Listopad 10, 2016

Na Czerwoną Ławkę (Priečne sedlo) – Tatry Słowackie!

      Chodząc tak po Tatrach zechciałam musnąć też trochę tych słowackich. Zawsze chciałam zobaczyć znaną wszystkim tatromaniakom Teryho chatę ( ciekawostką jest to, że czynna jest cały rok). Wybór zatem nie był skomplikowany, a poza ujrzeniem Doliny Pięciu Stawów Spiskich, dołożyliśmy jeszcze do całości Priečne sedlo, czyli Czerwoną Ławkę.
To najtrudniejsza słowacka przełęcz. Trasa do chaty jest męcząca, ale pod względem widokowym… po prostu bajeczna, co tu więcej mówić, więc wysiłek, jak najbardziej wart spoconej koszulki, natomiast już sam szlak na przełęcz jest trudny, to trzeba przyznać. Ubezpieczony łańcuchami i klamrami. Dodatkowo jest dość duża ekspozycja, więc szlak polecam tym „rozchodzonym”, co już się trochę powspinali gdzieniegdzie i pojęcie o tym mają. Trasę można zaplanować sobie na różne sposoby, co widać na poniższej mapie, ale różnice są naprawdę bardzo niewielkie, wręcz znikome.
     Nie wiem dlaczego, ale każda moja wizyta w Tatrach równała się piękną pogodą, wyśnioną i wymarzoną! Mam, a raczej miałam, bo jeszcze nie wiadomo, jak to będzie w przyszłym roku, niezłego farta.


        Szlak zaczyna się w centrum turystyki, czyli w Starym Smokowcu. Jest bardzo wcześnie, więc poruszamy się niczym zombiaki poszukując zielonego szlaku. I po krótkim błądzeniu tu i tam, wreszcie znajdujemy oznaczenia tuż za kościołem. Szlak zielony prowadzi do Hrebienoka, czyli ostatniej stacji, wzdłuż torów kolejki naziemnej, która jest w tamtym rejonie jedną z atrakcji ( nie miałam niestety okazji się nią przejechać). 

Po lewej stronie tory kolejki.

Najpierw szlak prowadzi wąską ścieżką, a później szerszą, kamienistą drogą ( zaraz obok jest droga asfaltowa). Ten odcinek pokonujemy w około czterdzieści minut z hakiem z racji szybkiego tempa. W Hrebienoku szybki rzut okiem na szlaki i w drogę, czekała nas bardzo długa i męcząca trasa. Kierujemy się dalej szlakiem zielonym w stronę chaty Zamkovskeho.

Pośrednia Grań.

Od lewej: Pośrednia Grań, Rywocińskie Turnie, Baranie Rogi, Spiska Grzęda, Durny Szczyt, Pośrednia Turnia, Łomnica i Łomnicka Strażnica. Widać dwie dolinki, z lewej Staroleśna, a z prawej Dolina Małej Zimnej Wody.


     Droga na razie jest bardzo miła, poranny chłodek lekko muska nasze buzie. Z centralnego Hrebienoka, bo tak to sobie określę, schodzimy za oznaczeniami w dół wąską ścieżką. Przemierzyć nam przyszło przebycie Doliny Zimnej Wody. 

Wodospady.

Potoki, dziki, nietknięty przez ludzi las. I tak sielankowe wędrówka leśną ścieżką trwa sobie w najlepsze. Wcześniej, tak odległe skalne szczyty pojawiają się coraz bliżej. Widać je doskonale. Ich majestat i potęga po raz kolejny wywołały na moim ciele dreszcze…
     Po jakimś czasie docieramy do wodospadów. Niezwykle urokliwe, uderzają o skały, a ich bryza o nasze twarze. Kilka zdjęć, by upamiętnić naszą obecność w tym miejscu i cóż, jakoś specjalnie nie było czasu się nimi pozachwycać. Po około piętnastu minutach od wodospadów docieramy szlakiem niebieskim do najstarszego schroniska w Tatrach, czyli Reinerovej chatki. Niestety, była zamknięta z racji bardzo wczesnej pory, ale jeśli ktoś będzie miał okazję być tam w nieco późniejszych godzinach, znajduje się tam bufet oraz mini muzeum nosiczów tatrzańskich, więc warto mieć to na uwadze. Można dowiedzieć się trochę ciekawostek.


Wodospad Olbrzymi.

Zamkovskeho chata.

