Październik 23, 2016

CZĘŚĆ PIERWSZA: Rysy od POLSKIEJ i słowackiej strony- opis szlaku i relacja!

      Jak wiemy, Rysy to najwyższy szczyt w polskich Tatrach i w całej Polsce. Nie jest też w całości należący do Polski, bo przebiega na nim granica polsko-słowacka. Najwyższy jest słowacki wierzchołek, którego z naszym różnią tylko 4 metry… W końcu nadszedł ten kluczowy moment, by zdobyć Rysy.

      Od strony słowackiej trasa jest, nie czarujmy się, po prostu łatwa, co jedynie męcząca, ale żadnych konkretnych umiejętności od nas nie wymaga. W tym roku zrobiono nawet metalowe schody, stopnie, co moim zdaniem jest lekką przesadą. Nie wiem do dziś, czemu to ma służyć. Zatem decyzja padła szybko- idziemy od polskiej. Zostało dobre zaznajomienie się z trasą, trudnymi odcinkami i podjęcie decyzji. I tutaj pojawił się problem. Różni ludzie pisali różne rzeczy. Głównie, że to nie prawda, że szlak jest prosty, bo jest bardzo trudny, straszna ekspozycja i cała reszta przerażających słów. Pomyślałam sobie: „Boziu Panie, co to tam nie jest!” Strona naTatry jest popularna i wielu z niej korzysta. Dodam tylko tyle, że nigdy nie kierujcie się oceną przez gwiazdki. Warto poczytać też inne strony. Im więcej czytaliśmy for i opinii, tym bardziej mieliśmy większe obawy. Ze względu na to, że to była trzecia wyprawa w Tatry. Nasze obcowanie z Tatrami dopiero się zaczęło, więc jakieś lęki były uzasadnione i z perspektywy czasu myślę, że jednak to nie było za mądre posunięcie. Mogliśmy je zostawić na ten, chociażby czwarty wypad. Po kilkugodzinnym grzebaniu i szukaniu informacji, stwierdziliśmy, że pójdziemy na Kościelec. Jednak decyzja nie była jednoznaczna, więc konkretnie trzeba było wszystko ustalić rano ( czyli po jakiś trzech godzinach snu ). I o 3 w nocy zaczyna się cała historia.

       Wyjazd z domu, z ciepłego łóżka to jedno, bo mimo całego wniebowzięcia, tak krótki sen robił swoje, a niedziałająca żarówka z samochodzie to drugie. Przez Słowację nie było mowy jechać z jednym światłem. Pierwsza stacja i pan, który sprzedał złe światło, druga stacja i znów kombinacje z zakładaniem i się udało. Jesteśmy godzinę w plecy, a w planach było bycie na miejscu koło piątej. No nic, mimo stresu i nerwów, których się najedliśmy, wyjechaliśmy z zamiarem wyjścia na Kościelec. W końcu.
 
 Oczywiście Tatry, jak zawsze powitały nas o wschodzie w mgłach. Polecam każdemu miłośnikowi do zobaczenia na własne oczy. Zdjęcia nigdy nie oddadzą tej uroku. Chwila konsternacji i pada stwierdzenie: „ja dziś umrę, jak mnie nie będzie na tych Rysach…” I zgadnijcie, co się stało? Tak, zmieniliśmy decyzję i zaryzykowaliśmy. Co z tego, że jeszcze pojechaliśmy złą drogą i trzeba było zawracać, ważne było to, żeby w ogóle dotrzeć.
     W Palenicy byliśmy kilka minut po szóstej.
 
 Drogę do Morskiego Oka pokonaliśmy w półtorej godziny. Jeszcze nigdy tak szybko nie szłam. Widok Mięguszowieckich Szczytów i Mnicha od razu nas uspokoił. „I znów tu jesteśmy, znów wróciłam”- pomyślałam sobie gdzieś głęboko w sobie. Całą swoją miłość trzymam w dłoniach, czego można chcieć więcej? 
 

