Październik 18, 2016

Najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego- Mogielica!

    Na zewnątrz aż nie chce się patrzeć… Wychylać czubka nosa na ten ziąb, a co dopiero gdziekolwiek iść. Ale jednak szata kolorów za oknem kusi, by być bliżej i żeby znów się pokazać na szlaku. Cóż, szkoda by odmawiać. Na przekór wszystkiemu w najbrzydszy październikowy dzień wyruszyliśmy gdzieś dalej. Gdzie nas jeszcze nie było. Beskid Wyspowy się marzył, oj marzył się długo.
Patrząc na to dzisiaj, troszkę żałuję, że akurat padło na taki dzień, ale mimo tego mam powód, by tam wrócić, a wrócę na pewno. Pogoda była, jaka była, czułam się momentami, jak błądzące zombie po lesie, ale uważam, że góry to nie tylko widoki. Nie chodzę w góry tylko dla krajobrazu, choć graja istotną rolę. To też kwestia własnej motywacji, chęci, pragnienia wtopienia się w naturę, spotkania, bliskości i intymnej relacji z górami. Osobistej. Wracam zawsze. To nieodłączny element mojego egzystowania. 

     Szlak zaczął się w Jurkowie ( miejscowość w miejscowości i jeszcze jednej miejscowości, naprawdę można się pogubić). Niebieski od początku do samego końca. Plecak na plecy, kije, cały sprzęt na sobie, ażeby nie stękać z zimna i deszczu, ruszyliśmy spod kościółka, gdzie namalowane były oznaczenia. Trasa przebiega przez bardzo klimatowy, buczynowy las. Mgła dodatkowo dodawała aury tajemniczości, gdy plątała się między koronami i pniami. Wiele podejść, niektóre troszkę męczące i ostre, a zwracać uwagę trzeba było na to, by nie upaść, bo śliskie kamienie i błoto to jednak tam w taką pogodę nic nowego. Zresztą, jak wszędzie. Tym razem postawiliśmy na spacerowe tempo i na szczyt dotarliśmy po ponad półtorej godzinie. Jak się każdy domyśla, nic nie było widać. Na szczycie Mogielicy stoi 20 metrowa wieża, a z niej rozciąga się widok na cały Beskid Wyspowy, Beskid Sądecki, Pieniny, Gorce i Tatry, czego chcieć więcej? Na wieżę idzie się stromymi schodami, nie polecam dla osób z lękiem wysokości. Jest po prostu niebezpiecznie. Trafiliśmy, że było bardzo ślisko i mokro. Wyszłam do połowy i zrezygnowałam, bo uważałam, że jeśli i tak nic nie widać, kompletnie zerowa widoczność, mleko i tak dalej, to nie będę później mordować się z zejściem. Ale i tak adrenalina podskoczyła, jak w Tatrach, co mnie ucieszyło. 

Widok ze szczytu.
     Szybka herbatka i kanapka i w drogę! Padało coraz bardziej, też się człowiek spocił i automatycznie wyziębił. Schodziło się przyjemnie, ale tym samym szlakiem. Podziwiałam ten piękny las. Napawałam się jego zapachem. Droga powrotna wiedzie cały czas w dół, po prostym, ale żadnych przejść pod górę już nie ma, wszystko mija się w stronę szczytu. Niestety, jak to ja, musiałam wpaść w błoto i przepaść przez własne nogi. Do dziś zmagam się z dopraniem ubłoconych spodni i butów. Eh… Słyszeliście o fejsbukowych konkursach fotograficznych? Gdyby ktoś stworzył o nazwie „Ja i mój dzik”, na pewno zajęłabym pierwsze miejsce.
       Na dole byliśmy po godzinie jedenastej. Przemoczeni i wyziębieni, ale bardzo zadowoleni ze wspaniałymi humorami. Całość zajęła nam dosłownie ponad cztery godzinki. Krótko prawda? A bardzo pozytywnie i nawet w taką pogodę przepięknie. Las w taki czas ma swój subtelny urok. Ten, kto nie chodzi tylko po widoki w góry, wie, co mam na myśli.
       Beskid Wyspowy odwiedzony. Pierwszy raz i… nie ostatni! Wrócę na tamte szlaki, na Mogielicę również, tym razem dla widoku, który mnie niesamowicie intryguje. Warto się tam pojawić, poszerzyć swój horyzont i poznać coś nowego, nowe miejsca. Osobiście, bliskie memu sercu Beskidy: Żywiecki, czy Śląski, są całkiem inne niż Wyspowy. Inna aura, inny klimat, wszystko inne. A przede wszystkim, czuję się tam bardziej gościem.