     Jak wspomniałam wcześniej, poruszaliśmy się w kierunku chaty Zamkovskeho. I tutaj szlak zielony łączy się z czerwonym tzw. Magistralą Tatrzańską. To dosyć szeroka kamienna droga. Prowadzi lasem, więc z pewnością słońce nie będzie przypiekać. Idąc tak kilkanaście minut, dochodzimy do Wodospadu Olbrzymiego. Jest naprawdę olbrzymi. Dwadzieścia metrów to całkiem sporo. No i zrobiło się chłodno, bo nic dziwnego, wśród skał na mostku i górskiej wody. Teraz to dopiero bryzę poczułam na twarzy. Ach, jakie to było przepiękne uczucie. Czułam się, jakbym nabrała znów nowej energii.
       Po minięciu tego wodnego giganta, wchodzimy na szlak docelowy do chaty Zamkovskeho. Kamienie trochę większe, szlak prowadzi przez gęstszy las i tutaj można się już zmęczyć, bo zaczynamy podchodzić. Nie jest stromo, dość łagodnie i wysiłek jest przyjemny. Raczej można nazwać go wysiłkiem „na rozgrzewkę”. Po około dwudziestu pięciu minutach docieramy do chaty. Nie byliśmy tam długo, czas był tylko na chwilowy odpoczynek, uzupełnienie płynów, kilka zdjęć i trzeba było ruszać. Trasa naprawdę jest pełna wielu atrakcji i chciałoby się przy każdej dłużej postać i popatrzeć, ale jakby usilnie się chciało to ciężko po prostu się wyrobić, więc trzeba mądrze skorzystać i zachwycić oczy tym, co jest, zwłaszcza, że jeszcze tak długa droga przed nami. 
      No nic, ruszyliśmy dalej. Cel to Teryho chata. 

Po prawej stronie wyłaniający się Lodowy Szczyt.

Zoom na Teryho chatę z Doliny Małej Zimnej Wody.

Lodowy i Teryho chata.

Zbliżenie na stację kolejki na Łomnicy.

Tatrzański nosicz tuż pod podejściem do Teryho chaty.

Masyw Łomnicy.

Ze szlaku do Teryho chaty.

Łomnica.

Przed nami łagodne podejście ( spotkaliśmy mieszaną grupę z różnych krajów, każdy mówił w innym języku, ale było to akurat bardzo pozytywne i sama grupa to grupa kilku uśmiechniętych ludzi, co uwielbiam na szlaku, zawsze wszyscy są uśmiechnięci, mili i życzliwi, każdy coś do siebie powie, czy zagada, wspaniała sprawa). Podejście trwało bardzo krótko i po jakimś czasie weszliśmy w widoczną dolinkę. Widać już zbocza Łomnicy i masyw Pośredniej Grani. Jak mi było tęskno do tych skalnych ścian… Do ich widoku, a co dopiero do tego, by ich szlaków posmakować i dotknąć, wejść w relację…
      Dolinę Małej Zimnej Wody polecam każdemu. Niezwykle malownicza, posiadająca swój mikro klimat. Idzie się przyjemnie kamiennymi schodami na przemian z ułożoną ścieżką. Latem jest tam tak zielono, że nie sposób napoić oczu. Przejście dolinki do końca zajęło około dwudziestu-trzydziestu minut, jeśli ktoś szedł spacerowym tempem. Przed nami rozciąga się wielka, skalista ściana, która kończy dolinę. Byłam trochę zdziwiona, bo na jej „szczycie” widziałam kolejny cel podróży, czyli Teryho chatę. „Jak ja tam mam wleźć?”- to pytanie nieustępliwie dręczyło moją głowę. Dopiero po dojściu pod ścianę widziałam trawersujący wśród głazów szlak. I tutaj tak naprawdę zaczyna się górski, konkretny szlak. Ostre i bardzo męczące podejście. Oczywiście spotkaliśmy nosicza z zapiętym balastem na plecach. Dzielnie sobie radził i o dziwo miał bardzo dobre tempo. Szacunek. Ogromny szacunek dla takich ludzi. Cóż, słońce, jak zawsze mocno grzało, podejście dawało solidnego kopa. Szczerze przyznam, że nie pożarłam go za jednym zamachem, ale zatrzymałam się kilka razy, by złapać oddech. Poranny brak śniadania dawał o sobie znać. Musiałam jakoś dotrzeć z marzeniami o pysznej kanapce. Samo podejście trwa dobrą godzinę, wszystko zależy od tempa i kondycji. Już wcześniej zaczęły odsłaniać się szczyty w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich. Łomnica towarzyszyła cały czas, ale za to Lodowy Szczyt był coraz bardziej widoczny. Zawsze chciałam go zobaczyć na własne oczy. I spełniłam swój cel. Dotarliśmy do słynnej chaty Teryho.