 

 

Mięguszowieckie Szczyty, po prawej Mnich i Morskie Oko.

 

 

 

Obejście Morskiego Oka- początek szlaku do Czarnego Stawu pod Rysami.

 

 

Po prawej stronie, tuż nad koronami drzew- tam znajduje się Czarny Staw pod Rysami.

 

 

 

Ostatnie podejście do stawu.

 

     Od samej Palenicy prowadzi szlak czerwony, więc dalej kontynuowaliśmy trasę właśnie nim. Drugim etapem był Czarny Staw pod Rysami. Po schodkach do stawu i w lewo, obchodzimy Morskie i po krótkim czasie zaczęło się podejście. Duże kamienie ułożone w schody i trawers. Im wyżej tym rzecz jasna więcej widać. Szpiglasowy w całej okazałości, Miedziane, czy Wrota Chałubińskiego. Mięgusze z innej perspektywy. Do Czarnego Stawu szliśmy tyle, ile wskazywał szlak, czyli ponad czterdzieści minut. Podejście lekko męczące, ale dobra rozgrzewka przed samym szlakiem na Rysy. To był tak naprawdę dopiero początek. 
 

 

 

 

 

    Czarny Staw ma coś w sobie. Wygląda tajemniczo na tle z Rysami i Żabimi Szczytami, ma taki specyficzny klimat, którego nigdzie indziej nie da się spotkać. Niepoznany.
    Szlak na Rysy to tylko, albo aż 3 godziny i 20 minut. Stamtąd, spod stawu, możemy iść również na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem szlakiem zielonym, ale wybieramy znów czerwony na Rysy. Cóż, nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Tak sobie wybraliśmy, tak teraz trzeba było iść. Czasu na narzekanie nie było, ani zbytnio ochoty. Ruszyliśmy od razu. 
 

 

Jeszcze nad Czarnym Stawem.

 

 

 

 

 

Panorama w stronę Morskiego Oka.

 

 

Ostatnie podejście pod  Bulę pod Rysami.

 

 

Bula pod Rysami ( 2054m n.p.m. )

 

 

 

 

W tle Morskie Oko, Miedziane i Grań Wołoszynów.
Szlak z początku idzie lekko pod górę, trawersuje cały czas. Co jest dodatkowym atutem to cień. Słońce nie pali twarzy. Z czasem, im jesteśmy wyżej, tym robi się stromiej, kamienie, a raczej już głazy są coraz większe i masywniejsze. Z każdej strony otaczają nas niemalże pionowe ściany Mięguszowieckich Szczytów. Wkrótce, po żmudnej i męczącej wędrówce, osiągamy tzw. Bulę pod Rysami. Tam robimy postój. Ostatni, jaki był przed samym wejściem na szczyt. Panorama przepiękna. Taka sama praktycznie ( mowa o stronie Morskiego Oka ), jak ze stawu, tylko patrzymy na to wszystko z góry. Pod odpoczynku, znów pora ruszać.  Rękawiczki do wspinaczki już naszykowane, wypatrujemy już łańcuchów. Im dalej i wyżej, tym stromiej i doskwiera brak roślinności. Pojawiają się pierwsze łańcuchy. Szczegółów nie jestem  w stanie zbytnio opisać ze względu na to, że wszystko przerosło moje oczekiwania. Na początku było jeszcze spokojnie, ale z czasem robiło się naprawdę ciężko i stromo. Łańcuchy były są rozłożone w różnej odległości. Czasem są, a czasem ich po prostu nie ma, gdyż nie są konieczne. Czeka nas wdrapywanie się na skalne półki ubezpieczone łańcuchami. Pojawia się przepaść i duża ekspozycja. Nie odwracałam się za siebie i mocno trzymałam się skał oraz łańcucha. Czasem, gdy zrobił się chwilowy zastój, skrobałam sobie wyschnięte roślinki ze skał, tak dla odprężenia. Osoby z lękiem wysokości mogą mieć trochę problemu. Latem na tym odcinku jest dużo zatorów, co utrudnia przedostanie się na wyższe partie. Trwa to o wiele dłużej, bo szlak nie przewiduje kolejek. Po męczącej wspinaczce wchodzimy na odcinek, na którym jesteśmy blisko pionowych ścian, o których pisałam. Tutaj pojawia się wąskie i strome przejście, trzeba tam szczególnie uważać, żeby się nie potknąć, bo zatrzymać się w locie raczej nie ma gdzie. Łańcuch w dłonie i przechodzimy przez wąskie przejście, gdzie z obydwu stron jest kilkusetmetrowa przepaść. Na szczęście przejście nie jest długie. Po krótkim czasie zostają jeszcze dwa trudne momenty. Do jednego właśnie dochodzimy. Mocno trzymając się łańcucha, idziemy po skalnej półce, z prawej strony jest przepaść. Wchodzimy na kawałek ziemi i musimy wspiąć się na duży głaz i wpinać się do góry ( widząc i wiedząc, że mamy pod dwóch stronach przepaście ). Na forach, wiele osób pisało, że to najtrudniejszy i przerażający fragment szlaku. Ale uwierzcie mi, nie był wcale taki zły. Jest wiele momentów, które są gorsze. Później już tylko wspinaczka z łańcuchami i docieramy do ostatniego podejścia na szczyt. Nie ma łańcuchów, dlatego używamy rąk i wdrapujemy się na szczyt. Niski wzrost może sprawiać troszkę kłopotów, ale jeśli jest siła w rękach to można się podciągnąć lub poprosić kogoś, by albo podał rękę, czy wepchnął. Nie ma się czego wstydzić, nie wszystkim wszędzie jest łatwo!
 

