Październik 24, 2016

CZĘŚĆ DRUGA: Rysy od polskiej i SŁOWACKIEJ strony- opis szlaku i relacja!

      Jak wspomniane zostało w poprzednim wpisie, część druga to opis szlaku na Rysy od strony słowackiej. Dla bardziej wtajemniczonych może się wydawać odrobinę dziwne wchodzić od jednej, a schodzić od drugiej, skoro obydwa szlaki nawet się nie łączą, zaczynają i kończą się od siebie dość daleko.

Owszem, gdy ktoś ma transport, czy nie czeka na niego samochód, to może sobie pozwolić na taki wyczyn, ale tak iście spontanicznie? Właśnie. I tak też w moim wypadku się stało. Bez wcześniejszego planu, bez ubezpieczenia, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, zeszliśmy sobie z drugiej strony.

     Siedząc na szczycie Rysów, zastanawiałam się, jak zejdę. Spojrzałam tylko w stronę szlaku i moim oczom ukazała się bardzo dłuuuuga kolejka ludzi. Jeden za drugim, jeden za drugim i zator się nie kończył. Niektórzy próbowali wymijać, ale nie poszaleje się zbytnio przy takiej stromiźnie. Najgorzej mieli Ci, co schodzili. Nie mieli dostępu do łańcucha, bo ludzie wchodzący kurczowo się go trzymali. Poczułam serce w gardle i czarno widziałam schodzenie. Bądźmy szczerzy, trochę się bałam. Ze względu zatoru i ze względu tego, że schodzenie jest gorsze. Po przedyskutowaniu wszystkiego, mój mężczyzna postanowił, że nie będzie naciskał i spróbujemy zejść po stronie słowackiej. Wiedzieliśmy, że bez ubezpieczenia może być ciężko, gdyby się coś stało i transport do Zakopanego może nawet nie istnieć. Ale pomyśleliśmy sobie, że raz się żyje i idziemy na dziko! Mieliśmy ogromne nadzieje, że zejdziemy sobie w konkretnym miejscu i znajdziemy busa do Zakopanego, mniej więcej znaliśmy miejscowość słowacką i szlak, bo wcześniej na niego patrzyliśmy, ale jednak wszystko potoczyło się nieco inaczej.
      Ostateczną decyzję podjęłam ja, więc wszystkie skargi i zażalenia przyjęłam na klatę.


Wkraczamy z powrotem na czerwony szlak i ruszamy około godziny dwunastej na dół. Szlak, który pokonujemy to trawers kamienną ścieżką, którą ciągnie się aż do Chaty pod Rysami, którą ochrzciłam nazwą Puszka, ze względu na puszkowaty wygląd. Należy uważać, bo podłoże jest bardzo sypkie, ludzi mnóstwo i albo my możemy zrzucić jakiś kamień na kogoś, albo ktoś może zrzucić na nas, zwłaszcza, gdy sobie będziemy chcieli iść prosto, a nie trawersować, jak prowadzi szlak. Nie ma co kombinować, bo nawet najmniejszy kamyczek może okazać się bardzo nieprzyjazny. Do chaty dochodzimy w około godzinę. Widzimy, jak taternicy wspinają się po pionowych ścianach i coś krzyczą ( jak zawsze zresztą, oni mają pozytywne podejście do życia, nawet wisząc nad kilkusetmetrową przepaścią ). Schronisko znajduje się w Dolinie Żabiej Mięguszowieckiej. Widać jeszcze nosiczów, którzy wnoszą prowiant ( w zamian dostają herbatę z sokiem malinowym ). Jak wróciłam do domu, poczytałam sobie troszkę o chacie i robi wrażenie, naprawdę. Polecam, jako ciekawostkę. 
     Z chaty zaczynamy wędrówkę w stronę Popradzkiego Stawu. Jeszcze jakiś czas idziemy kamienną ścieżką, aż docieramy do pierwszych łańcuchów i klamer na skalnej płycie. Nie sprawia to żadnych trudności, łańcuchy i klamry obeszłam ze względu na to, że w kolejce w stronę szczytu, wzdłuż łańcucha stało może z pięćdziesiąt osób? Troszkę przesada, żeby tak kurczowo się go w tym miejscu trzymać i nikogo nie przepuścić, ale jeśli ktoś się bardzo bał to niech już zostanie. Wspominałam o schodach, które zamontowano właśnie na tym odcinku. Na szczęście jeszcze ich tam nie było i dane było mi przejść po skałach. Można je pewnie ominąć, jeśli ktoś nie chce po nich koniecznie iść, a zrobiono je, by ułatwić początkującym turystom, który nie są oswojeni z łańcuchami i klamrami, wejście na tak wysoki szczyt. Weszliśmy na pół godziny na niebieski szlak. Oznaczenia są bardzo dobre, więc łatwo jest się odnaleźć.
      Dalej droga prowadzi trawersowo w dół, robi się bardziej delikatna. Głazy coraz większe i po jakimś czasie zbliżamy się do stawu, przy którym nie spędzamy zbytnio czasu, bo godziny nas gonią. Staw jest duży i otaczają go przepiękne góry. Coś, jak nasze polskie Morskie Oko. Robi podobne wrażenie. Warto się też przejść tam nawet bez zamiaru wejścia na Rysy. 
      Po minięciu stawu, wracamy na szlak czerwony i przez chwilę idziemy jeszcze skalną ścieżką, ale wkrótce wkraczamy w kosodrzewinę i ścieżkę. Przed nami las, w który niedługo potem wchodzimy. Słońce już tak nie przygrzewa, więc można od niego odsapnąć. Droga przez las jest bardzo przyjemna. Piękny, nienaruszony, dziki las. Czasem wchodzimy też w otwartą przestrzeń i za sobą widzimy oddalające się od nas wysokie szczyty. Dochodzimy po ponad godzinie do Szczyrbskiego Jeziora, schodzimy kamienną ścieżką i wchodzimy na drogę asfaltową. Tutaj się troszkę pogubiliśmy, każde z nas miało inną wizję na zejście, ale pomógł nam GPS i godzinne dreptanie asfaltem dało się we znaki. Było około godziny piętnastej. Niesamowicie duszno i chmury kotłowały się nad naszymi głowami. Jeszcze by brakowało, żeby zaczęło grzmieć… Na szczęście się rozeszło. Dotarliśmy do małego miasteczka Szczyrbskie Jezioro ( Strbske Pleso ). I zaczęło się robić dopiero ciekawie…
        Szlak się skończył i szukamy przystanku. Chodziliśmy, szukaliśmy wzdłuż i wszerz jakichkolwiek informacji. I nic. Pytaliśmy ludzi, nikt nic nie wie. Po sprawdzeniu mapy, okazało się, że jesteśmy ponad 50 kilometrów od Palenicy. Nic na koncie, żeby kogokolwiek poinformować, że się trochę pogubiliśmy i dać znać, że wszystko z nami dobrze. Już miałam lekką panikę w głowie, ale ogarnęłam się i poszliśmy łapać stopa. Dwa razy zmienialiśmy miejsce. Po godzinie łapania zabrała nas pewna parka z Krakowa ( jeśli to czytacie to uratowaliście nam życie i dziękujemy raz jeszcze, może się kiedyś jeszcze spotkamy! ). Podrzucili nas trochę dalej niż jechali, bo do większego miasteczka, jak Tatrzańska Łomnica. Nie sądziłam, że tego dnia będę jeszcze podziwiać masyw Łomnicy z tak bliska. Nasi wybawcy odjechali, a my musieliśmy szukać i działać dalej. Wypłacone pieniądze i szukamy przystanku. Znaleźliśmy bus do Łysej Polany zaraz po siedemnastej. Ale teraz pytanie: czy on w ogóle pojedzie? Pozostało nam teraz cierpliwie czekać. 

