Październik 10, 2016

Beskid Mały zimową jesienią- Potrójna, Łamana Skała i Gibasów Wierch!

                    

      Pogoda niestety ostatnio nie sprzyja. W sumie to nie sprzyja niczemu. Mimo tego, szukam pozytywnych stron i postanowiłam poszukać ich w Beskidzie Małym. Chęci nie brakowało, a brakowało mi gór. Już targało i szamotało stopami, żeby gdziekolwiek iść. I się udało. Uzależnienie wygrało. Na szczęście. 

Beskid Mały był dla mnie czymś nieodkrytym i niepoznanym, bo jakoś nigdy konkretnie się nim nie interesowałam. Byłam na Czuplu, ale na tym się skończyło. Góry niewielkie, ale dziś mogę przyznać, że urokliwe i miło nas ugościły przez te kilka godzin. Najbardziej ciekawiło mnie to, ile śniegu będzie i czy w ogóle będzie. Zeszłej zimy bardzo dużo się chodziło, więc żadnego problemu, czy stresu przez zimnymi rękami, czy szczypiącym nosem, nie miałam. Rano pogoda lekko przytłaczała, ale nastawienie zmieniała od razu świadomość, że hej, halo! idziemy w góry!
       Zaczęliśmy z zajazdu w Kocierzu, a celem była Potrójna.

Zainteresowani mogą wybrać się do Chatki Studenckiej. W tamtym rejonie jest ich kilka.


 Ciekawe przejście, spacerowe można by rzec, nie dało się zmęczyć, ani dostać zadyszki. Kolorowe liście usłały drogę, więc żadnego czerwonego dywanu nie było trzeba. Najśmieszniejsze było to, że na każdym zakręcie czekało się tylko, aż zza drzew wyłonią się skalne tatrzańskie szczyty. Takie przyzwyczajenie po całym lecie chodzenia po Tatrach. Po godzince byliśmy już na Potrójnej, na której było dużo śniegu! Pierwszy śnieg tej jesieni. Zimowa jesień. Widoczność niestety nie była dobra, bo wszystkie chmury złośliwie wszystko zasłoniły, a widok byłby piękny. No cóż, niestety. Następnym razem. 


       Kolejnym celem była Łamana Skała, do której dotarliśmy dość sprawnie. Słonko próbowało się nieco przebijać, ale szybko chmurzyska je tłumiły. Na Łamanej Skale krótki odpoczynek i trzeba było wszystko zbadać, żeby żaden szczegół nie umknął. Miło się oglądało i siedziało, ale trzeba było ruszać dalej. 

     

       Po drodze „znaleźliśmy” skrytkę geocaching. Niestety, nie wpisaliśmy się, bo nie mieliśmy długopisu…   Mimo to, bardzo dobra skrytka!

                

           Świetnie to wyglądało, jak w westernie, ale nie wiem o co chodzi…

         

                                                                               Pilsko.

                                                Na zdjęciu widoczna zasypana Jaskinia Lodowa.

                              
Po drodze na Gibasów Wierch wyszło wreszcie słonko i niebo zrobiło się błękitne. Czułam się, jak w lecie, bo zrobiło się dosyć ciepło. Minęliśmy polany Gibasowego i ponownie weszliśmy na leśną drogę. Gdy byliśmy w Łysinie u podnóża Ścieszków Gronia, okazało się, że jesteśmy w okolicy skałki Zamczysko. Jak to na eksploratorów przystało, musieliśmy je zobaczyć. Wcześniej nikt nie wiedział, że będziemy mijać takie atrakcje. 
       Skały były naprawdę potężne. Była też jaskinia- Lodowa, długa, bo aż 59m długości. Nigdzie niestety nie znajdziecie informacji, że niestety nici z jaskini, bo jest zasypana. Szkoda, że nigdzie informacji nie ma, poszukiwania w internecie były. Mimo tego, skały zrobiły wrażenie. Czułam się, jak w labiryncie bez wyjścia, gdy sobie szłam pomiędzy głazami. W jeden olbrzymi kamień wczepione były „oczka”, jakby ktoś chciał się wspinać. Także urokliwe miejsce. 

        Trasa powoli dobiegała końca i zostało zejście. Jakiś czas potem już samym asfaltem, aż do samochodu ( nieźle trzeba było iść pod górkę i wtedy tak naprawdę solidnie się zmęczyłam i nabrałam pięknych buraczanych barw).
         Podsumowując wypad, myślę, że mogę go podpiąć pod trasę spacerowo-krajoznawczą, ale oczywiście, jako wyprawę górską. Nie było męcząco, pod górę mało co, tak optymalnie, żeby też się trochę mieć kiedy rozgrzać, bo momentami było bardzo chłodno. W gorszą pogodę polecam mieć nieprzemakalne buty i rzeczy, bo szlak jest zabłocony, są gigantyczne kałuże bez dna i zwalone drzewa, które trzeba jakoś omijać. Nie wiem, jak jest tam latem, ale wydaje mi się, że jesień nadaje tym miejscom swojego osobistego wdzięku przez co stają się podwójnie piękne. Jesień to moja ulubiona pora roku, więc może dlatego na moją opinię ma to duży wpływ. Sam klimat Beskidu Małego jest dość specyficzny. Czasem wydaje się, że już w danym miejscu się było, bo niektóre ścieżki wyglądają tak samo, ale to wcale nie zraża, wręcz ma to swój czar. Polecam, bo warto. Choćby w niedzielny trekking, jak my. Jak na razie, chciałabym tam wrócić szczególnie dlatego, że intrygują mnie widoki z Potrójnej. Ubolewam, że nie było mi dane nic widzieć… ale mam nadzieję, że gdy tam wrócę, to może chmury będą łaskawsze.