 

Widok ze strony polskiej na szlak słowacki.

 

 

Widok z Rysów w stronę Tatr Wysokich.

 

       I po kilkugodzinnych zmaganiach dotarliśmy. Rysy zdobyte! Ta magiczna granica 2500 metrów przekroczona! Euforia i szeroki uśmiech plus dygoczące nogi i zresztą, całe ciało. Rysy mają trzy wierzchołki. Na każdy możemy wejść. Ludzi było bardzo dużo. Widok na całe Tatry Wysokie, z  Gerlachem, Wysoką, Lodowym Szczytem, a z drugiej strony grań Orlej Perci, Morskie Oko ( jakie to schronisko jest malutkie… ) i Czarny Staw pod Rysami. Mieliśmy dużo szczęścia, bo po kilku minutach bycia na szczycie, przyszła chmura i zaczęła snuć się między górami. Kilka zdjęć udało się zrobić. Nie sądziłam, że wszystko się tak ułoży i jednak zdobędę te Rysy. Do dziś cieszę się z tego, jak dziecko i nie mogę uwierzyć, że się udało, mimo porannych problemów. Szlak na Rysy od strony polskiej jest trudny. To trzeba przyznać. Mocno eksponowany i stromy. Trzeba mieć głowę na karku i bardzo uważać. Nie ma czasu na podziwianie widoków, bo ktoś zacznie popędzać, a też jest niebezpiecznie i może zakręcić się w głowie. Długa droga z Morskiego Oka, aż na Rysy jest bardzo wyczerpująca. Trzeba mieć kondycję i jednak trochę wcześniej pochodzić, bo jest to, chcąc nie chcąc, szlak wymagający. Zmęczenie w drodze do Czarnego Stawu pod Rysami, a potem jeszcze wspinaczka. Daje w kość. Naprawdę. Mimo tego, widoki wynagradzają wszystko. Sama satysfakcja z tego, co się dokonało i podziw, że taki mały człowiek, a potrafi wejść na takie góry to coś, czego nie da się opisać słowami. Trzeba to przeżyć.  
       A co stało się na szczycie Rysów? Jaka decyzja zapadła? Co wydarzyło się po zejściu i dlaczego wylądowaliśmy ponad 5o kilometrów od Palenicy? O tym już wkrótce.