Październik 20, 2016

Tatry Wysokie- Zawrat z Doliny Gąsienicowej i Świnica!

    Dobrze jest mieć teraz czym pocieszyć oczy, gdy wspomina się swoje tatrzańskie lato. Teraz w Tatrach szaleje zima i patrzy się na to z boku. Lubię ją, ale nie jakoś przesadnie, a niby urodzona w styczniu, to powinna szczególnie przepadać za tą porą roku. Niestety nie jest to prawda. Góry kocha się o każdej porze roku i tak u mnie jest, ale zdecydowanie wolę je wiosną, latem, czy jesienią ( choć śnieg utrzymuje się w Tatrach jeszcze do końca czerwca, ale jest go o wiele mniej i temperatury są nieco wyższe). Zmarzluch ze mnie i koniec kropka. 

    Świnica marzyła się już od kwietniowego Kasprowego. Patrzyłam na nią z podziwem z przełęczy. Była cała w śniegu i jak wszystko wokół, wydawała mi się niemożliwa do zdobycia. Do dziś budzi we mnie szczególny respekt. Odkładana co najmniej trzy razy z różnych powodów, ale, że tak powiem, okiełznałam ją w końcu w lipcu. To była trzecia tatrzańska wyprawa tego roku, bo tak naprawdę na poważnie zaczęłam chodzić kilka miesięcy temu.

Jak zawsze…

     Szlak zaczęliśmy w Kuźnicach. Opis i szlaki, które prowadzą na Halę Gąsienicową znajdziecie w relacji z Kościelca. Z Murowańca szlakiem niebieskim idziemy w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tam widzimy kilka oznaczeń, my będziemy nadal poruszać się niebieskim w stronę przełęczy Zawrat. Szlak biegnie naokoło stawu, idzie się naprawdę rewelacyjnie. Dokładnie widać Kościelec i Granaty, a także fragment Orlej Perci i nasz cel ( na Zawracie zaczyna się szlak Orlej Perci). Po przyjemnym dreptaniu obok stawu, powoli szlak zaczyna iść coraz stromiej w górę, słońce, jak zawsze mocno przypieka. W pewnym momencie słychać szum, który z każdą chwilą narasta. W naszą stronę. Miałam lekką panikę w oczach, gdy zobaczyłam helikopter, który leci w naszą stronę. W stronę Zawratu i Orlej. Bałam się, bo jakby nie. Pierwszy konkretny szlak w moim życiu, a tu akcja ratownicza, nie wiadomo, co się stało. No, ale idziemy dalej. Helikopter krążył, znów leciał w stronę Orlej i wracał nad staw ze trzy razy. Męcząco w górę cały czas, a droga nie wydawała się taka długa. Dochodzimy pod Zmarzły Staw, a stamtąd bez odpoczynku, pniemy się coraz wyżej. Helikopter cały czas huczał, uszy już bolały, bo minęło trochę czasu. Po krótkim czasie dochodzimy do pierwszych łańcuchów i widzimy, że w rejonie Zmarzłych Czub maszyna zawisła w powietrzu między skałami i ktoś schodzi na linie do ściany. Trwało to może dwadzieścia minut, aż helikopter odleciał i tyle go widzieli. Dalej nie wiadomo, co się stało. Ta niepewność towarzyszyła mi do końca trasy. Dziwne uczucie widzieć całą akcję ratowniczą. Wracając do szlaku. Rękawice na dłonie i się wspinamy! Nie wiem dlaczego, ale nie miałam trudności z poruszaniem się. Szybko znajdowałam rozwiązanie, gdy nie mogłam znaleźć miejsca, czy się podnieść. Radziłam sobie dużo lepiej niż na późniejszych szlakach, jak Rysy, czy Kościelec, co jest bynajmniej dziwne, bo powinno być lepiej, w końcu jakieś małe doświadczenie zdobyte. Jeśli miałabym ocenić szlak, już samą wspinaczkę na Zawrat, w skali od 1 do 5, oceniam na 3. Dlaczego? Mimo tego, że jest stromo i miejscami dość ciasno, jest wiele miejsc i możliwości na postawienie stóp. Jestem niska, jak już kilka razy wspominałam i bez problemu radziłam sobie ze wspinaniem się i podciągnięciem. Oczywiście, jak na każdych łańcuchach, należy bardzo uważać, pamiętać o punktach podparcia i iść swoim tempem. Takie góry to nie zabawa i nie wyścig. Na spokojnie, mamy czas na wszystko. Po około trzydziestu minutach docieramy na Zawrat. Panorama przecudna, a ludzi sporo. Widać Krywań, w oddali Rysy, Grań Hrubego, Wysoką, czy Mały Kozi Wierch. Chwila odpoczynku, kilka zdjęć ( niestety, ale aparat padł już w drodze na Zawrat…) i ruszamy w stronę Świnicy. Tym razem wkraczamy na szlak czerwony. Jest wiele opinii na temat Świnicy od tej zawrackiej strony. Jedni mówią, że strasznie trudno i łapią się za głowę, jedni uważają, że jest średnio na jeża, a znów kolejni, że nie jest wcale trudno. Moja opinia jest taka, że nie ma co znów przesadzać. Jeśli ma się głowę na karku i się uważa to nie ma się czego bać, naprawdę. Szlak prowadzi trawersem, kamienną ścieżką. Pojawiają się coraz większe głazy i pierwszy łańcuch. Docieramy do skalnego kominka, gdzie trzeba mocno się trzymać, żeby się czasem nie zakręciło w głowie, bo po lewe stronie jest przepaść. Po przejściu komina szlak prowadzi dość przyjemnie, ale nie za długo, gdyż znów trzeba pokonać skalne ściany i się wspiąć. Trawersujemy i po jakimś czasie docieramy do drugiego, ale nieco dłuższego skalnego komina. Są klamry, które pomogą wejść. Po pokonaniu drugiego komina, idziemy dość eksponowaną ścieżką obok przepaści. Po jakimś czasie docieramy pod szczyt, na który trzeba się wdrapać. Jest to trzecie trudne miejsce na tym szlaku. Ekspozycja i duża przepaść, a dodatkowo strome, skalne ściany, niemal pionowe i masa ludzi, która nie pozwala na przejście, gdyż ciągle ktoś szarpie łańcuchem. Spanikowana dziewczyna, którą mąż, lub ojciec siłą wpycha na szczyt. Widziałam w jej oczach strach, jak nigdy u nikogo. Serce wniosłam w gardle na ten szczyt. Bałam się bardziej o nią niż o siebie. I po wielu trudach docieramy wreszcie na wymarzoną Świnicę. Widoki bajeczne! Czarny Staw, Lodowy Szczyt, Mięguszowiecki Szczyt, Rysy, Szpiglas, czy monumentalny Gerlach. Czego chcieć więcej? Spełnienie marzeń. Dosłownie.

