Grudzień 05, 2016

Tatry- zimowy szlak na Sarnią Skałę!

 

Wreszcie przyszła długo wyczekiwana zima. Taka, na jaką każdy góromaniak niecierpliwie czekał. I jeśli spadł już solidny śnieg i nastała solidna zima, nadeszła pora na pierwszą, mroźną wyprawę! Żeby nie rzucić się na głęboką wodę, długą i męczącą trasę w niewiadomych warunkach, za pierwszym razem, wybraliśmy Sarnią Skałę.
Tatry już do siebie wzywały, że tak to określę, a raczej ja wzywałam je, bo tęsknota ściskała serce. Każda podróż była na wagę złota, jak zresztą zawsze. Góry zimą są całkiem inne, co widać przecież gołym okiem. Ale chodzi głównie o samo chodzenie i zdobywanie. Jest inne. Oczywiście, należy zaopatrzyć się w dobry sprzęt, jeżeli zechcemy zdobywać nieco trudniejsze szczyty, jak nasze polskie Tatry. Zimą bywają, a raczej są, bardzo niebezpieczne. Szlaki są inne, zasypane, oblodzone. Kościelec staje się kilkukrotnie większym wyzwaniem, Świstówka Roztocka staje się miejscem lawinowym, a samo dojście do Czarnego Stawu Gąsienicowego to ogromny trud zimą, gdy latem idzie się przyjemną dróżką, a gdy spadnie śnieg, szlak jest niemal niemożliwy do przejścia ze względu na ilość śniegu, który sięga po pas. Bez odpowiedniego sprzętu ani rusz. Inaczej wycof, ewentualnie natrafimy na inne przeszkody. I wierzcie mi na słowo, nawet w małej dolince, gdzie droga jest cała oblodzona, fajnie mieć ze sobą raki. Ale konkretnie o zimie w górach napiszę następnym razem. Przejdźmy może do relacji z tego bajkowego, zimowego dnia.

 

       Szlak rozpoczynamy pod Wielką Krokwią, czyli skocznią narciarską. Samochód zaparkowany na znanej ulicy Bronisława Czecha i w drogę. Nie jestem w stanie pominąć jednego ważnego szczegółu. Latem już przed szóstą rano nie ma czasem miejsc parkingowych, kilkadziesiąt osób zmierza w różne strony, a wtedy? Ani żywej duszy prócz naszej dwójki i zmarzniętego pana parkingowego w tak piękny dzień. I tak do samej Sarniej Skały. Do dziś nie jestem w stanie pojąć tego, że nikogo nie spotkaliśmy na takiej długości. Z jednej strony bardzo się cieszyłam ze spokoju, ale z drugiej czułam się dziwnie. Inaczej. I naprawdę, powtórzę to znów. Do teraz nie mogę uwierzyć w tą pustkę, którą tam spotkałam.  
 

 

 

 

Prawdziwa zima! I tak cały dzień.

 

 

 

Widoczne wejście do Doliny Białego.

 

 

 

 

 

 

 

 

       Pierwsze oznaczenia widoczne są zaraz obok drogi ( idąc cały czas prosto) za skocznią. Kierujemy się czarnym szlakiem w stronę Drogi pod Reglami. Mijamy ogrodzenia i idziemy wąską ścieżką wzdłuż niego. Po przejściu kilku chatek i około pięciu minutach jesteśmy na szerszej drodze, która prowadzi na wprost wzdłuż lasu i ogrodzenia. Po kilku minutach docieramy do oznaczeń. My trasę rozpoczynamy od Doliny Białego, natomiast później skończymy na Dolinie Strążyska. Do dolinki Białego dochodzimy bardzo szybko i od razu ukazuje swoje uroki. Sądziłam, że w budce będą pobierane opłaty za TPN, ale tym razem nikogo nie było. Dolina Białego była wtedy bardzo biała i nazwa spełniła swoją funkcję. Oblodzony miejscami potok, zwisające sople ze skał, co jakiś czas pojawiające się drewniane mostki. A droga? Jak z baśni. Biały puch otulił drzewa, utworzył się tam nietypowy mikroklimat. Droga przez cały czas bez żadnych trudności. Śniegu po kostki, ale wydeptane. Przyjemna wędrówka przez zaczarowany las trwa. Po drodze natrafiamy na „jaskinię”, czyli byłą kopalnię, która jest zakratowana drewnianymi belami. I tutaj ciekawostka. Kilkadziesiąt lat temu w Dolinie Białego wydobywano uran. Dziś zamknięto miejsce wydobycia z celów bezpieczeństwa, bo jak wiadomo, uran to promieniotwórczy pierwiastek. Oczywiście szlak jest bezpieczny dla turystów i nic nikomu nie grozi. 
 