Dolina Pięciu Stawów Spiskich ( po lewej Lodowy Szczyt i Mały Lodowy).

Od prawej Łomnica i Durny Szczyt.

 Niewielka, murowana chatka, ale robi wrażenie na tle skalistych szczytów. Lodowy Szczyt, Łomnica, Baranie Rogi, Grań Durnych Szczytów- jak w bajce. Nie wiem dlaczego, ale dolina wydawała mi się pomieszczeniem, szczyty wydawały się tak blisko, ale rzeczywistość była całkiem inna. Takie odnosiłam wrażenie. Zresztą, dolinka warta trudu. Szczerze polecam każdemu. To muśnięcie tych wszystkich otaczających nas szczytów.
     W chacie Teryho mogłam wreszcie się posilić i nabrać sił, uzupełnić braki. Mój umysł nie mógł ogarnąć w jakim właściwie jest miejscu. Eh…
      Od Teryho chaty zostało półtorej godziny do Czerwonej Ławki. Niewiele, prawda? Ale dopiero nasz szlak się rozpoczął. Minęliśmy stawy. Trudno je zauważyć, bo niektóre dobrze się schowały, jak Wyżny Staw Spiski.

Zygzakowaty szlak na Lodową Przełęcz. 

Ten przesmyk to przełęcz- Czerwona Ławka.

Szlak biegnie w górę trawersując.

Od prawej Łomnica i Durny Szczyt. Na dole widoczny szlak od Teryho chaty.

Po prawej stronie widoczny szlak na Czerwoną Ławkę.

Od prawej szlak od Teryho chaty, rozwidlenie szlaków i odbicie w stronę Lodowej Przełęczy.

 Szlak zielony w ciągu dalszym biegnie skalistą ścieżką. Jak na razie bezproblemowo i przyjemnie. Widoki cieszą oczy niesamowicie mocno. Po dwudziestu-dwudziestu pięciu minutach szlak zaczyna schodzić w dół, musieliśmy dojść do rozgałęzienia dwóch szlaków. Na Czerwoną Ławkę i Lodową Przełęcz. Dotarliśmy tam w niespełna dwadzieścia minut. Ciekawie komponował się szlak na Lodową Przełęcz, zygzaki wyrzeźbione w kamieniach gdzieś daleko. I nadszedł oto czas na ostateczne starcie i zmierzenie się z łańcuchem i skałą. Pełny wymiar tej trasy. Spod rozwidlenia szlaków, żeby się czasem nie pomylić, ruszamy szlakiem żółtym na Priečne sedlo, nie na Lodową szlakiem zielonym. Zajmie to według oznaczeń do czterdziestu pięciu minut. Tyle dzieli nas od zdobycia celu.
      Szlak biegnie jeszcze trochę w dół, natomiast zaraz potem wzbija się lekkie podejście, które odrobinę męczy, zwłaszcza, że słońce cały czas, wręcz paliło. Ścieżka cały czas trawersuje. Po kilkunastu minutach docieramy pod ostateczne podejście na Czerwoną Ławkę. Wkrótce okaże się, czy ten szlak naprawdę jest taki, jak czytałam i słyszałam. Samo podejście, przyznam szczerze, wyglądało niebezpiecznie. Niemalże pionowa ściana, skała na skale i łańcuch. Rękawice na dłonie i w górę!

Chmury na Łomnicą.

Widok z przełęczy w stronę Doliny Staroleśnej.

Widok z przełęczy. Od lewej: Sławkowski Szczyt, Sławkowska Kopa, Sławkowska Przełęcz, Nowoleśne Turnie i Staroleśny.

Mała Spąga.


Od prawej: Rohatka, Mała Wysoka, Zadni Gerlach, Gerlach, Staroleśny, Nowoleśne Turnie ( Skrajna, Pośrednia i Zadnia), Sławkowska Przełęcz i kawałek Sławkowskiego Szczytu.