Czarny Staw Gąsienicowy- w stronę Zawratu i Orlej Perci ( niżej, wzdłuż stawu biegnie szlak na Zawrat).

Szlak na Zawrat.

Szlak na Świnicę.

Panorama ze Świnicy.


      Niestety, ale tłumy przybywają i czas się zbierać. Zostało zejście ze szczytu, gdzie ludzie znów utrudniali zejście… To bardzo męczy i jest niebezpieczne. W tym samym miejscu, pewne małżeństwo postanowiło odbyć małżeńską kłótnię, czy dzieci wchodzą na szczyt, czy nie. Wokół wszyscy robili wielkie oczy i panowała cisza. Mnie z jednej strony chciało się śmiać, ale żeby siłą dzieci wciągać na Świnicę? Eh… 
     Celem była Świnicka Przełęcz. Szlak nie jest już trudny. Idzie się cały czas ścieżką wzdłuż ściany, czasem trzeba zejść kilka kamieni w dół, czasem się podciągnąć. Jedyne niebezpieczne miejsce to Żleb Blatona. Niepozorny, ale w rzeczywistości bardzo niebezpieczny i nie warto się rozpraszać. Później już tylko w dół do Świnickiej Przełęczy. Tam krótki odpoczynek i podziwianie ogromu masywu Świnicy. Powiem szczerze, że na szlaku można spotkać masę różnych ludzi. Z kilkoma zamieniliśmy słowo, jeden pan oferował mi pomoc, ale spotyka się też wielu spanikowanych turystów, bez przygotowania, na siłę wpychają dzieci, czy swoich bliskich. Takie zachowanie zostawiam każdemu do skomentowania samemu sobie. Podczas schodzenia do Murowańca ze Świnickiej Przełęczy szlakiem czarnym, cały czas miałam w głowie helikopter i ciekawość nie dawała mi spokoju. Miałam tylko nadzieję, że nikomu nic się nie stało. Po godzinie docieramy do Murowańca, a stamtąd wbijamy oczy w Świnicę i mamy nadzieje, że jeszcze tam wrócimy, bo zostawiliśmy serducha na kolejnym szczycie. 
      W aucie szybko sprawdziłam, co się stało na Orlej i niestety, ale był to śmiertelny wypadek… Ze Zmarzłych Czub spadł mężczyzna. Do dziś mam dreszcze, gdy o tym myślę. Widziałam akcję, w której zginął człowiek. Przerażające uczucie.
       Świnica, jak wspomniałam, zachwyciła mnie pod kilkoma względami. Choćby przez swoją niepozorność, monumentalność i wyniosłość. Dla mnie osobiście jest taką górą pełną tajemnic, którą dane mi było, jak na razie, poznać tylko w trzydziestu procentach. Jeszcze tam wrócę. Postanowiłam to już będąc na górze i spoglądając przed siebie, gdy oczy skradły mi wszystkie szczyty.