Wrzesień 23, 2016

Góra moją dopaminą!

          Jeśli ktoś kilka lat temu powiedziałby tej małej złośnicy, że będzie tak szybko zdobywała szczyt za szczytem to zapewne głośno by się zaśmiała. Przysięgam Wam. Bo jak to jest możliwe? Tak szybko? Tak ostrożna dziewczynka, która kolejność zjadania posiłku z talerza opracowuje według konkretnych i skomplikowanych metod? A jednak mimo wszystko, mimo wszystkich swoich wewnętrznych barier, lęków i fanaberii, w ciągu roku zrobiła tak gigantyczny krok w swoim życiu, że codziennie zastanawia się, jak to jest możliwe. Możliwe.
Nie pytajcie w jaki sposób, bo nie znam odpowiedzi. Po prostu z dnia na dzień szłam do przodu i łamałam swoje lęki.
          Od małego pociągały mnie góry. Ich wielkość i potęga. Cisza i spokój. Dzikość. Piękno. Zamglone szczyty. Pełne promieni słońca doliny. Lasy w chmurach w zapachu deszczu. Nigdzie nie czułam i nie czuję się tak dobrze, jak tam. Czuję się spełniona i naprawdę w swoim świecie, gdzie mogę swobodnie oddychać i czyścić rozum od chaosu szarej codzienności. Zatem można sobie wyobrazić, że zawsze byłam częstym bywalcem na górskich szlakach. Mam w sobie coś z estety. Wrażliwość na góry i spojrzenie na nie, wywołuje stany euforyczne, a nawet łzy wzruszenia, gdy widzę całe to otaczające mnie piękne, których nie potrafię opisać. A może, „jeszcze” nie potrafię opisać?
          Mówią: strach ma wielkie oczy. Ma niesamowicie wielkie oczy i coś o tym wiem, ale przez ten cały czas, z każdym jednym krokiem do przodu, dodawałam sobie swoją wersję tego zdania. Strach ma wielkie oczy, ale tylko wtedy, kiedy stoisz w miejscu. Postawiłam na zmiany. Powiedziałam sobie, że już czas, by coś zrobić. Stanie w miejscu nie wpływa dobrze na rozwijanie się. W ogóle nie wpływa. I zrobiłam pierwszy krok. Może i w oczach wielu ludzi to tak naprawdę nic wielkiego, bo każdy może sobie iść gdzie chce i kiedy chce. Ja nie mogłam, bo bałam się, jak małe dziecko. Bałam się lęku wysokości, jakkolwiek to brzmi, że spadnę, że się zgubię, że nie wrócę do domu, albo wrócę ze złamaną nogą, albo gorzej, że ściągana ze skały na linie, spadnę razem z zerwanym sznurem. Chaos w głowie i to zaparcie. Za każdym razem tylko „nie i nie”. Pamiętam to jak dziś, jak w Małej Fatrze pod Małym Rozsutcem, zaparłam się i powiedziałam, że nie idę dalej i zostaję na dole. I tak oto tym sposobem nie zdobyłam góry, bo piekielnie przeraził mnie łańcuch. Brzmiało to dla mnie, jak koniec świata. A dzisiaj? Żałuję. Wytykam sobie to palcem, ale w gruncie rzeczy miałam do tego prawo, jednak nie dało mi to spokoju. Zawiodłam samą siebie. Później pojawiało się coraz większe zafascynowanie. Bieskidy zawsze były bliskie memu sercu, ale hmm… Są jeszcze Tatry. Już kiedyś wędrowałam sobie z małym plecaczkiem do znanych wszystkich dolinek, a najbardziej szalonym wyjściem było zdobycie Kasprowego Wierchu i Doliny Gąsienicowej bez podeszw w butach. To było dla mojego małego umysłu coś nie do ogarnięcia i coś ogromnego! I, do dziś jest.