      Z początku ciężko było się przyzwyczaić do łańcuchów i wspinaczki, która była bardzo wymagająca. I tak. Szlak jest mocno eksponowany, nie polecam obracać się za siebie. I co to też się rozpisywać, cały czas jest tak samo, nie ma zbyt wiele miejsca i czasu na zatrzymywanie się, trzeba szlak po prostu raz dwa pokonać. Warianty są dwa, górą lub dołem. Wybrałam górą, gdyż wydawał mi się nieco bardziej bezpieczniejszy i dawał mi, jako mniejszej osobie, więcej możliwości. Docieramy do klamer po kilkunastu minutach wspinaczki. Nie sprawiają większego kłopotu, trzeba się mocno trzymać. Po przejściu klamer, jeszcze trochę łańcucha ( jest on bardzo długi, Słowacy lubią montować długie łańcuchy…) i ostatnie podejście na przełęcz, widoczna Spąga. Należy zachować tu szczególną ostrożność i dobrze się trzymać ze względu na to, że skały są dość płaskie i ciężko się czegoś złapać. Po pól godzinie docieramy na Czerwoną Ławkę! Jak Boga kocham, widoki były nie z tej ziemi…
     Ostrzeżenie, na przełęczy jest bardzo malutko miejsca. Ludzi zawsze wiele, bo to dosyć popularny szlak, więc nie ma czasu i miejsca na długie podziwianie i zdjęcia. Trzeba zejść niżej na drugą stronę przełęczy. Od strony Doliny Spiskiej pięknie prezentuje się Łomnica, Durne Szczyty i stawy: Wyżni Staw Spiski, Wielki Staw Spiski, Pośredni Staw Spiski, Niżny Staw Spiski i wreszcie Mały Staw Spiski, a przy nim widoczna Teryho chata. Z drugie strony przełęczy, na którą będziemy schodzić, rozciera się widok na Sławkowski Szczyt, Nowoleśne Turnie, Gerlach, Małą Wysoką i Rohatkę. To było moje niebo. Mój raj.
      Dużo zdjęć zrobionych, emocje nadal nie opadły, w dodatku wyobraźcie sobie, że akurat tego dnia, na tym słowackim szlaku, takie kilometry od domu, spotkałam znajomą ( którą serdecznie pozdrawiam). Po prostu nie mogłam uwierzyć i do dziś nie mogę w to, jaki ten świat jest mały! 
       Nie pozostało nic innego, jak po dłuższej przerwie, zebrać siły i ruszyć w drogę powrotną w stronę Zbójnickiej chaty. 

W Krainie Kopczyków swój też musiałam postawić.

Staroleśny.

