy poruszać się szlakiem żółtym około pięćdziesięciu minut. Niebo jest błękitne, brak jakikolwiek chmur. Na szlaku nie spotkaliśmy praktycznie nikogo, prócz trzech osób. Dwóch panów szło na Giewont kawałek przed nami.
          Dalej szlak bez żadnych trudności. Również wydeptany. Na razie stok o lekkim nachyleniu, szlak wydeptany. W jednym miejscu droga prowadzi blisko krawędzi, więc nie polecam się wychylać i zbliżać, śnieg może wystawać nieco dalej, więc wszelkie kombinacje są niebezpieczne. Po pierwszym podejściu dobrze widać w oddali Kopę Kondracką, coraz więcej Tatr Wysokich ukazuje się naszym oczom i oczywiście bialusieńki Małołączniak. Po około pół godzinie przyjemnego marszu spotykamy… kozice! Najpierw duża kozica z małym koziątkiem, które wygrzebują trawę spod śniegu, a kilka metrów dalej dumnie stojąca stara kozica z małym. Co za uroczy widok! Nie sądziłam, że znów je spotkać, jeszcze w takim wydaniu. 


           Przedostatnie podejście jest najbardziej męczące. Śnieg to twarda skorupa, na której stworzył się mieniący się w słońcu lód ( tutaj odczułam brak raków ). Trzeba pewnie i ostrożnie stawiać kroki. Podejście zmęczyło, ale za górą widać już szczyt Kopy, widać drogowskaz i dwie osoby. Ostatnie podejście lajtowe, że tak to określę. 

Kopa Kondracka.

Małołączniak na pierwszym planie.

W stronę Beskidów.

Od prawej: Krywań, na dole Dolina Cicha, Grań Hrubego, Gruby Wierch.


           Na szczycie jesteśmy po godzinie marszu od przełęczy. Wiatr wieje niesamowicie mocno. Moje ręce są przemarznięte do kości. Nie wytrzymaliśmy długo, zrobione kilka zdjęć, przyjrzenie się widokom i zejście kapkę niżej, gdzie nie będzie aż tak urywać głowy, nóg, rąk i wszystkiego po kolei. Tutaj mogłam w takim samym wydaniu podziwiać Tatry Wysokie, a zwłaszcza Krywań, który królewsko górował nad wszystkimi. Wydawał się najbardziej majestatyczny, pewnie dlatego, że jest najbardziej charakterystyczną górą ze względu na swój kształt. Herbatka, słońce, niebo, góry i my. Czego chcieć więcej? Jak inaczej można było pożegnać ten rok, jak nie w górach? Jak inaczej podsumować wszystkie wyprawy, jak nie osobiście podziękować im za to, że zawróciły mi w głowie i zmieniły tak wiele w moim życiu? 


           Powrót przebiegał równie miło i bezproblemowo. Schodziliśmy tym samym szlakiem. Oczywiście schodzenie jest szybsze. Jak mogę podsumować ten szlak ze względu na zimę? Łatwy. Szlak był przetarty, droga widoczna od samego początku do samego końca. Brak oblodzenia i niebezpiecznych przeszkód na szlaku. Żeby zacząć zimowe chodzenie po górach, nie musimy być taternikami, czy nie wiadomo kim. Wystarczy zaopatrzyć się w raki i odpowiedni sprzęt i chodzenie jest równie cieszące i motywujące. Jednak należy pamiętać, że góry zimą są całkiem inne niż latem. Trzeba zwracać uwagę na więcej szczegółów typu: o której wyruszyć, jak zaplanować czasowo trasę, żeby zdążyć przed zmrokiem, co zabrać, czego nie, kiedy robi się ciemno. Ale o tym, jak zacząć, kiedy indziej. Podsumuję ten rok w jednym krótkim zdaniu. Dziękuję.