Październik 05, 2016

Babia Góra Trip, czyli 50 kilometrów w (niecałe) dwa dni!

    


    O Tatrach pisze się bardzo przyjemnie, trasy wspomina się niezmiernie miło i z sentymentem, zwłaszcza teraz, gdy pogoda tak bardzo nie sprzyja, ale istnieją także wyprawy w ukochane i bliskie sercu Beskidy. Przypominają mi się ostatnie dni wakacji i trip na Babią Górę.
Pierwsza wyprawowa wyrypa pod namiotem, dzięki której wiele zyskałam, ale też o mały włos nie straciłam. 
        Pomysł snuł się po głowach od kilku dni, więc wypadało spiąć swoje cztery literki i zadanie wykonać, a raczej spełnić swoje małe marzenie. Zdobycie Babiej Góry, o której właśnie jest mowa, było nie lada wyzwaniem (zwłaszcza, że była tak daleko). Czerwony szlak beskidzki, którym planowaliśmy iść ciągnie się z Ustronia, a kończy w Wołosatem, ale my, jak na razie postanowiliśmy przejść jego fragment. 
        Sierpniowym popołudniem, z ciężkimi, wypakowanymi po brzegi plecakami, starym namiotem i masą (pysznego!) jedzenia ruszyliśmy, jeszcze szlakiem zielonym na Halę Rysiankę, skąd jeszcze tego samego dnia, musieliśmy dojść na Halę Miziową, na której zaplanowaliśmy nocleg. 

Na Rysiance włączyliśmy się w szlak czerwony, którego koniec dopiero był na Babiej. A gdzie ta Babia była… Daleko. Bardzo daleko, jak się na to patrzyło z hali. My, nieprzyzwyczajeni do takich gabarytów plecaków nie byliśmy w stanie iść naszym stałym tempem. Trzeba było kapkę zwolnić. Moje plecy szczerze mówiąc odezwały się dopiero następnego dnia rano. Około godziny dwudziestej byliśmy już pod Pilskiem na Miziowej, załatwiliśmy formalności ( z drobnymi problemami z dokumentami, ale dało się dobrego pana przekonać). Namiot rozłożony, wszystko na swoim miejscu, więc przyszedł czas na upragnione jedzenie. Niestety, marzenia o kiełbasie z musztardą z ogniska legły w gruzach, gdyż nie było nas stać na zakup drewna (biedne dzieci). Cóż, ryzykować podbierania z lasu nikt nie będzie, bo już stwierdziliśmy, że to przemilczymy. Był za to turystyczny piecyk, więc zamiast upiec kiełbasy, to ją ugotowaliśmy i było równie dobre. Zawsze trzeba znaleźć drugie wyjście.
Potem było spanie i wstawanie o 4.30.

                                                            Budząca się i zaspana o wschodzie…

 Szybkie śniadanie ( nieudana jajecznica), zwijka i w drogę. Ciężko było wstać, a zwłaszcza się zebrać, podnieść ciężki plecak, gdy kości bolały z poprzedniego dnia. A czekał nas całodniowy, kilkugodzinny marsz. Nie ukrywam, byłam troszkę przerażona, ale starałam się myśleć pozytywnie. 
         Kilkugodzinny już marsz dawał solidnego kopa, siły tracone pod każdą górką, ale dzielnie dawaliśmy radę i trzymaliśmy wcześniej ustalone tempo. 

Minęliśmy Przełęcz Glinne, Jaworzynę i Mędralową, na której zatrzymaliśmy się na borówki, które uzupełniły choć trochę utraconej energii. I tam zabrakło nam wody. Niestety. Może ktoś pomyśleć: co za bezmyślność, marnotrawstwo, łapczywość, czy nieogarnięcie, złe przygotowanie. Wyprzedzę pytania, wody mieliśmy bardzo dużo! Kilka dużych butelek, a jednak brakło. Do Babiej kilka godzin, a my bez picia. Cóż, trzeba było iść. I tak przez kilka godzin, do czasu wkroczenia na teren parku narodowego. Tam w pobliskim potoku uzupełniliśmy butelki i ruszyliśmy dalej. Cel był blisko, ale sił coraz mniej. Gdy wreszcie dotarliśmy do schroniska w Markowych Szczawinach, po krótkim odpoczynku, od razu ruszyliśmy Percią Akademików na szczyt Babiej.


 Na ostatnim podejściu kompletnie straciłam siły. Byłam wyczerpana i zmęczona. Nie miałam siły iść dalej. Kręciło mi się w głowie. Upadłam z braku sił. Myślałam, że zemdleję. Rozważałam wycof. Ale w ostatniej chwili postanowiłam poratować się elektrolitami i wiecie co? Pomogły. Bardzo pomogły. 

                                                     Najgorsze zdjęcie pod słoń…pod chmurą.

Po godzinie siedemnastej zdobyliśmy Diablak. Wymęczeni niesamowicie. Plecaki były nie do zniesienia. Góra nie pozwoliła ujrzeć Tatr, czy Beskidów, bo była cała w chmurze. Po krótkim czasie, nadeszła chwila, by przejść do ostatniego etapu podróży. Ciekawie było schodzić drogą, którą wychodziło się kilka miesięcy temu zimą, gdy było najzimniej w świecie i bardziej ślisko niż na lodowisku, ale to już całkiem inna historia. Odgniecione nogi, bolące plecy, pot, głód, zmęczenie i radość. Dotarliśmy. Daliśmy radę. To było teraz jednak najistotniejsze.
          Czerwony szlak beskidzki, ten fragment, godny polecenia. Sprawdza kondycję, wytrzymałość i wytrwałość fizyczną i również psychiczną. Warto go pokonać, by chociażby sprawdzić samego siebie i swoje możliwości.