Szlak biegnie kamienną ścieżką w dół, trawersując. My troszkę zeszliśmy inaczej, bo bardziej z boku, prostszą ścieżką bez łańcuchów ( nawet nie zauważyłam, że tam taka z łańcuchem była), ale można też wybrać tą z łańcuchem. Droga, którą wybraliśmy była wydeptana i chyba większość tamtędy schodziła, ale różnicy w odległości i czasie raczej brak. Najpierw, od samej przełęczy dość stromo, trzeba uważać, bo żwir ucieka spod nóg, natomiast później już łagodnie, a nawet można rzec, że prosto. Odsłaniają się jeszcze niewidoczne wcześniej szczyty. Gerlach prezentuje się w dalszym ciągu znakomicie. Króluje nad wszystkimi, choć tak bardzo tego nie widać, ale czuć.
     Poruszaliśmy się w kierunku chaty. Droga to zakręcała, to biegła prosto, ale cały czas bardzo przyjemnie, bez problemów. Trzeba tylko uważnie patrzeć na szlak, bo może czasem zniknąć z oczu, a jego częstotliwość przydałaby się więcej razy. Po jakimś czasie widzimy Siwe Stawy Staroleśne. Przed nami szlak prowadził naokoło do Zbójnickiej chaty, co wyszłoby około trzydziestu minut, a nam nie zależało, by do niej iść. Pewien mężczyzna przed nami zszedł wydeptaną ścieżką w dół, to stwierdziliśmy, że mimo tego, że nie wolno schodzić ze szlaku, bo można zostać ukaranym- zaryzykujemy. I tak sobie zaoszczędziliśmy niecałą godzinę, a ścieżka wyszła na mostku przy zejściu od strony chaty. I jakby nigdy nic, powędrowaliśmy sobie dalej mając godzinę w zapasie. 
      Szlak niebieski, bo takim się poruszaliśmy, biegł przed Dolinę Staroleśną. Dobrze widoczne zbocza Sławkowskiego Szczytu i ostatnie spojrzenia w stronę chowających się szczytów. Przykre było to, że znów się z tego miejsca odchodzi. Dolinka Staroleśna równie piękna i urokliwa, jak Dolina Zimnej Wody po drugiej stronie. Bardzo miło się szło, zwłaszcza po wejściu w kosodrzewiny, a później już w leśną drogę. Niecałe dwie godziny przyjemnego schodzenia, chociaż zmęczenie dawało się we znaki, nóżki i palce w stopach już bolały, ale kolana jeszcze nieźle sobie radziły po takim wysiłku. I tak oto po tych niespełna dwóch godzinkach znaleźliśmy się przy oznakowaniu na Magistrali. Stamtąd ruszyliśmy dalej szlakiem czerwonym, już nie zielonym, jak wcześniej, kamienną, szeroką drogą. Tłumy ludzi już się pojawiły, ale to jeszcze nie było to, co u nas na polskich szlakach. 
      Droga do Hrebienoka spod oznaczeń szlaków spod Rainerovej chaty, zajęła dwadzieścia minut. Dziwnie i bardzo niewygodnie szło się teraz po prostej drodze z racji tego, że nogi przyzwyczaiły się do schodzenia lub wychodzenia. Dotarliśmy do Hrebienoka bardzo zmęczeni i bez zatrzymywania się ruszyliśmy od razu w stronę Starego Smokowca, co zajęło około pół godziny. Oj, bardzo odgniotłam sobie palce. Buty mnie zawiodły, ale musiałam im wybaczyć ze względu na to, że jednak co się dziwić, tak długa trasa, więc i tak nie było źle. 
      Do samochodu wróciliśmy, jak rano, jako zombiaki, w dodatku spieczone zombiaki, ale mimo tego, zadowoleni, jak małe dzieci. Kolejna trasa przebyta, wszyscy żyją, wszyscy zadowoleni i podekscytowani. Kolejne marzenie spełnione. 

PODSUMOWANIE 
( OCENA TRUDNOŚCI SZLAKU NA CZERWONĄ ŁAWKĘ )

     Jeśli chodzi o końcową ocenę trudności samego szlaku na Czerwoną Ławkę, wyróżniłam sobie kilka punktów, krótkich rad i subiektywnych opinii: 
– poleca się zaczynać trasę od strony Teryho chaty, łatwiej jest zacząć od trudniejszej strony, a później bezpieczniej schodzić tą łatwiejszą, ale to już, jak kto woli i jak czuje się na siłach, bo szlak obecnie jest obustronny
– wędrówkę lepiej zacząć sobie wcześnie rano, żeby uniknąć tłumów turystów, chyba każdy lubi luz na szlaku i spokój
– polecam spakować sobie rękawiczki do plecaka, które są udogodnieniem na łańcuchach, ręce się nie ślizgają, mimo stresu i zwyczajnie ułatwiają trzymanie łańcucha
– szlak jest trudny i eksponowany, ale za to nie trwa długo, jednak warto wcześniej zaopatrzyć się w odpowiednią wiedzę, rozgraniczyć swoje możliwości, pogadać sobie z samym sobą, czy nie mam lęku wysokości i czy dam radę i kondycyjnie, bo do ostatecznego szlaku na Ławkę musimy jakoś dotrzeć, a to dość długa trasa, i czy dam sobie radę przy samej wspinaczce. Ściana jest, jak wspominałam, niemalże pionowa, nie ma zbytnio czasu na zastanawianie się, trzeba iść cały czas do przodu i osoby, które czują się niepewnie, niech nie zerkają zbytnio w dół, bo z własnego przykładu wiem, że może zakręcić się troszkę w głowie
– jak na każdy słowacki szlak, nie tylko na Czerwoną Ławkę, polecam wykupić sobie jednodniowe ubezpieczenie. Bywa równie, przypadki chodzą po ludziach, dmuchajmy i chuchajmy na zimne, głupie zwichnięcie kostki, a wiąże się z akcją ratowniczą, gdy ktoś nie będzie w stanie iść. A jak wiemy, akcje ratownicze na Słowacji są płatne, więc chyba nikt nie chciałby płacić kilkunastu tysięcy za pomoc.