 

 

 

 

 

 

Pierwsze skały Sarniej.

 

 

 

 

 

 

 

Czerwona Przełęcz.

 

 

Giewont.

 

Śniegu do 3/4 kija.

 

W tle Sarnia Skała.
       Droga powoli nieco się zmienia i trzeba dreptać nieco pod górę, śniegu przybywa, ale w dalszym ciągu bez trudności. Po kilkunastu minutach ukazują się między drzewami pierwsze skały i dostrzegamy w nich cel naszej podróży. Powoli zaczyna robić się pod górkę. I tutaj trzeba być ostrożnym, bo szlak jest troszkę oblodzony i można się poobijać. Do samego końca jest naprzemiennie. Raz prosto, raz nieco pod górę, a raz dobre podejście, jednak krótkie. Szlak prowadzi cały czas pięknym, ośnieżonym lasem. Dochodzimy do kolejnych oznaczeń, które mówią, że na Sarnią Skałę pozostało dwadzieścia pięć minut. Przed nami przedostatnie podejście, gdzie śnieg sięga już po kolana. Drzewa powoli robią się rzadsze i ukazują się widoki w stronę skał i w stronę Zakopanego. Delikatne podejście za nami, szybko je minęliśmy i jesteśmy na Czerwonej Przełęczy między Sarnią, a Suchym Wierchem. Na szczyt Sarniej zostało dziesięć minut, więc bez dłuższego postoju ruszamy. Zza drzew wyłaniają się ściany Giewontu, który robi niesamowite wrażenie! Wygląda, jak prawdziwy Śpiący Rycerz! Cały pokryty śniegiem, a za nim poranne promienie słońca. Podejście przyjemne, jednak na sam szczy Sarniej, na samą skałę, trzeba uważać, bo jest troszkę stromo i ślisko, ale nie ma co się zrażać. Nie ma czym.
 

 

 

Od lewej Tatry Bielskie i wysunięte do przodu Tatry Wysokie.

 

Pieniny od prawej.

 

Na dole widoczne Zakopane.

 

Beskid Żywiecki, Pilsko i Babia Góra.
 
        I po dłuższej chwili docieramy na Sarnią Skałę. Na szczycie nieco chłodniej, temperatura utrzymuje się cały czas taka sama, czyli gdzieś -11 stopni Celsjusza. Kiedy stanęłam na szczycie poczułam się, jak w domu. Znów mogłam tam być, znów mogłam patrzeć na ten ogrom gór, na ich potęgę. Znów mogłam poczuć to cudowne uczucie, zobaczyć, dotknąć, poczuć i wziąć głęboki oddech.
        Panorama z Sarniej Skały jest bardzo obszerna. W roli głównej rzecz jasna Giewont w całej okazałości, od jego lewej strony odsłaniają się Tatry Wysokie, jak Kozi Wierch, czy Granaty i Tatry Bielskie, natomiast znów ich lewej rozciera się widok na całe Zakopane i Beskidy, m.in. Beskid Żywiecki, Beskid Sądecki, Gorce, czy Pieniny. Słychać było jeszcze grającą muzykę na dole, pozdrawiam ten świetny zespół rockowy! Na szczycie zabawiliśmy około pół godziny, grzaliśmy się herbatą, ale gdy zaczęła się kończyć i ręce marznąć, postanowiliśmy wracać.
 

