Październik 13, 2016

Kościelec- tatrzańska piramida latem!

       Kościelec jest najbardziej charakterystyczną górą w Tatrach, dzięki swojej strzelistości. Nie wiem, jak komu, ale mnie przypomina od samego początku samotną piramidę, albo żelazko. Może niekoniecznie z perspektywy powyższego zdjęcia. W sumie, to on z każdego miejsca, zależy skąd na niego patrzymy, z bliska, z daleka, z góry, z dołu, z boku, on za każdym razem prezentuje się inaczej.
Z daleka raczej wygląda na górę, której nie może zdobyć zwykły turysta, a zaklepana jest tylko dla taterników, czy innych wspinaczy. Z doświadczenia i bliższego zapoznania się z faktami wiemy, że Kościelec może zdobyć każdy śmiertelnik. Kościelec jest unikatowy i jedyny w swoim rodzaju. W dodatku, Kościelec nie ma żadnych zabezpieczeń, tzn., że nie ma klamer, łańcuchów, czy innych ułatwień. Zostawiono go w stanie surowym, ażeby się trochę nagimnastykować, potrudzić, pomyśleć i powspinać. Mieć styczność sam na sam ze skałą. W zależności od pogody, zmienia się trudność tej góry. W czasie deszczu, jego trudność wzrasta.  Łatwo się poślizgnąć i upaść, a jeszcze łatwiej zjechać na swoich literach lub nie, na sam dół z niewiadomym skutkiem. W każdym razie, lądowanie nie byłoby przyjemne. Dlatego, gdy pogoda jest niezbyt przyjazna, a uprzemy się, że koniecznie musimy na Kościelec wyjść, warto wyostrzyć swoją ostrożność i mieć na uwadze, że to nie maraton, na wszystko starczy czasu, ważne jest, żeby dotrzeć i wrócić w jednym kawałku. Ale nie ma co się straszyć i panikować. W zimie, wiadomo, każda góra jest trudna do zdobycia. Kościelec tak samo. Latem, gdy byłam, pogoda dopisała. Trudności wyróżniłam sobie trzy: skalny komin, płyta i pod samym szczytem. Brak łańcuchów dawał kopa, ale trzeba sobie przetłumaczyć, że przecież w takich górach chodzi głównie o wspinaczkę. Wszędzie diametralnie dobija mnie niski wzrost, bo czasem naprawdę przydałoby się mieć kilka centymetrów więcej w nogach. Momentami musiałam skorzystać z pomocnej dłoni, bo zwyczajnie nie sięgałam… ale cóż, niech już będzie to, co jest. Przejdźmy do opisu szlaku.
        Wędrówkę zaczynamy w Kuźnicach, wybranym szlakiem, albo przez Dolinę Jaworzynki szlakiem żółtym i niebieskim, albo przez Boczań szlakiem niebieskim ( oba szlaki łączą się w niebieski na Przełęczy między Kopami). 

Poranny Kasprowy.

Szlaki czasowo wychodzą tak samo, więc można wybrać za każdym razem inną opcję. Szłam kilka razy i zdecydowanie bardziej efektowny jest szlak przez Boczań, co szczególnie widać rano, gdy poranne mgły odkrywają świat spod swojej pierzyny. Po południu, ludzi nie brakuje na każdym z nich. Tłumy są wszędzie.

Przełęcz między Kopami- połączenie szlaków.

Po prawej Kościelec.

 Po ponad godzinnej, żwawej wędrówce docieramy na Halę Gąsienicową, skąd po posileniu swoich głodnych brzuszków kontynuujemy trasę. Wybieramy szlak niebieski do Czarnego Stawu Gąsienicowego.


 Istnieją dwie możliwości, ale ciekawiej jest zacząć od strony stawu, gdyż zyskamy na czasie i większy wysiłek będziemy mieć za sobą. Ale to akurat wedle uznania. Jakoś tak po prostu preferuje się rozpoczęcie od strony Czarnego Stawu. Odpoczynek już był, zmęczyć się nikt nie zmęczył, bo przejście spod schroniska jest naprawdę bardzo przyjemne. Idzie się kamienną ścieżką przez pół godziny, a może nawet troszkę szybciej dla tych „wychodzonych”. Kamienie są tylko trochę większe pod koniec, ale trudności brak. Widok na Granaty i szlak na Zawrat.
          Nad stawem stoi drogowskaz, który mówi, że czarnym szlakiem za czterdzieści minut dojdziemy na Karb ( tam krzyżują się szlaki: Czarna Dolina Gąsienicowa z Zieloną). Nie ma co zwlekać, ruszamy. Emocje rosną, bo Kościelec wygląda naprawdę nieziemsko. Prezentuje się doskonale. I już nie mogę się kurczę doczekać, aż zacznę się na niego wspinać.
         Tutaj się troszkę zmęczyłam. Słońce mocno grzało i znów spaliło ręce i twarz. Męcząco, bo dość ostro w górę, ale za to widoki wszystko rekompensują. W całej okazałości widzimy Czarny Staw, lepiej widoczne są dla oka Granaty. Docieramy po jakimś czasie na Karb. Widzimy Kościelec od dołu. Teraz to wygląda, jak świecące się od wody żelazko. Pozostało spięcie się, przygotowanie rękawiczek i pospinanie wszystkiego, co mogłoby przeszkadzać. Nikt do końca nie wiedział, czy te cztery gwiazdki ( nie warto się nimi tak bardzo sugerować- ile ludzi, tyle opinii) i komentarze na temat trudności szlaku, będą odpowiednie. Trzeba było przekonać się na własnej skórze. 