Zjedliśmy wykwintną wspólną obiado-kolację pod Łomnicą, co dało dużo siły na to, co się jeszcze będzie działo. Poszliśmy jeszcze łapać stopa, ale nikt się nie zatrzymał ( nie dziwię się, twarze wymordowane ). Poszliśmy na busa i obok nas siedziała parka. Okazało się, że to Polacy. Kolejni Polacy. Mój zapytał, czy czekają na busa i okazało się, że jednak jedzie. Byliśmy uratowani! Rozmowa potoczyła się dalej, opowiedzieliśmy im wszystko po kolei, byli w lekkim szoku i zaproponowali, byśmy wysiedli z nimi w Jaworzynie i podrzucą nas do Palenicy. Kolejne anioły stanęły na naszej drodze… 
      Bus przyjechał, poratowaliśmy ich eurakami i po godzinnej jeździe byliśmy w Jaworzynie, a stamtąd parka ( też z Krakowa i równie mocno ich pozdrawiam i dziękuję ), podwiozła nas pod sam parking. Było trochę po godzinie osiemnastej. Od razu telefon do domu, że żyjemy i wszystko jest dobrze. Nie mogłam uwierzyć, że tak się to wszystko potoczyło… Zdjęć jest mało, co mnie odrobinę boli. Uzupełnię folder następnym razem, bo jak w każde miejsce, zamierzam wrócić. Zdezorientowanie i stres wzięły górę, więc o zdjęciach nikt nie myślał. Do dziś, jak o tym wszystkim myślę, to nie mieści mi się to w głowie. To była najbardziej szalona rzecz w całym moim życiu. Byliśmy tak daleko, tyle się podziało, były chwile załamania nerwowego, a mieliśmy tyle szczęścia, że wszystko skończyło się tak cudownie dobrze. Piszę to wszystko teraz, cała roztrzęsiona i podekscytowana, cała się trzęsę z radości. Dwa wariaty pojechały na Rysy i miały przeboje większe niż w jakimś big show z telewizji. Najbardziej szalona rzecz, jaka spotkała mnie w życiu. 

W drodze do domu pokazała nam się najpiękniejsza tęcza, jaką przyszło mi widzieć w życiu!
       Podsumowując szlak na Rysy od strony słowackiej: jest on o wiele prostszy niż ze strony polskiej. Nieco krótszy przede wszystkim i niezbyt wymagający. Wymagał jedynie dobrej wytrzymałości, bo trasa prowadzi cały czas do góry, raz mocniej, raz łagodniej. Męczący. Bardzo męczący. Szczególnie w upalny dzień, gdyż marsz jest praktycznie w ciągłym słońcu. Mimo tego, widoki są piękne. Szlak warty odwiedzenia.