 

Sarnia Skała od strony szlaku do Doliny Strążyskiej.

 

 

 
         Zejście do Czerwonej Przełęczy trwało bardzo krótko, bo zbiegliśmy, a raczej zjechaliśmy na butach na sam dół. To było bardzo pozytywne, zwłaszcza, że pogoda była tak cudowna, a słońce przygrzewało. Jak wspominałam już wcześniej, wracamy od strony Doliny Strążyskiej. Cóż, ścieżka bardzo podobna, jak w Dolinie Białego, ale inne widoki. Widać Sarnią Skałę w całości i prezentuje się najciekawiej. Zejście zboczem lasu, również bez trudności. Dotarcie do doliny zajęło nam około pół godziny, może nieco mniej. Wydaje mi się, że zimą schodzi się szybciej ze względu na równe podłoże, a z drugiej strony schodzi się szybciej. 
 

 

 

 
       Sielanka nie trwała długo, bo już w Dolinie Strążyskiej ( Giewont również był widoczny spod oznaczenia) było słychać pierwsze krzyki dzieciaków i widać spacerujących ludzi. Z dolinki prowadzi szlak na Giewont oraz można zwiedzić Dolinę Małej Łąki. Ogólnie rzecz biorąc, miejsca pod Giewontem to sieć łączących się dolin i dolinek, które nie są długie, a bardzo urokliwe i można zrobić zobaczyć w jeden dzień. 
 

 

 

 

 

 

 

Wejście do Doliny Strążyska.
 
       Droga do samego końca doliny prosta, jednak bardzo oblodzona. Mój jeden rak bardzo mi pomógł i dzięki niemu się nie przewróciłam. Wędrówka zajęła nam około pół godziny, natomiast po wyjściu z niej, zahaczyliśmy jeszcze o oddzielającą Dolinę Strążyska od Doliny Białego Dolinę ku Dziurze, gdzie znajduje się ponad stumetrowa jaskinia. Dojście do jaskini bardzo spacerowe, zwiedzanie jaskini bezpłatne. To leśna ścieżka wzdłuż niebieskiego szlaku. Bardzo polecam, stosunkowo krótko, ale warto po drodze tam dotrzeć. 
 

 

Jaskinia Dziura.
 
        Jaskinia robi wrażenie. Wielki głaz, a na samym dole spory wlot i ciemność bez końca. Osobiście boję się takich miejsc i nie wchodziłam daleko, więc podziwiałam ją z „bezpiecznej odległości”. Może jakiś niedźwiedź tam spał?
        Wraca się tą samą leśną ścieżką i kontynuujemy drogę powrotną Drogą pod Reglami. Po piętnastu minutach dochodzimy do rozwidlenia szlaków w stronę dwóch dolin: Białego i Strążyskiej, czyli do miejsca, w którym tak naprawdę zaczął się nasz szlak. I wracamy tak samo pod Wielką Krokiew aż do samego parkingu na ulicy Bronisława Czecha. Tak, ludzi było już setki, spacerujących pośród straganów, a pogoda tak zachęcała do zapuszczenia się dalej…
         Z wyprawy jestem bardzo zadowolona i polecam szlak zrobić właśnie w zimie. Dostarczy wielu atrakcji, trasa przyjemna na zimę i warto ją zrobić, choćby dla trekkingu, czy samego widoku na ośnieżony majestat Giewontu, który robi wrażenie. I z tego, co widziałam, niewiele osób tam uczęszcza o tej porze roku, więc z łatwością można ominąć tłumy. Lodowa kraina, puchate drzewa w bieli, mieniący się, nienaruszony śnieg i Śpiący Rycerz… i jak tu nie czuć się, jak w bajce?