Czarny Staw Gąsienicowy.

       Idziemy przez skalne głazy, a po krótkiej chwili kroczymy skalną ścieżką z ułożonych kamieni. Ścieżka doprowadza nas do pierwszej trudności, jaką jest komin. Właśnie tutaj zabrakło mi tych kilku centymetrów i musiałam skorzystać z pomocnej dłoni. Typowa wspinaczka, trochę podciągania się, pomysłu na postawienie nogi ( pamiętajcie: trzy punkty podparcia- trzy się trzymają i są w pewnym miejscu, a jedna się porusza i szuka nowego miejsca). Bardzo krótki odcinek, zaledwie kilka metrów. Po pokonaniu skalnej rynny, ruszamy dalej. Powoli pojawiają się skalne płyty. Wyróżniłam sobie jedną, jako odcinek jeden z trudniejszych. Ode mnie nie wymagał zbyt wiele, bo sobie z nim poradziłam dość sprawnie, ale dla osób, które przeraża wysokość, czy niepewne podłoże, muszą po prostu bardziej uważać. Wspinamy się coraz wyżej, szczyt w zasięgu ręki. Zostało niewiele. Wspinamy się po głazach, przeszkodzimy wąską ścieżką. Przed nami ostatni etap, kończący. Tuż przed szczytem, ostatni trudny moment. Wymagający i nieco trudniejszy od skalnego komina. Wspinamy się blisko przepaści, w tym miejscu trzeba naprawdę mocno się trzymać, nie rozglądać się, tylko skupić i ostrożnie piąć się na szczyt.


 Po przejściu tych skalnych ścian docieramy na szczyt Kościelca. Jest mało miejsca, ja trafiłam akurat na luz, było gdzie usiąść i rozkoszować się widokiem ścian Świnicy i grani Orlej Perci. Jacy ci ludzie byli malutcy! Tak swobodnie poruszali się granią, co wyglądało niesamowicie z tej perspektywy. 
        Na szczycie spędziliśmy około godziny rozkoszując się wysokością i widokami. Żal było schodzić, ale czas gonił, niestety. I o czym warto wspomnieć, im wcześniej tym lepiej, dzięki czemu unikamy tłumów na szlaku. A im późniejsza  godzina, tym więcej osób, co było widoczne i odczuwalne przy schodzeniu. Schodzenie okazało się porównywalne, jak wchodzenie, tylko wiadomo, trzeba było dobrze szukać odpowiednich miejsc na stopy i szukać podparcia. Najciężej było przy samym szczycie, potem już zbytnio trudności nie było i myślę, że bez problemu każdy sobie poradzi. 

Zejście zajęło kilka minut krócej niż wejście, czyli gdzieś po pół godzinie znaleźliśmy się na Karbie, gdzie wybraliśmy szlak drugi Zieloną Doliną Gąsienicową ( oczywiście można wracać tak samo). Kościelec ubrały kłębiące się chmury i raz się pokazywał, a raz znikał. Oczywiście z tej strony wyglądał znów inaczej, bo jakże! 
        Zejście z Karbu tym szlakiem bardzo ładne, równie ciekawe widokowo, dobrze widoczny masyw Świnicy. Błyszczą Stawy Gąsienicowe, słonko zaczęło znów przygrzewać, no po prostu raj na ziemi! Pomyślałam sobie, że chciałabym tam już na zawsze zostać… ale nie jest to możliwe. Można jedynie wracać.
         Dotarliśmy do Murowańca. Kościelec pokazał się nam na zakończenie w całej okazałości. Pamiętam, że jeszcze nie tak dawno wydawał mi się nieosiągalny, a dziś mogę się śmiać z samej siebie, że taki się wydawał. Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Mimo tego, zawsze do Kościelca będę czuć respekt i mieć jednak odrobinę dystansu, bo potrafi zaskoczyć, tak, jak zaskakuje swoją monumentalną pięknością.