          Mijały miesiące, coraz częściej i coraz więcej zradzało się w mojej głowie pomysłów i planów. Chęci zdobycia jakiejś skalistej góry, co było moim marzeniem. Jeszcze wtedy odległym. Przeglądanie forów, blogów, zdjęć i inspiracji, a chęć coraz większa. Chęć zrobienia tego solidnego kroku narastała coraz bardziej. Miałam wsparcie i pomoc. Motywację bliskiej mi osoby. Wtedy postawiłam wszystko na jedną kartę „teraz, albo nigdy”. I stopniowo zaczęło się planowanie tras. A raczej, tylko początek był wystopniowany. Wróciłam do korzeni, ale tym razem weszłam na ten sam szczyt (uwaga…) z podeszwą! A później? Uroki tatrzańskich szlaków, przetaczające się wśród wierzchołków chmury o wszystkich kolorach, ta głęboka cisza i bezkres, brak zasięgu w oczach, sprawiły, że zaczęłam tam wracać. Coraz częściej i o coraz większych ambicjach i pomysłach, których nie szło zliczyć. Stopniowanie szlaków skończyło się i zaczęły się rzuty na naprawdę trudne trasy. Czułam się niepewnie, ale wierzyłam, że sobie poradzę. Wiedziałam, że muszę. Jeszcze nie tak dawno zrobiłam najbardziej szalony wypad w swoim życiu i następnego dnia chciałam więcej. Z tym jest, jak z uzależnieniem. Góry to moja osobista dopamina. Ktoś może stwierdzić, że nierozsądna, że niepoważna, ale gdyby patrzeć na wszystko takimi kategoriami, moglibyśmy równie dobrze utopić się w szklance wody. Pewnie zapytacie, to gdzie ten lęk? Gdzie strach i jego wielkie oczy? Może wcale go nie było? Otóż był i jeśli zechcę to znów wróci. Jeżeli miałabym podać przepis na swój mały sukces to jest to właśnie chęć zrobienia tego pierwszego kroku. Próba siebie. Próba determinacji. Zrobisz pierwszy, zrobisz i drugi i trzeci, czwarty i piętnasty. Nie istnieje tłumaczenie, że się nie da. Chcę, pragnę, więc idę i działam, by spełniać swoje marzenia i cele. Zyskałam coś niesamowitego. Pasję. Marzenia. Szczyty. Przełamałam swoje bariery i wreszcie się otworzyłam na to, co zawsze we mnie było. Gdzieś głęboko ukryte w środku.
          Góry wypracowały we mnie więcej pokory.  Nie raz i nie dwa dały mi się we znaki pod różnymi postaciami. Pokazały mi, że nie można ich lekceważyć i trzeba też o siebie dbać, żeby mierzyć siły na zamiary. Dały więcej rozsądku. Wykształciły silną wolę, ducha walki, gdy było naprawdę ciężko. Wykształciły samozaparcie. To była próba, moja walka ze słabościami, którą przeszłam. Dziś mogę powiedzieć samej sobie, że jestem z siebie dumna i zdobyłam swój własny szczyt.
          I o tym właśnie będę pisać, co będzie sprawiać mi ogromną radość i satysfakcję ( zapalony pisarz z wielkiego zdarzenia…). O tych wszystkich wyprawach, by ukazać swoje niedoskonałości i błędy, żeby ktoś nie popełnił tego, co popełniłam ja. Podzielę się swoim doświadczeniem, znikomym, ale od czegoś trzeba zacząć, które mimo wszystko zdobywam przez cały czas, ale nie tylko. Wiele inspiracji, pomysłów i pasji nauczę się od ludzi, od Ciebie, który teraz czytasz te słowa, to taka wzajemna pomoc. Chcę również zobaczyć Twoją miłość do gór. Nie mam idealnych sprzętów, portfela wyładowanego kasą, milionów ton paliwa w aucie na częste wyjazdy. Talentów wybitnych nie posiadam. Jestem zwyczajną, drobną osóbką stąpającą po tej rzeczywistości, a jedno czego pragnę to uśmiechać się spełniając swoje marzenia i dążąc do swoich celów, które sobie obieram i tworzę w swoim małym świecie w miejscu, o którym dobrze wiecie.