Wrzesień 26, 2016

Czerwcowy Starorobociański, Kończysty i Trzydniowiański Wierch za jednym razem!



         Wyprawa na Starorobociański Wierch zalicza się do moich ulubionych i najbardziej urokliwych tatrzańskich tras. Reasumując, tak naprawdę mogę szczerze przyznać, że od „starej roboty” wszystko się zaczęło. Klin, bo tak nazywają górę Słowacy, od dawna był obiektem zainteresowań. Marzeniem, którego pragnęło się w snach i w rzeczywistości. Wybieraliśmy się na niego od dłuższego czasu, ale wszystko nas od niego odciągało. W końcu samozaparcie wygrało i zapadła decyzja: ruszamy na Starorobociański!

          Na tą zachodnio tatrzańską wyprawę wybraliśmy się od strony Doliny Starorobociańskiej, coby po drodze zobaczyć Chochołowską i przy okazji przejść kolejne dwa szczyty Kończystego i Trzydniowiańskiego Wierchu. 


          Czerwcowy poranek okazał się być od samego początku bardzo łaskawy, słonko mocno grzało i nie czuliśmy zimna. Uwierzcie mi, jako mała dziewczynka miałam okazję zwiedzić Dolinę Chochołowską w biały dzień i przedzierać się przez tłumy turystów pogrążonych w transie. Tak ją zapamiętałam. Doznałam szoku, gdy widziałam ją tak pustą i cichą. Mogłam pierwszy raz dostrzec jej więcej uroków, aniżeli wcześniej. Krocząc dalej, ciesząc się rześkością powietrza, odbiliśmy z drogi na szlak czarny przez Dolinę Starorobociańską. Na szlaku jest trochę błota ze względu na zwózkę drzewa, dlatego warto mieć wysokie i nieprzemakalne buty. Już od wejścia na czarny szlak ukazał się cel podróży. Zieleń tych gór jest nie do opisania… Daję słowo, nigdy nie widziałam tylu odcieni.

 

 

 


 Szlak prowadzi przez las, później zaczyna się dość ostre podejście pod Siwą Przełęcz, na której zrobiliśmy postój. Upał dawał się we znaki, ale pragnienie opalenizny prosto z gór było o wiele większe i ważniejsze! Postój był dłuższy niż kilkuminutowy ze względu na zdjęcia i podziwianie odległych, ale majestatycznych, wyłaniających się, gdzieś daleko Tatr Wysokich. Wydawały się jeszcze wtedy tak nieosiągalne i odległe, jak moja odległość do nich w linii prostej… Najbardziej zaskoczył mnie pewien fakt. Otóż, zza skały zaczęło wyłaniać się futrzaste „coś”. W mojej głowie zrodziły się myśli, że zostanę pożarta żywcem przez niedźwiedzia ludojada. Niestety, albo stety i na szczęście, okazało się, że to… świstak. Malutki i puszysty świstak. Pozował do zdjęć dobre pięć minut i nie okazywał lęku. Początki Tatr, a spotkanie z mieszkańcem przełęczy zaliczone! 

 

 

 

 


         Szlak z czarnego zmienił się na zielony, którym ruszyliśmy do celu. Mijamy Liliowy Karb i przed nami ostatnie podejście na szczyt. Trzeba bardzo uważać, gdyż szlak pełen jest drobnych kamieni, które szybko zmieniają swoje położenie, bardzo łatwo się przewrócić. Podejście nie jest niebezpieczne, ale mimo wszystko trzeba uważać, gdzie i jak stawiać stopy. 

 

 


Po godzinnym przejściu wreszcie osiągamy szczyt. W dłoniach mamy Starorobociański Wierch. Widoki są oszałamiające i zapierają dech w piersiach. Nie wiadomo, w którą stronę patrzeć, czy na szczyty Tatr Zachodnich, czy może w odległe szczyty Wysokich. Ciężko wyrwać się z tego stanu błogości.

 

 

           Niestety, coraz czarniejsze chmury zbierały się w okolicy Bystrej i ciągnęły od strony Wysokich. Kilka zdjęć i szybkim krokiem ruszamy w stronę Kończystego Wierchu z nadzieją, że nie złapie nas burza ( nie ukrywam, że trochę się tym faktem podenerwowałam). Mieliśmy dość dobre tempo i w krótkim czasie zaszliśmy na szczyt Kończystego. Dobrze widoczne były znane wszystkim Rohacze i Wołowiec. 

 

Nie było czasu na dłuższe postoje, gdyż chmury dosłownie za nami biegły, a my posłusznie uciekaliśmy, więc nim się zorientowaliśmy, byliśmy już na Trzydniowiańskim Wierchu, z którego dość męczącym szlakiem schodziliśmy do doliny. 

 


Jeśli miałabym doradzić, od której strony zacząć zdobywanie tych szczytów, to polecam zacząć od Doliny Starorobociańskiej i schodzić z Trzydniowiańskiego do doliny. Moim zdaniem, lepiej jest tam schodzić niż wychodzić. Podejście jest niesamowicie męczące, co było widać po osobach, które mijaliśmy. 


             Postraszyło, pokropiło i znów wyszło słońce, ale już dotarliśmy z powrotem do doliny, w której (niestety) trudno było się poruszać ze względu na masę ludzi. Ciężko było się przebić, dosłownie ciężko. Ludzie narzekali na prostej drodze, co było niemiłe dla uszu… Ale, w głowie mieliśmy sfotografowane przez nasze oczy niesamowite szczyty, które przez cały czas odtwarzaliśmy w głowach. Mimo wszystko, szybko dotarliśmy na parking. Wybiła wtedy godzina 13.00. Całość zajęła około ponad siedem godzin. Trasa przepiękna, polecam po stokroć każdemu miłośnikowi gór. Trasa bardzo dobra na początek przyjaźni z tą częścią Tatr. Zachodnie mają swój urok. Za każdym razem są coraz bardziej wyjątkowe, ilekroć się do nich wraca. Przyciągają, jak magnes.
            Nie czułam dużego zmęczenia. Czułam niedosyt. Najsmutniejsze było to, że teraz czekał nas powrót do domu, a nikomu zbytnio nie chciało się wracać… Wtedy poczułam, że muszę wrócić, jak najszybciej, jak to możliwe i wykonalne. Poczułam, że ten kontakt z Tatrami zostanie na długo, a nawet na zawsze w moich myślach. Już wtedy zaczęłam zastanawiać się, gdzie podzieją się nasze stopy następnym razem.