Listopad 23, 2016

Trekking w Beskid Żywiecki- Wielka Racza!

 

 Ostatnimi czasy pogoda nie zachwyca i nie zachęca, by pokazać się na górskim szlaku. Bo przecież, ileż można chodzić w deszczu, skoro tyle razy się już było? Na szczęście znalazł się jeden weekendowy dzień, gdy deszcz postanowił nie padać i postanowiłam wykorzystać ten moment. I to był dobry krok i jestem zadowolona ze swojej decyzji.
Lubię wracać na szlak, na którym kiedyś już byłam, zwłaszcza, że mam dosyć prostą możliwość ze względu na bliskość gór. Na Wielkiej Raczy zagościłam latem zeszłego roku, potrzebowałam spokojnej trasy po krótkiej przerwie, więc i wybrałam Raczę na rozgrzewkę. Byłam ciekawa tej trasy o nieco zimniejszej porze, a nawet i samych widoków. To typowo relaksacyjny i trekkingowy szlak ze względu na monotonność i bardzo podobne przejścia. Podejść jako tako nie ma, cały czas idziemy przy lekkim nachyleniu drogą, raz przez las, raz po zboczach gór. Na szczyt Raczy dociera się stosunkowo szybko, bo w półtorej godzinki.

 

 


       Szlak zaczyna się w Rycerce Kolonii przy końcowym przystanku PKS. Żółty do samego schroniska. My akurat zatrzymaliśmy się troszkę dalej przy obozowisku z parkingiem, ale drogę od przystanku można pokonać pieszo, zajmie zaledwie piętnaście minut. Szlak skręca w prawo, zaczyna się pierwsze podejście. Kamienista droga, ale jak na razie bez błota.

 

 

 

 I tak wędruje się bardzo miło, aż w końcu wchodzi się w zalesiony teren. I… zaczyna się błoto. Bardzo dużo błota. Śnieg stopniał, więc i rozmroziło ziemię. Niestety buty bardzo się ubrudziły. Oznaczenia prowadzą dalej drogą, która skręca, prowadzi lasem lub odsłoniętą przestrzenią, w której dosłownie urywało mi głowę. Wiatr był niesamowicie mocny. Czapka spełniła swoją rolę, jak najbardziej. 

 

 

Po około dwudziestu pięciu minutach dochodzimy do potoka, który musimy przeskoczyć, a jest trochę większy ze względu na deszcz, który ostatnio padał. Kto posiada nieprzemakalne buty, nie musi się niczym przejmować, natomiast osoby, które mają zwykłe butki, muszą trochę poszukać i pomyśleć, jak go przejść, żeby nie zmoknąć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po przejściu potoka zaczyna  się robić coraz bardziej kolorowo. Liście usłały ścieżkę, niczym czerwony dywan. Przynajmniej szło się chwilowo bez błota. Podejście cały czas takie samo. Po kilkunastu minutach od potoka, dochodzimy do miejsca, z którego pojawiają się pierwsze widoki. Niekoniecznie szalone, ale bardzo urokliwe, zwłaszcza, że pogoda nadawała aury tajemniczości. I tak droga biegnie przez cały czas, zmieniając się z kamiennej, błotnistej na liściastą. To o tej porze w tamtym miejscu raczej norma. 

 

 

 

 

Po ponad godzinie, zaczynam przypominać sobie ostatnie podejścia na szczyt. Ostatnie przejście lasem, aż wreszcie docieramy do oznaczenia, czyli wariant na Przegibek szlakiem czerwonym, albo na Wielką Raczę, czyli koło pięciu minut. Stwierdziliśmy, że ruszamy od razu na szczyt, który jest dosłownie trzy minuty od schroniska. 

 

 

 


         Niestety, byliśmy w chmurze. Zrobiło się bardzo zimno, wiatr był przenikliwy i chłodny. Nie było widać dosłownie nic. Cóż, zostało zrobić sobie przerwę w schronisku, oczywiście na herbatkę i wyczekiwać z nadzieją, że może dane nam będzie cokolwiek zobaczyć.

 

 

 

Panorama w stronę m.in. Beskidu Śląskiego i Żywieckiego.

 

Widok w stronę Małej Fatry ( widoczny Wielki Rozsutec ).

         I tyle mieliśmy szczęścia, gdy zrezygnowani wyszliśmy, by wracać, że chmura podniosła się nieco wyżej i odsłoniła nam widoki. Panorama z Wielkiej Raczy to między innymi Rycerzowa ( góra bardzo bliska mojemu sercu ), Pilsko, Babia Góra, Beskid Mały i Śląski, a przy dobrej widoczności można dostrzec Tatry. Poza tym, widać w oddali Skrzyczne, a także pasmo Małej Fatry, m.in. Wielki Rozsutec, który za każdym razem robi wrażenie. Co nieco było go widać. Ale mimo wszystko, czułam się idealnie. Przetaczające i kotłujące się atramentowej chmury wśród szczytów i nad nimi, przedzierające się słońce, nie mogłam doczekać się tego uczucia, by poczuć smak gór. Dotknąć ich i porozmawiać z nimi, wsłuchać się, wtopić i poczuć, jak przeze mnie przepływa ta niesamowita energia. 
        Wracaliśmy tym samym szlakiem na dół. Zeszliśmy troszkę szybciej, bo wiadomo, że zawsze schodzi się szybciej, a jeszcze szybciej, gdy ma się tematy do rozmowy. Jak wspominałam wyżej, szlak bardzo przyjemny, w sam raz nawet na popołudniowy spacer dla rozchodzonych. Bez trudności, ale warto mieć dobre buty i takie, których nie jest szkoda ubrudzić, bo na brak błota nikt nie narzekał.
         Już by się chciało wrócić…, a może nawet nie wrócić, tylko zostać. Chociaż, w powrotach jest jednak jakaś nieopisana magia, która ciągnie ze zdwojoną siłą. Ma sobie nieopisaną dzikość, którą rozpala w duszy i sercu.